Tak naprawdę w muzyce wszystko kręci się wokół autentyczności. Jeżeli słuchając jakiegoś utworu, jesteś w stanie uwierzyć, że to, o czym śpiewa jego autor, naprawdę go dotyczy, to znaczy, że pierwszy sukces ma już za sobą. Teraz tylko trzeba czekać, ile jeszcze osób pomyśli podobnie. Zarazić ludzi swoimi emocjami i szczerością to nie mała sztuka – mają z tym problem nawet artyści, którzy mają za sobą już kilka, a nawet kilkanaście lat kariery za sobą, więc co ma w takim momencie zrobić debiutant?

Dlatego piękne są chwile, w których pojawia się świeżak – wydawałoby się, że nic nie wiedzący jeszcze o życiu, nieopierzony chłopaczyna, który dopiero co zaczyna uczyć się stawiać pierwsze kroki w muzycznym świecie – i nagle okazuje się, że jesteś w stanie uwierzyć mu we wszystko. Każde jego słowo jest w stanie wyryć w tobie głęboką szramę, która nie pozwoli ci o jego muzyce zapomnieć przez kolejne dni i noce. To właśnie swoim debiutanckim albumem osiągnął Tom Odell.

Teksty jego utworów są słodko-gorzkie. Z jednej strony opowiadają o miłości, zakochiwaniu się, a z drugiej pojawiają się wątpliwości, łzy i złamane serce – jak to w życiu. Jego wielką mocą jest umiejętność zamknięcia szczerych, prostych emocji w kliku dźwiękach. Wrażliwość, którą Tom posiada sprawia, że cały krążek zyskuje fajny klimat, który po przesłuchaniu każe ci włączyć tę płytę raz jeszcze i przeżyć wszystkie wzloty i upadki z autorem ponownie.

Muzycznie otrzymujemy od niego sporą porcję przyjemnych fortepianowych melodii, czasami snujących się subtelnie w towarzystwie kruchego wokalu, a czasem uderzających z siłą mogącą burzyć mury. Tym samym udowadnia też, że pianino to instrument o niesamowitej mocy i dynamice, co najlepiej słychać w singlowym Hold Me. Może i nie jest to płyta idealna, bo słabsze momenty też się na niej znajdą, ale przecież niedoskonałość też potrafi być piękna.

Tom Odell uwodzi, hipnotyzuje, urzeka, wwierca się w głowę i absolutnie nie chce z niej wyjść. Trzeba głośno powiedzieć, że BRIT Award 2013 w kategorii Critics’ Choice Award była w tym przypadku zupełnie zasłużona. Jeszcze przed wydaniem album ten został okrzyknięty najbardziej oczekiwanym debiutem roku. I nic w tym dziwnego. Long Way Down Toma Odella to płyta spójna i mądra od pierwszego do ostatniego utworu. Sercem napędowym tej machiny jest czysta energia i prawdziwa, w pełni szczera emocja, która pobudza te najczulsze struny ukryte gdzieś głęboko w nas. Kiedy myślę o tym krążku, przychodzą mi do głowy tylko te słowa: I guess that’s love, I can’t pretend. 

Nie ma więcej wpisów