mat. prasoweLiczba 13 jest synonim pecha. Nadaje się jej złowrogie znaczenie, negatywną moc i czyni odpowiedzialną za ewentualne zło, które się przydarza. Nie bez znaczenia są teżwydarzenia historyczne, np. idy marcowe wywodzące się od słowa id (co w kalendarzu rzymskim oznaczało trzynasty dzień miesiąca), zabójstwo templariuszy (w piątek 13 października 1307 roku) czy Apollo 13 (start o godzinie 13:13 i data pierwszego komunikatu o problemach statku – 13 kwietnia 1979). Przykładów jest wiele. Jak widać, Książę Ciemności i pozostali członkowie legendarnego kwartetu z Birmingham nie boją się żadnych zabobonów i przesądów, bo właśnie tak zatytułowali swój dziewiętnasty studyjny krążek -po prostu 13.

Już na wstępie słychać, że panowie perfekcyjnie odrobili lekcję z kopiowania samych siebie, choć, szczerze mówiąc, w ich przypadku nie dałoby się tego uniknąć. Chociażby z jednego, prostego powodu, o którym mówił kiedyś Rob Zombie: Everybody knows that Black Sabbath started everything and almost every single thing that people are playing today has already been done by Black Sabbath. They wrote every single good riff… ever. Panowie z Black Sabbath wymyślili już wszystko, co tylko było możliwe w muzyce, są wzorem dla innych i, krótko mówiąc, nikt ich nie przebije kreatywnością.

13 stanowi umiejętne, bezbłędne nawiązanie do korzeni, a jednocześnie brzmi niezwykle świeżo. Krążą opinie, że spora w tym zasługa Ricka Rubina uczestniczącego w procesie twórczym, jednak bez względu na to, jak wielki był stopień zaangażowania wielkiego producenta, brzmienie materiału jest takie, jakie być powinno – wyraziste, mocne, przestrzenne, typowe dla Black Sabbath, mimo że Billa Warda zastąpił Brad Wilk (Rage Against The Machine).

Są charakterystyczne, zdecydowane riffy Iommiego (Dear Father), do tego akcenty klawiszowe (Age of Reason), liczne przejścia, pulsujący bas, dynamiczne bębny, niepokojący klimat, zmieniające się tempo, odrobina dramaturgii i intrygujący Ozzy, który śpiewa mniej lub bardziej agresywnie, mruczy, gra na harmonijce ustnej (przesiąknięty bluesowym klimatem Damaged Soul) i, krótko mówiąc, uwodzi, rozkochuje w sobie tak, jak 35 lat temu na Never Say Die!.

Jest też cała masa podobieństw: Loner przypomina swą konstrukcją Sweet Leaf, a brzmienie N.I.B, Live Forever ma w sobie coś z Children of the Grave, klawisze momentami nawiązują do aranżacji z Sabbath Bloody Sabbath i Vol. 4, End of the Beginning kojarzy się z Dirty Women i Black Sabbath, a mroczne Zeitgeist brzmi jak współczesna wersja Planet Caravan. Istotną rolę odgrywa również zakończenie albumu, odgłos nadchodzącej burzy, deszcz, piorun i bijący dzwon – dokładnie tak samo rozpoczynał się pierwszy krążek Black Sabbath. Historia zatoczyła koło.

Aż trudno uwierzyć, że płyta nagrana na przekór przeciwnościom losu (choroby, kłótnie, konflikty, nieudany album Forbidden wydany w 1995 roku i równie nieudana próba reaktywacji w 1997 roku) i po tak długiej przerwie może być tak perfekcyjna, autentyczna i hipnotyzująca, a w istocie jest. Wybitna w każdej sekundzie. Majestatyczna. Doceniam twórczość z okresu, gdy za mikrofonem stał Ronnie James Dio, ale to Książę Ciemności skradł moje serce i to dokonania grupy z jego udziałem przemawiają do mnie i po prostu czarują moje zmysły.

Ta płyta pokazuje, że choć czas będzie biegł do przodu, pojawią się zmiany, różne style czy nowe gatunki, Black Sabbath zawsze będzie inspirować, zachwycać i idealnie trafiać w każdą epokę, niezależnie od ustalonych kanonów i panujących trendów. Ten zespół nigdy się nie zestarzeje, jest nieśmiertelny i 13 jest tego dowodem. Po prostu.

Nie ma więcej wpisów