music is ... muzyka z najlepszej strony.

Open’er Festival: Dzień 3 i 4

55/99

 

Piątek na festiwalu zdecydowanie został zdominowany przez świetne występy na scenie głównej. Open’er Stage wybrzmiało rockowymi dźwiękami i zgromadziło rzesze fanów gitarowego grania. Przeczytajcie poniżej naszą relację z wybranych koncertów z trzeciego dnia na Open’er Festival w Gdyni.

Bobby the Unicorn, Alter Klub Stage:

Piątkowy line up otworzył Bobby the Unicorn. Chłopak o wyglądzie Alexa Turnera oraz głosie Paula Banksa. Old schoolowa mieszanka folku i country z racji wczesnej pory wprowadziła piknikowy nastrój – idealny na początek festiwalowego dnia. Jednak mimo ciekawej barwy głosu nie jest to ta sama klasa co Banks, drobne niedociągnięcia mogą drażnić, może to kwestia braku doświadczenia, więc miejmy nadzieję, że za kilka lat będziemy mieć swojego barda z gitarą na światowym poziomie. Sara Ochał

Rebeka, Tent Stage:

Rebeka to duet, który zmienia się z występu na występ. Oni nie potrafią zagrać dwóch takich samych koncertów, a ich utwory ewoluują na scenie. W openerowym namiocie zagrali większość kawałków z niedawno wydanego debiutu, a koncertowe wersje piosenek zrobiły furorę wśród publiczności. Fail jest koncertowym pewniakiem, prawdziwą petardą, pulsujące disco Unconscious także doskonale sprawdza się na żywo. Niestety końcówka była już przekombinowana bo nostalgiczna Hellada została zmieniona nie do poznania, a mogło być tak ładnie, gdyby została zagrana w swojej prostej, podstawowej wersji.
Rebeka jest świetnym koncertowym zespołem, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że organizatorzy wyrządzili im krzywdę ustawiając ich występ na godzinę 17. Ta muzyka sprawdza się po zmroku, późnym wieczorem kiedy chodzi się na imprezy, natomiast w świetle dnia traci spora część swojego uroku.
Sara Ochał

Palma Violets, Alter Klub Stage:

Jestem przekonana, że każdy w jednym momencie polubi ten zespół. W końcu patrząc na ich szaleństwa na scenie i charakter muzyki, aż chce się z powrotem przenieść do młodzieńczych lat i po prostu szaleć nie martwiąc się co będzie jutro. Chłopaki, bo coś słowo Panowie mi do nich nie pasuje, wszelkie braki techniczne i wokalne nadrobili energią i świetnym kontaktem z publicznością. A singiel Best Of Friends naprawdę ma moc. Mają potencjał i oby go wykorzystali. Myślałam, że jestem na takie granie za stara – okazało się, że wręcz przeciwnie. Karolina Lewandowska

Skunk Anansie, Open’er Stage:

Szczerze – wcale nie miałam zamiaru iść na ten koncert. Jednak dźwięki z Opener Stage zwabily mnie i cieszę się, bo widok ochroniarzy, których Skin przyprawiała o zawał był bezcenny. To, co ta kobieta potrafi zrobić z tłumem jest niesamowite. Wskakiwala do publiki nie raz, nieprzerwanie śpiewając, podczas gdy ludzie nieśli ją na rękach. Jednak niektóre kawałki nie mają tej mocy jaką słychać na albumach. Dlatego mimo świetnego kontaktu z publiką i atmosfery, czegoś mi tam brakowało… A może po prostu się czepiam? Karolina Lewandowska

Kto nie mógł zobaczyć Skunks Anansie na festiwalowej scenie w Gdzni dwa lata temu, miał okazję do naprawienia swojego błędu. Bo po raz kolejny, repertuar Brytyjczyków i sceniczne obycie Skin sprawdza się w takich warunkach doskonale. Nie chodzi zresztą o samo odegranie utworów takich jak I Can Dream, Yes It’s Fucking Political czy My Ugly Boy. Tutaj najważniejszą rolę odgrywa kontakt z publiką. A tej Skin się nie boi, co potwierdziła parokrotnie – płynąc na rękach zgromadzonych fanów, będąc przez nich wyniesiona i utrzymana w pozycji stojącej podczas wykonywania numeru. W końcu oswajając podwójnie publikę, wchodząc bezpośrednio w tłum pod sceną i dając możliwość wspólnego przeżywania ostatnich minut tego występu. To prawda, że zespół bardzo lubi zjawiać się w naszym kraju, a my nie pozostajemy dłużni w kwestii naszych podziękowań za energię charyzmatycznej wokalistki. Kto tego nie przeżył, niech żałuje. I czeka na powrót kwartetu, bo ten z pewnością niedługo nastąpi. Marek Cichoń

Queens of the Stone Age, Opene’er Stage:

Queens of the Stone Age był gwiazdą główną trzeciego dnia gdyńskiego festiwalu. Grupa rozpoczęła koncert terapią szokową – dość nieprzyjemnymi dźwiękami płynącymi ze sceny. Jednak po chwili uszy przestały cierpieć i rozpoczęła się muzyczna uczta. Krótka rozgrzewka i wielki hit No One Knows rozbudziły wszystkich na dobre. Kwintesencja rock’n'rolla, którą zaserwował ten amerykański zespół, świetnie zgrała się z porą dnia. Po tym jak wszyscy odśpiewali No One Knows, stało się jasne, że ten wieczór będzie należał do QOTSA. Sami muzycy byli natomiast pod dużym wrażeniem polskiej publiki już od samego początku. Miarowo pulsujący tłum mówił odawał w pełni klimat występu – koncert
był mistrzowski. Koncert Skunk Anansie, który mial miejsce przed QOTSA był strzałem w
dziesiątkę – stanowił dobrą rozgrzewkę przed tym co wydarzyło się po 22:00. Poza No One Knows festiwalowicze mieli także okazję usłyszeć: The Vampyre of Time and Memory, Make It Wit Chu czy Go With the Flow. Jeśli miałabym okreslić jednym słowem wczorajszy występ Josha Homme i spółki, byłoby to słowo ENERGIA!
Zuzanna Michalska

Koncert dnia. Panowie z QOTSA to klasa sama w sobie. Zabrzmiały zarówno starsze kawałki jak i spora część …Like a Clockwork. Dobre, porządne gitarowe granie podane z takim smakiem, że aż żal odchodzić od stołu. Make It Wit Chu zawładnęło każdym, a finał… O takim finale można było tylko śnić. Karolina Lewandowska

The National, Open’er Stage:

To był bardzo dobry dzień dla wszystkich, którzy przez niemal sześć godzin gościli pod główną sceną festiwalu. Było szaleństwo podczas występu Skunks Anansie, świetny koncert formacji Josha Homme’a, wreszcie na zakończenie w nieco lżejszym, choć równie rockowym wydaniu zjawili się The National. To co łączyło wszystkie te koncerty to niesamowita więź muzyków z publicznością, ich bardzo rozluźniony sposób bycia, a w tym przypadku kolejne wejście w zgromadzony tłum fanów. Tego dokonał oczywiście Matt Berninger, który na zakończenie, przy akompaniamencie Mr. November i Terrible Love, okrążał publikę z lewa i prawa, dając się jej porwać. Przy tym próbował wykrzykiwać ostatnie wersy utworów, odganiając się od wszystkich żądnych nieco bliższego kontaktu z nim samym. Było więc wino, był humor, było dobre show, które rozgrzewało w tą zimną, piątkową noc. Marek Cichoń

Disclosure, Tent Stage:

Pochłonięty the National, na Disclosure dotarłem dopiero w drugiej części ich setu, gdzie wybrzmiało choćby Contess To Me, a na dobre zakończenie wieczoru, oczekiwane przez wszystkich Latch. I to rzeczywiście był najważniejszy punkt tego programu, o czym świadczył krzyk, jaki wydały z siebie tysiące gardeł, gdy duet zapowiedział, że ma dla nas jeszcze jeden utwór. Być może to późna pora, a może fakt nie obcowania z duetem w pierwsyzch rzędach pod sceną, sprawił, że sam występ Disclosure można ocenić jako poprawny. Bracia zagrzewali do tańca, po kolei rozprawiając się z utworami ze swojej debiutanckiej płyty, właściwie nie wprowadzając tam żadnych znaczących odstępstw. Rozumiem sam zachwyt nad taką imprezą, mogę się założyć, że atmosfera pod sceną była niesamowita, ale… To było tylko możliwość przyjemnego wysłuchania tego co ma do zaproponowania Settle, tyle, że w większym gronie i na żywo. To jednak żaden wielki zawód, taka ich specyfika. Marek Cichoń

Ostatni dzień w Gdyni to niezła mieszanka brzmień i świetne występy polskich artystów. Warto tutaj dodać, że przez cały festiwal polska ekipa naprawdę pokazała, że nie obecnie nie mamy się czego wstydzić i jest wielu artystów, którzy godnie reprezentują nasz malutki rynek muzyczny. Ostatni dzień Open’er Festival wyglądał następująco.

Magnificent Muttley, Tent Stage:

O tym jak świetny był to koncert wydaje mi się, że mogłabym napisać conajmniej książkę. Panowie z Warszawy zaczęli z charakterystycznym dla nich „pierdolnięciem”, a skończyli z jeszcze większą mocą. Co cieszy najbardziej, zabrzmiały utwory, których nie znajdziecie na ich debiucie. Swego rodzaju nonszalancja Pożarowskiego i pewność siebie jaka bije na scenie od każdego z Muttley’ów sprawia, że patrząc na całe trio odnosi się wrażenie, że mają oni za sobą przynajmniej 20 lat wspólnego grania na największych scenach świata. A tak naprawdę to zespół, który zaledwie dwa lata temu zmiótl konkurencję podczas konkursu na festiwalu w Jarocinie. Na największe oklaski zasłużył sobie Olek – perkusista – od którego nie można było oderwać wzroku. Najlepszym dowodem na to jak dobry był to koncert jest fakt, że zgromadzona pod namiotem publika długo jeszcze po ostatnim kawałku domagała się więcej. Panowie – czapki z głów! Karolina Lewandowska

Fismoll, Alter Space:

Do największych zaskoczeń podczas festiwalu muszę zaliczyć frekwencję na koncercie Fismolla. Na wstępie artysta skromnie zaproponował, aby fani słuchali go na siedząco co okazało się być dosyć nietrafionym pomysłem bo niewielki namiot nie był w stanie pomieścić wszystkich chętnych. Publiczność zgromadzona w alterspace dobrze wiedziała w jakim celu tam się zjawiła. Już pierwsze dźwięki gitary Fismolla zadziałały kojąco, wszyscy w skupieniu słuchali jego akustycznego setu wzbogaconego o bas i skrzypce. Owacji jakie dostał nie powstydziłaby się największa gwiazda. Sara Ochał

Crystal Fighters, Alter Klub Stage:

Koncert Crystal Fighter zgormadził tłumy pod sceną – to z pewnością jeden z efektów wyprzedanego, majowego koncertu w Palladium. Energią tego zespołu można zachwycać się bez końca. Grupa rozpoczęła od Solar System, a zaraz później wyruszyła na krótką wyprawę po Los Angeles, Londynie i Argentynie (LA Calling, I Love London i Champion Sound). Trzeba przyznać, że gdzie jak gdzie,ale w Gdyni, Plage to piosenka obowiązkowa, która oczywiście znalazła się na openerowej setliście. A wszystko to przy zachodzącym słońcu. Zuzanna Michalska

Mount Kimbie, Tent Stage:

Mount Kimbie raczej nie należą do tych artystów, których koncerty poruszają lecz z całą pewnością intrygują. Ich rozmyte, ambientowe dźwięki na żywo nabierają industrialnego brzmienia, a pulsujący bas rozsadza od środka. W open’erowym namiocie zgromadziła się całkiem spora grupa ludzi wyraźnie zaciekawionych, a może nawet zahipnotyzowanych twórczością tego duetu, chociaż ja osobiście pomimo niecodziennych doznań dźwiękowych pozostałam dosyć obojętna na ich wdzięki. Sara Ochał

Kings Of Leon, Open’er Stage:

Koncert na który czekałam chyba najbardziej i co do którego miałam największe oczekiwania okazał się tym, który maksymalnie mnie rozczarował. Bo co z tego, że Kings of Leon zapewniali nas ze sceny o tym, jaką to jesteśmy świetną publicznością, skoro po nich samych w ogóle tego nie było widać tego zachwytu. Faktycznie, gdyby nie szalejący tłum to nawet największe hity Use Somebody oraz Sex On Fire wypadły po prostu blado. Panowie po prostu weszli, odegrali co musieli i poszli. Szkoda bo mogło być pięknie. Karolina Lewandowska

Animal Collective, Tent Stage:

Fani Animal Collective nie mają lekko. Zespół gra to, na co ma ochotę i jeśli ktoś spodziewał się mieszanki greatest hits to się przeliczył. Zaczęli od Moonjack, które zabrzmiało kosmicznie a’la Kraftwerk, a przez kolejne pół godziny prawie uśpili publiczność. Kiedy tłum się przerzedził oni wystartowali z Today’s Supernatural w ramach pobudki, ale na dobre rozkręcili się dopiero pod koniec. Ostatnie 15 – 20 minut było czystym szaleństwem pełnym dzikich wrzasków i tanecznych beatów, pewnego rodzaju nagrodą dla tych najbardziej wytrwałych. Sara Ochał

UL/KR, Alter Space:

Polska ma swoje skarby – potwierdza to koncert gorzowskiego duetu UL/KR. Piękne dźwięki, szczere emocje i polskie teksty opanowały Alter Space o 1:30 ostatniego dnia festiwalu. Nie potrafię zamknąć w kilku słowach tej magii jaką panowie wypełnili przestrzeń sceny Alter Space. To trzeba poczuć, usłyszeć, zobaczyć, spróbować dotknąć…Wydawało się jakby świat na moment zwolnił. Piękne zakończenie festiwalu. Karolina Lewandowska

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...