To już dwunasta edycja największego święta światowej muzyki w Polsce. Wczoraj wystartował Open’er Festival i jak co roku zebrał w jednym miejscu tysiące fanów dobrego grania z Polski i ze świata.

Każdego roku na początku lipca tłumy zjeżdżają do Trójmiasta, a dokładnie do Gdyni, aby przez kilka dni przeżyć niesamowite emocje, które serwuje ten festiwal. Nie ma co ukrywać, że pewnie nawet najwięksi przeciwnicy tego wydarzenia z całą pewnością plują sobie w brodę, że w tym roku tak się zawzięli w swoim malkontenctwie i po raz kolejny nie pojawili się na Babich Dołach. Co jak co, ale atmosfera tam panująca to coś niezwykłego. Tysiące ludzi, od dzieciaków po starszych festiwalowych wyjadaczy, przyjechało na te kilka dni, aby upajać się dźwiękami artystów światowego formatu. Pierwszy dzień za nami.

Dawid Podsiadło, Tent Stage:

Mało kto się chyba spodziewał, że o godzinie 17:00 scena namiotowa wypełni się niemal po brzegi. Ale nic w tym dziwnego. Po tym koncercie już doskonale wiem co jest lepsze od debiutanckiej płyty Dawida Podsiadło – Dawid na żywo z zespołem. Szybsze kawałki porywały publiczność, która bez większych problemów wyśpiewała razem z artystą utwory „Trójkąty i kwadraty”, „No” czy zamykający koncert kawałek „Nieznajomy”. Sporym zaskoczeniem jednak była zupełnie inna niż na płycie aranżacja anglojęzycznej wersji „Trójkątów”. Niesamowite było to ile energii dawała muzykom sama publiczność. Kto nie był – niech żałuje. Karolina Lewandowska

Mikromusic, Tent Stage:

Po pierwszym dniu festiwalu śmiało mogę stwierdzić, że ekipa polskich muzyków wykonała kawał niezłej roboty. W dużej mierze przyczynił się do tego między innymi świetny koncert wrocławskiego zespołu Mikromusic. Nie odkryję również Ameryki pisząc, że Natalia Grosiak posiada jeden z piękniejszych kobiecych głosów na polskiej scenie muzycznej. Wszystko co słychać na płytach Mikromusic jest przepiękne, ale to co zespół prezentuje na żywo jest prawdziwą magią. Kiedy wybrzmiały pierwsze dźwięki utworu „Takiego chłopaka” na twarzach zespołu pojawiły się uśmiechy. Już wtedy wiedzieli, że festiwalowa publiczność zgromadzona w Tent Stage należy do nich. Namiot po prostu huczał od śpiewającego tłumu. Chętnie obejrzałbym ten koncert jeszcze raz w domowym zaciszu. Rafał Gruszkiewicz

Editors, Open’er Stage:

Punktualnie o godzinie 20:00 na scenie głównej pojawili się czarodzieje z Editors. To chyba najlepsze określenie na zespół z Birmingham. Tom i spółka doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że połowa tłumu pod sceną czeka już na Blur, ale mimo tego nie odpuścili ani na moment. Podczas tego koncertu wybrzmiała spora część materiału z nowej płyty, która ukazała się zaledwie 3 dni temu. „A Ton of Love” czy „Sugar” już zdążyły zawładnąć sercami fanów. Prawdziwą perełką tego występu był jednak utwór, który Tom wykonał sam akompaniując na gitarze (zabijcie mnie, ale nie mogę przypomnieć sobie tytułu tej piosenki). Koncert zakończyli niesamowitym wykonaniem „Papillon”. Karolina Lewandowska

Editors to jeden z tych zespołów, który miał mnie do siebie przekonać podczas tegorocznej edycji Open’er Festival. Jednak w moim przypadku ich starania były daremne. Wydaje sie, że jest to grupa, którą albo się kocha, albo wypuszcza drugim uchem. Po tym występie znalazłam się jakby w stanie pośrednim. Możliwe, że noc sprzyjałaby Editorsom bardziej, a mało
żwawa publiczność nie rzucałaby się tak w oczy. Muszę także szczerze wyznać, iż przez większość koncertu miałam głowę zaprzątniętą moja prywatna gwiazdą pierwszego dnia open’era: Alt – J.
Zuzanna Michalska

Savages, Tent Stage:

Grają od niedawna, ale ich występy zdążyły dorobić się statusu legendarnych, dlatego też miałam spore oczekiwania związane z ich koncertem. Savages są alternatywą dla wielu nudnych, nijakich brytyjskich zespołów indie. Są ostre, bezczelne, a jeśli już coś od kogoś kopiują, to czerpią z najlepszych. Wygląd i ruchy Jehnny Beth przypominają Iana Curtisa, a jej wokal jest mocny i dźwięczny. Savages przypominają punkowe zespoły z lat 70., mają tylko gitarę, bas i perkusję, a wyróżnia je doskonały warsztat. Grają z niezwykłą mocą i precyzją, której brakuje niejednemu męskiemu zespołowi. Sara Ochał

Blur, Open’er Stage:

Chyba nie skłamię pisząc, że to był najbardziej oczekiwany koncert całego festiwalu. Muzykom z grupy Blur dotarcie do naszego kraju zajęło całe 23 lata, ale myślę, że po tym co u nas zobaczyli powrócą prędko. Zaczęli utworem „Girls and Boys”, a publika dosłownie zawrzała. Potem było tylko więcej i więcej niespożytej energii. Milky spoglądający na zespół w trakcie „Coffee and TV”, wspólnie wyśpiewane „Tender” czy prawdziwy ogień podczas „Song 2” zapadną na długo w pamięci. Ci, którzy zdecydowali się czekać kilka godzin pod sceną z pewnością tego nie żałują – w końcu to oni mieli okazję śpiewać oko w oko z Damonem. Te półtorej godziny będę jeszcze długo wspominać. Karolina Lewandowska

Tak, był to jeden z najbardziej oczekiwanych koncertów całego festiwalu. Na kilka miesięcy przed mówiło się, że zespół jest w świetnej formie i daje niezapomniane koncerty. Może i faktycznie wtedy tak było, ale do naszego kraju przyjechali po kilku występach na dużych festiwalowych scenach. I chyba właśnie tam wypalili swój ogień, który miał się pojawić w Gdyni. Co prawda lekki płomyczek nad Gdynią zapłonął, ale z całą pewnością nie była to ognista pochodnia. Liczę się z tym, że właśnie teraz zagorzali fani zespołu Blur szykują dla mnie stos, na którym spłonę, ale wczorajszy Blur stracił gdzieś po drodzę swoją sceniczną energię. Sentymenty sentymentami – ja także wychowałem się „Leisure”, „Parklife”, „The Great Escape” czy „13”. Rafał Gruszkiewicz

alt-J, Tent Stage:

alt-J to zdolni debiutanci z Wielkiej Brytanii, którzy chyba nieświadomie za cel tegorocznego Open’era postawili sobie ustanowienie rekordu Guinessa pod względem liczebności publiki na Tent Stage. Rozbujali wszystkich dźwiękami przebojów takich jak „Fitzpreasures”, „Breezeblocks” czy „Something Good”. Publika w pełni oddana muzyce odśpiewała „Matildę”, co (jak można było zauważyć) sprawiło niemałą radość członkom zespołu, którzy chyba nie spodziewali się aż tak pozytywnych reakcji. Zespół wyglądał na onieśmielony publicznością, która przeżywała każdą piosenkę. Nawet skupiając sie na wytykaniu błędów koncertowych, nie mogę sie przyczepić do alt-J. Nie da sie ukryć, że muzycy mają wielki talent, który przynosi im już dużą popularność. Koncert minął w mgnieniu oka, a na usta cisnął się cytat „please don’t go, I love you so”. Kurtyna – można umierać ze szczęścia i wzruszenia. Zuzanna Michalska

Jak można zepsuć jeden z lepszych koncertów pierwszego dnia festiwalu? Wrzucić artystę, którego chce zobaczyć przynajmniej połowa festiwalowiczów na scenę namiotową. Nie było sposobu na to, żeby pomieścić w namiocie wszystkich zainteresowanych występem alt-J. Niestety, poza namiotem nagłośnienie wołało o pomstę do nieba. Zabrzmiała „Matilda”, którą tłum wyśpiewał razem z zespołem. Największe szaleństwo ogarnęło publiczność podczas „Fitzpleasures” oraz „Breezeblocks”. Była moc! Karolina Lewandowska

Kendrick Lamar, Open’er Stage:

Lepszego zamknięcia sceny głównej podczas pierwszego dnia festiwalu nie można było sobie wymarzyć. 27-letni Kendrick Lamar przyjechał po raz pierwszy do Polski i promował świetny drugi album zatytułowany „Good Kid, M.A.A.D City”. Efekt? Publiczność obezwładniona po kilku minutach, a widok skaczącego kilkutysięcznego tłumu bezcenny. Ogromny ukłon w stronę Kendricka, który jak mało kto potrafi w taki sposób zawładnąć fanami. Istna petarda na scenie. Rafał Gruszkiewicz

Crystal Castles, Tent Stage:

Mimo późnej godziny namiot wypełniony był po brzegi, co wzbudziło tęsknotę za świeżym powietrzem. Dziesięciominutowe opóźnienie szybko zostało zespołowi wybaczone, bo moc dźwięków, które popłynęły z głośników była porażająca. Ich koncert trochę przypominał szaloną imprezę rave’ową z wokalistką, która lubi stage diving. Z drugiej strony żywa perkusja nadała niektórym kawałkom wręcz rockowe brzmienie. Zaczęli od niepokojącego „Plague”, przy „Baptism” wywołali ekstazę wśród publiczności, a zakończyli rewelacyjnym „Not in Love”. Jedynym minusem był słabo nagłośniony wokal Alice, który nie mógł przebić się przez grube warstwy syntezatorów i perkusji. Ale to przecież normalne podczas występów CC. Sara Ochał

Domowe Melodie, Alter Space:

Podobno Alter Space nigdy nie widział takich tłumów, a już z całą pewnością nie o godzinie 01:30. To było do przewidzenia, ale nawet sami artyści byli w ogromnym szoku. Domowe Melodie to fenomen na polskiej scenie muzycznej – Justyna, Kuba i Staszek są mistrzami świata w dawaniu występów na żywo. To kolejny ich koncert, który udało mi się zobaczyć i po raz kolejny jestem pod ogromnym wrażeniem talentu scenicznego tej trójki. W niespełna rok udało im się wypełnić kluby w całym kraju i zagrać na najlepszych festiwalach. To chyba o czymś świadczy, prawda? Tym występem wygrali wszystko. Klasa. Rafał Gruszkiewicz

Nie ma więcej wpisów