Początki bywają trudne. Tym bardziej, gdy trzeba nieść brzemię starszego brata (który w tym roku sporo narozrabiał). Mowa tu o Lemon Festival, który był współorganizowany przez ekipę Ursynaliów. Po dantejskich scenach z odwoływaniem kolejnych wykonawców i niemożnością zwrócenia części biletów, miłośnicy festiwali podchodzili do łowickiej imprezy bardzo nieufnie. Może trochę za bardzo. Tegoroczny Lemon zasługiwał na znacznie lepszą frekwencję.

Co prawda, to już druga edycja festiwalu, jednak kolejny plenerowy event z Luxtorpedą, Comą i Jelonkiem w składzie nie wyróżnia się z tłumu. Organizatorzy nie wystrzegli się ponownie tego błędu. Krajowi wykonawcy tegorocznej odsłony to połowa zeszłorocznego line-upu (co jest jeszcze bardziej rażące w odniesieniu do Ursynaliów). Rzekłabym, że to wręcz obraźliwe posunięcie w stosunku do bogatej polskiej sceny rockowej. Widocznie ekipa Lemon Festivalu trzyma się tych, z którymi jest w dobrej komitywie. Mam jednak nadzieję, że w kolejnym roku wykaże się większą kreatywnością. A ta zaplanowana jest na 27-28 czerwca. Pierwsza gwiazda już niedługo – nie zdziwiłabym się, gdyby były to jakieś niewypały po największej imprezie studenckiej w Polsce.

Wracając jednak do teraźniejszości, organizatorom bardzo zależało na pokazaniu profesjonalizmu imprezy. Było to widoczne choćy w nadgorliwości ochroniarzy – jeden z headlinerów miał problem z wejściem na teren festiwalu. Z kolei lokalna społeczność była nad wyrost przezorna – takiego odsetka policji w stosunku do liczby uczestników jeszcze nie widziałam. Mieszkańcy nie wykorzystali przy tym finansowej okazji – trudno było znaleźć otwarty dłużej sklep czy choćby budkę z jedzeniem. Na miejscu łowiczan udostępniłabym choćby swoje mieszkania czy łazienki za stosowną opłatą. Oczekiwania frekwencyjne nie mogły się spełnić, gdy ludzie zabijali się o miejsca noclegowe (dobra lokalizacja nie wystarczy). Zwolennicy pola namiotowego też nie uniknęli przygód – na miejscu okazało się, że prysznice owszem są, ale oddalone o półtora kilometra od campingu. Było to chyba największym logistycznym uchybieniem. Szkoda również, że nie można było nabyć festiwalowych koszulek czy plakatów – podreparowałoby to finanse, ale i wypromowało Lemon na przyszłość. 

W kwestii muzycznej pozwolę sobie pominąć odgrzewane kotlety. Niewiele emocji niesie nawet pisanie o koncercie Gentlemana, który niespełna miesiąc temu zagrał podczas pewnej imprezy na U (i znów zaśpiewał gościnnie z Mesajah). Jako ciekawostkę podam, że niemiecki muzyk nagrywał w piątek DVD. Choć niewiele osób przybyło głównie na jego koncert (może dlatego, że za często u nas gra), to ciepła, serdeczna atmosfera udzieliła się wielu. Fanów mógł jednak zasmucić fakt, że muzyk znany z co najmniej dwugodzinnych koncertów grał ze swoim The Evolution jedynie godzinę z kwadransem (możliwe, że przyczyniło się do tego znaczne opóźnienie w line-upie). Na otarcie łez dostali gościnny występ klasyka gatunku, Richiego Stephensa, który zapowiedział swój występ w Płocku.  

Na koncert pierwszego headlinera museliśmy czekać trzynaście lat. Widać było, że wiele osób pod sceną pamięta ten ostatni koncert P.O.D. w Polsce i właśnie dla nich przyjechało do Łowicza. Już pierwsze akordy przyniosły zniszczenie na widowni zdominowanej przez płeć męską. Wielu przypomniało sobie, jak wiele z ich kawałków zna z nastoletnich lat. Utwory znane i przesycone nu metalem znajdowały świetny odbiór publiczności. Jednak Amerykanie szybko przypomnieli, że obracają się w klimacie chrześcijańskiego rocka, choć sami unikają tej metki. Gdy tempo spadało, brzmienie łagodniało, a nawet  przybierało znamiona reggae, pod sceną zapadała nuda. Być może niedługo Payable on Death nadrobią te braki – z zapowiedzi wokalisty wynikało, że mogą zawitać do nas już jesienią.

Przechodząc do drugiego dnia imprezy, nie sposób nie wspomnieć o Frontside. Jakkolwiek ich kawałki w wersji studyjnej są dla mnie nieco powtarzalne, tak grane na żywo nabierają pełnego, świeżego wymiaru. A co najbardziej cieszy, grupa trzyma światowy poziom, jakże odbiegający od reprezentowanego przez większość polskich wykonawców Lemon. Nic dziwnego, że część osób przybyła do Łowicza głównie dla nich. Zespół skutecznie rozgrzał festiwalowiczów, wzniecając tumany kurzu pod sceną.

Skindred to zdecydowanie rewelacja tegorocznej edycji. Niektórzy mogli znać ich dzięki piosence Nobody wykorzystanej na potrzeby jednej z gier. Jednak tylko ci, którzy slyszeli ich wcześniej na żywo, wiedzieli, czego można się spodziewać. Ja nie miałam tego szczęścia, jednak przeczuwałam, że połączenie reggae i metalu musi być ciekawe. To, co na płytach niosło ze sobą dużą energię, na żywo wgniatało w ziemię. Duża w tym zasługa Benjiego Webbe’a – mało teraz takich scenicznych osobistości. Czerwona cekinowa marynarka była jedynie namiastką tego, co serwował publiczności – wyluzowania, humoru i nieskrępowanego sarkazmu. Dobrej energii przed Billy Talent nie zabrakło.

To jednak headliner drugiego dnia spowodował największą frekwencję. Możliwe, że przyczyniły się do tego odwołane w nieszczęśliwych okolicznościach lutowe koncerty formacji. Na pierwszy koncert Talentów weterani musieli długo czekać, później zespół przyzwyczaił nas do częstych wizyt. Minęło więc względnie sporo czasu, zanim usłyszeliśmy nowy materiał na żywo. Kanadyjczycy nigdy nie grają czysto promocyjnie, co było widać po umiejętnie dobranej setliście. Nie mogło zabraknąć utworów z pierwszej płyty – swoistej bazy koncertowej. Bez nich występ nie miałby racji bytu, choć nie słucha się ich łatwo. Wielki ładunek emocjonalny wniosły ze sobą The Ex, This Is How It Goes czy Try Honesty. W ultraprzebojowy potencjał II nie ma co wątpić – Devil in a Midnight Mass oraz hymnowe Red Flag standardowo spieły klamrą listę utworów. Zabita przez wielkie studia oraz znanych producentów III wybroniła się w świetle reflektorów – nie ulega wątpliwości, że Billy Talent to zespół koncertowy. Nie mogło przy tym zabraknąć epickiej solówki z Devil on My Shoulder. A jak brzmiało na żywo Dead Silence? W porównaniu do eksperymentalnego poprzednika pokazuje klarujący się styl zespołu, który ewoluował od surowych post punkowych brzmień do cięższego grania ze znamionami metalu (przykładem są choćby Viking Death March czy Surprise, Surprise). I, ku niechęci części publiczności, lubi od czasu do czasu zwolnić, wciąż z pazurem. Czego brakowało? Elementu zaskoczenia. Co prawda, setlista została wydłużona na prośbę jednej z fanek, lecz weterani mogli doznać w wielu przypadkach déjà vu. Na szczęście Ben Kowalewicz ma na tyle dystansu, by już bardziej dla żartu przytaczać anegdotkę o ojcu Polaku. Czystą przyjemnością było oglądanie zgranego zespołu, który trzyma się ze sobą od dwudziestu lat, w tym samym składzie. A przede wszystkim perkusisty Aarona (tym razem wyjątkowo dobrze oświetlonego w przeciwieństwie do reszty grupy), który na przekór chorobie czerpie siły i satysfakcję z tego, co robi.

Zespół zamknięcia również zapowiedział rychły (i dwukrotny) powrót do Polski. Widać organizatorzy przecierają paru wykonawcom szlaki do regularnego grania nad Wisłą. Pozostaje tylko trzymać kciuki za przyszłoroczną odsłonę, a zwłaszcza za jej zróżnicowanie. Niespełnione oczekiwania frekwencyjne są przy tym gwarancją, że ekipa Lemon Festivalu nie zachłyśnie się własnym sukcesem. Oby z korzyścią dla przyszłych edycji.

Nie ma więcej wpisów