Istnieją koncerty, na których wszystko, nawet zbiegi okoliczności, układają się na rękę wykonawcy. Andreya Triana musiała w swoim życiu zebrać naprawdę multum dobrej karmy, bo zeszłego wieczoru w Zatoce Sztuki zarówno pogoda, jak i kłopoty techniczne, które mogłyby zniszczyć klimat innego koncertu zdawały się tylko nadawać jej występowi struktury i pełniejszego wydźwięku.

Brytyjka i jej zespół stworzyli najpierw delikatny, zwiewny klimat, który został dopełniony zachodzącym słońcem i wylegującą się w słodkim lenistwie na leżakach publice. Gdy jednak na chwilę zabrakło na scenie prądu, zaczęły się dziać niesamowite rzeczy. Andreya i jej zespół zestawili na sam jej skraj kilka akustycznych instrumentów, a zwabiony tym tłum prawie cały zgromadził się tuż pod sceną, żeby wysłuchać swoistej wersji unplugged jednego z nowych utworów artystki. Pokazuje to jak wszechstronną i nieustraszoną na scenie jest ona wokalistką – z czarującym uśmiechem zaczęła zachęcać publiczność do wspólnego wyklaskiwania rytmu i śpiewania, nie omieszkała też wyrazić zachwytu miejscem, w którym przyszło jej zagrać.

Od tamtej pory wszystkie elementy krajobrazu i nie tylko zaczęły ścielić się jej pod nogami. Gdy trzeba było trochę dramatyzmu – na niebie zebrały się groźne chmury, a za plecami muzyków zabiły w piasek fale, gdy przechodzili do bardziej romantycznych utworów – ukazywało się na niebie słońce, oświetlając zespół pastelowym światłem i malując na niebie oszałamiające wzory. Apogeum  koncertu przyszło, kiedy tuż po tym, jak Andreya zapowiedziała tytułowy hit z pierwszej płyty, Lost Where I Belong, znowu zniknął prąd na scenie. Usłyszeliśmy więc bardzo intymną, zaśpiewaną wspólnie z całą publiką wersję tego utworu na wokal i gitarę, po czym zasilanie wróciło w idealnym momencie, by umożliwić wejście pełnej instrumentacji, co utworzyło tak uderzającą dramaturgię w numerze, że wszyscy chyba dostali ciarek na plecach.

Należy tutaj nadmienić, że Triana dysponuje znakomitym, odwołującym się do tradycji najlepszych soulowych wokalistek głosem, a wczorajszego wieczoru była chyba w fantastycznej formie wokalnej, brzmiała wręcz perfekcyjnie. Ani jednego, nawet najmniejszego fałszu, fenomenalny feeling – tak zaśpiewanego koncertu nie powstydziłaby się Erykah Badu. Kolejnym z momentów wartych wspomnienia było rockowe wręcz wykonanie Everything You Never Had, przy którym publika nie mogła już ustać w miejscu. Przeplatając starszy i nowy, nieopublikowany jeszcze materiał, Andreya z zespołem płynęli przez swój występ niczym niesieni wspomnianymi falami.

Gdy nadszedł czas pożegnania, usłyszeliśmy jeszcze trzy bisy. Pierwszy był solową, stworzoną z zapętlonego przez Andreyę wokalu i beatboxu wersją legendarnego Sweet Dreams z repertuaru Eurythmics. Drugi okazał się przepiękną interpretacją Not Even A King autorstwa Alicii Keys, dzięki której na sopockiej plaży znów zrobiło się romantycznie, a zakochane pary złapały się za ręce. Nic dziwnego, że po trzecim i ostatnim numerze publika nie chciała rozstawać się z zespołem – tak magicznego koncertu w tak pięknym miejscu chyba jeszcze nie było.

Nie ma więcej wpisów