Miały być fajerwerki. Pokaz pirotechniczny w końcu nie wypalił, za to Arctic Monkeys dali najlepszy koncert w swojej dotychczasowej karierze. Niewątpliwie zespół przeszedł długą drogę odkąd po raz pierwszy, w 2007 roku, wystąpił jako headliner festiwalu Glastonbury. Panowie zdecydowanie dojrzeli, nabrali pewności siebie (chociaż gitarzysta, Jamie Cook, nadal ma trudności ze staniem przodem do publiczności), własnego brzmienia. Niesamowitą metamorfozę przeszedł wokalista Alex Turner, który od nieśmiałego chłopca mruczącego do mikrofonu niezrozumiałe słowa między utworami ewaluował do rasowego wodzireja, dbającego o podtrzymanie kontaktu z publicznością.

Przed Glastonbury krążyły pogłoski, że grupa wykona na festiwalu nowy utwór No. 1 Party Anthem. Niestety nie mieliśmy okazji go usłyszeć. Ze względu na ograniczenia czasowe z setu wypadł także Mad Sounds. Arctic Monkeys zdołali jednak zaskoczyć słuchaczy fenomenalnymi aranżacjami smyczkowymi Cornerstone i Mardy Bum. Miejmy nadzieję, że jeszcze kiedyś to powtórzą (pisząc kiedyś mam oczywiście na myśli 4 lipca).

Niespodzianką był również gościnny występ Alexa Turnera podczas koncertu Milesa Kane’a. Panowie wykonali wspólnie Standing Next to Me z repertuaru the Last Shadow Puppets.

Nie ma więcej wpisów