Kiedy w piątek przybyliśmy do Zatoki Sztuki, za budynkiem zaczynał właśnie szaleć wietrzny sztorm, a opustoszała plaża wyglądała jak rodem ze skandynawskich kryminałów. Nie zdołało to jednak odstraszyć od POP-UP STORE żądnych następnych koncertów widzów oraz ciekawskich urlopowiczów, którzy z upodobaniem przeglądali ofertę sklepu. W środku klubu stała już okraszona koncertowym oświetleniem scena, a oczekująca na rozpoczęcie pierwszego koncertu publika grzała się przy kominku, obserwując przez patio wspaniałe, wysokie fale.

Pochodzący z Sejn zespół No Logo rozpoczął bardzo adekwatnie od utworu zaklinającego słońce i nie trwało długo, zanim w Zatoce Sztuki atmosfera prawie dorównała tej plażowej sprzed kilku dni. Siedzący początkowo przy stołach ludzie zostali krok po kroku ośmieleni przez Adriana Łabanowskiego, frontmana, wokalistę i głównego kompozytora zespołu, który nie szczędził zabawnych komentarzy i promieniował pozytywną energią. Muzyka No Logo to optymistyczny miks reggae, funky i wpływów punkrockowych, a jej dopełnieniem są bezpretensjonalne teksty piosenek i humorystyczne podejście do ich struktury. Niejednokrotnie publiczność została wyprowadzona w pole i rozpoczynała aplauz, gdy nagle okazywało się, że przerwa w piosence służy do przekazania jakiejś przewodniej myśli lub po prostu odegrania komediowej scenki, która łączyła się tematycznie z tekstem. Najgorętszym punktem koncertu było oczywiście wykonanie singlowej Hańczy, w której pobrzmiewają echa ludowej muzyki wschodnich rejonów Polski. Sejneński skład okazał się idealnym do rozgrzania publiczności przed gwiazdą wieczoru, czyli Marysią Sadowską z zespołem, która w stroju kojarzącym się z latami 30. ubiegłego wieku przejęła scenę (dosłownie) we władanie zaraz po nich.

W meloniku i długich, czarnych rękawiczkach przypominała nieco Lizę Minnelli z pamiętnego filmu Kabaret, aczkolwiek jej ruchy sceniczne były jeszcze bardziej kocie, a i repertuar znacznie się różnił od filmowego. Zawsze zaskakuje mnie jak długą drogę przebyła Marysia stylistycznie od czasu swoich pierwszych nagrań. Ta potrafiąca przybrać niezliczoną ilość twarzy i wcieleń artystka działa już na polskiej scenie muzycznej od dobrych 18 lat, można by powiedzieć, że jej kariera właśnie osiągnęła pełnoletniość. I takie też wrażenie wywołał na mnie koncert w Zatoce Sztuki – było to przemyślane, dojrzałe wydarzenie, które dzięki odpowiedniemu użyciu dramaturgii i charyzmie scenicznej wokalistki wciągało właśnie jak dobry film. Te kinematograficzne porównania nie są przypadkowe, podobnie jak nieprzypadkowy był wybór repertuaru podczas koncertu. Wszystkie zagrane w piątek piosenki pochodzą z nakręconego przez Sadowską filmu Dzień Kobiet oraz płyty o tym samym tytule. Dzień Kobiet w optymistyczny i pokrzepiający sposób opowiada o walczącej z przeciwnościami losu i społecznymi schematami pracowniczki sieci supermarketów. Podobną historię opowiada muzyką, którą jego reżyserka zaprezentowała w Zatoce Sztuki.

Z początku spokojne, elektro-akustyczne aranżacje i leniwie snujące się rytmy lounge oraz funky powoli nabierały rozpędu, podczas gdy Sadowska czarowała głosem, wyśpiewując raz poważne, a raz lekko frywolne i podszyte specyficznym poczuciem humoru teksty. Usłyszeliśmy wzruszające wydanie Ciało W Ciało Z Matką, w którym zaklęty w komputer głos córki wokalistki akompaniował wykonaniu mamy, usłyszeliśmy wspaniały tekst Ryby, napisany przez Adriana z No Logo (prywatnie narzeczonego Marysi), w czasie którego dowiedzieliśmy się, że „kobieta bez mężczyzny jest jak ryba bez roweru„. Jak każda dobra fabuła, koncert powoli nabierał tempa, aby w końcu wybuchnąć feerią przebojów. W wykonaniu tytułowego utworu z płyty wsparła artystkę Julia Czuraj, która w filmie zagrała córkę głównej bohaterki. Najlepiej wypadł jednak numer Baba Za Kierownicą, przed którym Sadowska zaprosiła na scenę kilka ochotniczek. Ich zadaniem było wykrzykiwać dumnie słowo baba oraz bawić się jak najlepiej – co, jak za chwilę się okazało, było zadaniem na tyle miłym, że szybko przyłączyła się do nich reszta publiki.

Obydwa składy najwyraźniej skutecznie wysyłały w świat pozytywne fluidy i zaklinały pogodę, bo gdy tylko zakończył się drugi koncert, wyszło zachodzące słońce, ubierając nadmorskie chmury w niesamowite kolory, a do tego, jak gdyby wrażeń jeszcze było mało, na tym malowniczym tle pojawiła się olbrzymia tęcza. Może takie koncerty powinny odbywać się częściej? Podejrzewam, że zimno i zła pogoda nie miałyby wtedy prawa bytu.

Nie ma więcej wpisów