Gwiazdy, jak wiadomo z astronomii, świecą tylko przez pewien okres czasu. Może właśnie dlatego zwykło się na artystów mawiać gwiazdy. No, bo co z tego, że swym talentem, bądź po prostu dzięki umiejętnej promocji, świecą naokoło i rozświetlają nasze szare życia? Co z tego, że są na tym medialnym nieboskłonie? Co z tego, że są niemalże wyjątkowi przez swoją sławę? Liczy się tylko to, że gasną. A może warto byłoby napisać, że liczy się to, jak gasną? Bo z reguły nie pośmiertnie, a za życia. Powoli spychani na margines, do takiej gwiezdnej umieralni z rozkazu znudzonej publiczności. Ostrej i krytycznej, bez skrupułów, rozkapryszonej.

I tu się zaczynają schody, bo niektórzy są skreślani przedwcześnie. I nie dlatego, że się nie nadają, nawet nie dlatego, że się przesłuchali ludziom, a dlatego, że grali kiedyś, a przecież ile można grać? Czy musimy słuchać tych, których słuchały nasze matki, ciotki czy ojcowie? Czy musimy znosić ich nowe wypociny, wśród tylu nowych fajnych artystów promowanych przez modne stacje radiowe i telewizyjne? Fajnie by było. Oczywiście o ile mają coś do pokazania. I tu się rodzi pytanie: kiedy warto zakończyć karierę i czy warto stare gwiazdy, czasem nawet ówczesne legendy, narażać na medialny ostracyzm? Gdzie ta granica?

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym. Słowa napisane przez Bogdana Olewicza, a wyśpiewane przez Perfect, są znane chyba każdemu. Całe szczęście, że są tacy, którzy się do tych słów stosują. Szkoda tylko, że są w znacznej mniejszości. Są też artyści, którzy, pomimo ogromnego dorobku, nie chcą zaprzestać swej działalności. Którzy wciąż mają coś do powiedzenia i coś do przekazania, i nie jest to tylko ich zachcianka, aby dalej się pojawiać. Czy jest miejsce dla takich artystów? Niestety, dochodzę do wniosku, że nie.

Skąd moje wywody i przemyślenia? Otóż przeczytałem, że w Gdańsku na obchodach Nocy Świętojańskiej wystąpi między innymi Kayah. Niby fajnie, że coś się będzie działo, niby fajnie, że zaśpiewa dla gdańszczan kobieta z takim dorobkiem i takim talentem. No właśnie – wszystko niby. Gdy zacząłem czytać komentarze, złapałem się za głowę. Że co to za dinozaur, że kto jej jeszcze słucha, że ona mogła występować 10 lat temu, a nie teraz, że to nie gwiazda na czasie – nasze narodowe, polskie narzekanie. Pomyślałem sobie: ludzie, co jest z wami?! Jakby nie patrzeć, to jeden z najlepszych, najciekawszych polskich głosów na obecnej scenie muzycznej, artystka z mnóstwem przebojów. Jej debiutancka płyta jest jedną z ważniejszych polskich albumów, a tu sypią się hejty. Za co i dlaczego? Bo obecnie nie jest na topie. Bo obecnie mało kto wie, co ona gra. Bo dla wielu ostatnim hitem był Prawy do lewego. A tu proszę – artystka zdążyła dojrzeć, zmienić swój wizerunek na mniej przaśny, wydała bardzo dobrą płytę z Royal Quartet. Jest czego posłuchać! Zawiniła głównie tym, że nie nagrała hitu z Liberem, nie zaśpiewała o czterech latach, nie pojawiła się ostatnio na kanapie u Kuby. Niczym relikt przeszłości.

Co by było, gdyby na takiej imprezie miał przykładowo zagrać Bajm czy inny zespół, który zapisał się wyraźnie w kartach naszej rodzimej historii muzycznej? Niczym żywa legenda, wciąż działająca, choć już z długim stażem. Moim zdaniem, ruszyłoby nienawistne tsunami komentarzy. Wyślijmy na to nasze matki i babki! – tak by krzyczeli. Przecież oni są już starzy i pewnie dawno zapomnieli, jak się gra koncerty. Chcemy Rihannę, a nie jakąś Kozidrak. Bez skrupułów wołaliby także: Byłaś super, teraz spadaj! A to nie tyle irytujące, co smutne. Bo przecież takie zespoły mają ogromne doświadczenie, grać i występować wciąż potrafią, dają widzom możliwość obcowania z częścią historii i często wykonują utwory, które wszyscy znamy, a nie od dziś wiadomo, że fajnie poskakać w rytm znanej nuty.

Chociaż weźmy tutaj taki Hey albo Kult. Grają długo, pod opisami ich koncertów znajdą się hejty sporadyczne (chyba tak już z nami, anonimowymi internautami jest), ale właśnie tylko sporadyczne. Może coś jest w fanach muzyki rockowej – może mają w sobie więcej szacunku i zrozumienia dla tych muzyków, może to ich własny sentyment do utworów tych artystów zabrania im pisania takich rzeczy? Nie chce mi się bowiem wierzyć, że fani takiej muzyki to już tylko osoby starsze, które nie do końca wiedzą, jak się poruszać po portalach internetowych, a tym bardziej nie mają pojęcia, jak wstawić komentarz pod zajawką koncertu. Przynajmniej chciałbym, aby to nie była prawda.

I co takie zespoły mają robić? Tu zaczyna się problem. Oczywiście problem jest tylko wtedy, gdy dalej chce się być widocznym na scenie. Wiadomo, można odświeżać swoje stare hity, ale kto to na dłuższą metę będzie chciał tego słuchać? Można grać dalej to, co gra muzykom w duszy – oczywiście o ile będzie to się rozwijało i dojrzewało z wiekiem, a nie było tylko marną kontynuacją dokonań wcześniejszych. Można także pójść krok dalej – zrobić taki duży, radykalny krok. Można pokusić się o nowe wcielenie. Jak? Sprawdzić się w stylistyce, która jest obecnie modna. Nagrać z DJ-em, pójść w dubstepowe klimaty, zacząć rapować. Niestety, takie rzeczy się dzieją, mają miejsce notorycznie i nic na to nie poradzimy. Wychodzą komicznie i w opinii publicznej dają odwrotny efekt. Sprzedali się! To już nie ten sam zespół! – grzmią za każdym razem tłumy. Chociaż paradoks tej całej sytuacji polega na tym, że gdy ci artyści wytrwają w swej stylistyce, to wszyscy będą mówić: Mogliby zrobić coś nowego, nowoczesnego. Ile można tak grać?

Drogi Czytelniku, droga Czytelniczko – szanuj artystę tego, który tak wiele dla muzyki zrobił. Nie musisz go słuchać na co dzień, być na bieżąco z jego twórczością, ale pewnie są takie dni, gdy odpalasz jakiś stary, zapomniany hicior, aby przywołać wspomnienia czy zanucić coś pod nosem. Przede wszystkim – nie oceniaj pochopnie tych żywych legend, bo na koncertach to prawdopodobnie podczas ich występów bawić się będziesz najlepiej. Daj im szansę, bo jeśli nie zaskoczą cię niczym nowym, to przynajmniej przypomną ci to, co znasz i to, co możesz lubić.

Nie ma więcej wpisów