music is ... muzyka z najlepszej strony.

Open’er Festival: Dzień 2

23/37

 

Drugi dzień festiwalowych szaleństw za nami. Zdecydowanie czwartek na Babich Dołach należał do artystów występujących na głównej scenie. Ponadczasowi Tame Impala, bezkonkurencyjni Arctic Monkeys, no i przede wszystkim niesamowity i jedyny w swojej klasie Nick Cave.

XXANAXX, Tent Stage:

Pierwsze co przychodzi mi na myśl to skromność i niezwykła subtelność jaką zespół zaprezentował na scenie. Nie potrzebowali zbyt wiele czasu, aby zaczarować publiczność. Duża w tym zasługa wokalistki Klaudi Szafrańskiej. Taneczna wersja utworu „Disappear” na zakończenie koncertu – coś wspaniałego. Agata Polak

Polski duet XXANAXX stawia dopiero pierwsze kroki na scenie muzycznej, jednak jak na świeżynkę zdążył już sporo osiągnąć. Do najnowszych sukcesów zespołu można zaliczyć koncert na Tent Stage podczas drugiego dnia Open’era. XXANAXX czarują dźwiękiem i sprzyjają przyjemnemu zawieszeniu się, jednak wydaje mi się, że ich muzyka bardziej sprawdza się podczas samotnego słuchania w zacisznym miejscu, a nie pośród festiwalowego gwaru. Chętnie porównałabym ten koncert z ich klubowym występem. Zuzanna Michalska

Sorry Boys, Tent Stage:

To był dobry koncert. Bez fajerwerków, bez większego zachwytu się całością. Po prosty dobry występ. Jednak niesamowite wrażenie podczas występu Sorry Boys nadal wywołuje wokal Izabeli i jej charyzma – dziewczyna wprost hipnotyzuje publikę. Najwyższe nuty jakie osiągała wokalistka przeszywały każdy kawałek ciała. Świetnie wybrzmiał pierwszy singiel z nadchodzącej płyty, „The Sun”. Poza nim zespół wykonał dodatkowo premierową piosenkę z albumu, który ukaże się jesienią tego roku. Utwór zatytułowany „Phoenix” jest tylko potwierdzeniem, że na ten krążek naprawdę warto czekać. Karolina Lewandowska

Tame Impala, Open’er Stage:

Jeśli Savages to punk rock lat 70., to Tame Impala wybrali sobie epokę o dekadę wcześniejszą zamieniając się w dzieci-kwiaty, które wspomagają się LSD. Na scenie głównej znaleźli się przypadkiem, zastępując nieobecnych Modest Mouse i można było odnieść wrażenie, że czuli się tam trochę zagubieni. Psychodeliczne, rozedrgane brzmienie gitar nie miało dostatecznej mocy, aby porazić zgromadzony tłum. Dopiero w drugiej części koncertu rozkręcili się na dobre, brawurowo zagrali „Elephant” i „Feels Like We Only Go Backwards”. Przemieszali kawałki ze swojego debiutu z rewelacyjnym „Lonerism”, a przy okazji okazało się, że mają już w Polsce swoje piszczące fanki, w związku z czym informowanie ze sceny „We’re Tame Impala from Australia” było w zupełności zbędne. Sara Ochał

Arctic Monkeys, Open’er Stage:

Wiele osób, w tym ja, czekało na wczorajszy koncert Arctic Monkeys. Ku uciesze fanów zespół dał dość długi występ, jednocześnie spełniając prośby o bis. Brytyjczycy wykonali wiele hitów takich jak „I Bet You Look Good On The Dancefloor”, „When The Sun Goes Down” czy też „Dancing Shoes”, przy których wszyscy żywo reagowali i widać było, że nastawienie i energia zespołu udzielała się publice. Pod sceną panował szał radości.
Myślę, że także setlista, obfitująca w utwory z różnych albumów, nie pozostawiała wiele do życzenia (według mnie brakowało tylko „The View From Afternoon”). Tak potężna dawka energii uzależnia. Najgorsze jest to, że ani się człowiek obejrzy, a koncert dobiega końca. Zostaje tylko radość, ewentualny niedosyt, a później dotkliwy, pokoncertowy dół.
Zuzanna Michalska

Nick Cave & The Bad Seeds, Open’er Stage:

Każdy kto spodziewał się spokojnego, wyważonego koncertu podobnego klimatem do ostatniej płyty Nicka i The Bad Seeds, zapewne miłe się zaskoczył – tak jak ja. Kto jak kto, ale Cave z pewnością nie szykuje się na przejście na emeryturę. Na koncercie zabrzmiało kilka utworów z jego najnowszej płyty jednak cała setlista bardziej opierała się na starszych, ociekających energią utworów. Tej energii nie brakowało także muzykom, a w szczególności Cave’owi, który nie raz ochoczo wskakiwal w tłum. Jedno po tym koncercie jest pewne – Nick Cave to urodzone sceniczne zwierze – młodzi mogą się od niego jeszcze wiele nauczyć. Mimo absolutnego szaleństwa jakie panowało na scenie i pod nią, podczas niemal 80% czasu trwania koncertu nie brakowało momentów spokojnych, do granic możliwości klimatycznych. Wystarczy tylko wspomnieć Jubilee Street, Push The Sky Away czy People Just Ain’t No Good. Szczerze przyznaje – byłam i nadal jestem zaskoczona tym wulkanem energii jaki eksplodował wraz z pojawieniem się Cave’a na scenie. Szał. Karolina Lewandowska

Łąki Łan, Alter Klub Stage:

W czwartek do artystów na scenie głównej należał tylko wieczór. Tame Impala przez niecałą godzinę wprowadzili ładny nastrój, choć ich trans mógłby trwać nieco dłużej. Z kolei Arctic Monkeys zagrali wszystko co publiczność zna i uwielbia. Nie można tym koncertom ująć niemalże niczego, a jednak to był tylko wstęp do tego, co miało rozpocząć się po północy.
Już chciałem pisać, że to Kim Nowak dość niespodziewanie, ale jakże przyjemnie rozgrzali sporą grupę uczestników festiwalu i to do nich, z grona wszystkich polskich wykonawców, należał półmetek Open’er Festiwal. Wygląda jednak na to, że podobnie jak rok temu, to scena Alter Klub (dawniej Word Stage) wyznaczy najciekawsze wydarzenie. Wtedy w moim rankingu pierwsze miejsce zajęła Janelle Monae, tym razem korona należy się Łąki Łan.

Kolorowy, nietypowy image i dość swawolny repertuar przyciągnął tłumy. Z każdą chwilą można było obserwować napływ kolejnych zdziwionych, ale zaabsorbowanych energicznym klaskaniem i nieustannymi podskokami ludzi. Kocioł muzyki rockowej, elektronicznej, elementów disco czy choćby r’n’b dopełniał świetny kontakt z publicznością. Było zachęcanie do wymachiwania kończynami, niesprecyzowanego tańca, wyśpiewywania poszczególnych elementów utworów. Wreszcie, był wspólny taniec załogi Łąki Łan i obdarowywanie publiki pluszowymi mieszkańcami łąki.
Gdy zmierzyć więc elementy składowe energii na scenie, oddziaływanie jednej strony na drugą, jak i sam potencjał muzyków grających na gumowych instrumentach, był to najbardziej dopracowany, energiczny i radosny w przeżywaniu występ. Jeśli pojawił się jakiś mankament, to tylko myśl o tym, że ten koncert może się nigdy nie skończyć, a nogi i reszta ciała odmówią wtedy posłuszeństwa. Panowie (zagrzewani skandowaniem nazwy grupy) pozwolili sobie bowiem na 105 minut szaleństwa. Nigdy nie byłem entuzjastą ich twórczości, nigdy też pewnie nie zjawiłbym się pod sceną, gdyby nie zupełny przypadek. Ale jestem pewien, że ci, którzy też zjawili się tam w drodze na koncert Marii Peszek w większości zostali do samego końca w połowie między sceną namiotową i główną.
Cytując więc wczorajsze przesłanie płynące ze sceny: zielona propaganda nie da ci niczego, co ci Łąki Łan da. I tak, to była kompletna prawda.
Marek Cichoń

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...