Jako fanka elektronicznego oblicza Primal Scream z nadzieją czekałam na album, który dorówna lub chociaż zbliży się poziomem do hałaśliwego, ociekającego agresją XTRMNTR, a oni jak na złość po wydaniu tętniącego klubowym bitem Evil Heat poczuli się komfortowo w łagodnych bluesowych klimatach i bezsensownych tekstach typu Country Girl.

Po dwóch średnio ciekawych albumach praktycznie skazałam ich na wieczny niebyt aż do momentu usłyszenia dźwięków otwierających More Light.

Dziesiąty studyjny album Primal Scream ma to, co uczyniło XTRMNTR wydawnictwem wybitnym – bunt, wściekłość i jednoznaczną polityczną, a właściwie antypolityczną wymowę.

Czy zawdzięczamy to kilkuletniej trzeźwości jednego z największych ćpunów na brytyjskiej scenie rock’n’rollowej, czy po prostu dojrzałości (tak, Gillespie ma już 50 lat), More Light jest w ścisłej czołówce krążków Primal Scream, a może i wychodzi na prowadzenie.

Już sam początek dosłownie wgniata w ziemię, zaczyna się od dochodzącego z oddali, trochę zamazanego dźwięku saksofonu, stopniowo dołączają kolejne instrumenty, napięcie rośnie, aż wszystko wybucha i trwa tak przez dziewięć minut. W 2013 Gillespie wyśpiewuje antyestablishmentowe słowa nawołujące do rewolucji na tle szalejących gitar i wijącego się saksofonu, aż po ośmiu minutach perkusja milknie, a gitarowy chaos niespiesznie wygasa, jakby próbując przeciągnąć dobrą zabawę jeszcze przez kilka minut.
Dla odmiany River of Pain jest wyciszonym, lekko psychodelicznym odpoczynkiem z nutką free jazzu à la Mars Volta, a także z zupełnie nieoczekiwanym symfonicznym fragmentem. Atmosfera paranoi i opresyjny nastrój przewijają się systematycznie w prawie każdym kawałku, w Culturecide gdzie uderzają mocne słowa: living like a refugee in your own country, czy w Tenement Kid gdzie lider Primal Scream wyraża troskę o dobrobyt brytyjskiego społeczeństwa.

Bunt przeciwko czasom, w których żyjemy jest o tyle zastanawiający, że sam Gillespie jest przedstawicielem dobrze prosperującej klasy średniej, a do zdjęć pozuje w ubraniach Givenchy, ale może lepiej skupić się na muzyce. Polityczne zaangażowanie zespołu przekłada się na jakość krążka, ich wściekłość słychać w ostrych gitarach, dynamicznych bębnach oraz w pełnym złości wokalu. W Hit Void perkusja tak szybka, jakby to był wyścig oraz saksofon, który zdominował końcówkę, brzmią tak, jakby zarejestrowanie tej niesamowitej energii miało być sprawą życia lub śmierci. Gościnny udział Roberta Planta w Elimination Blues to dzieło przypadku, Primal Scream nie zawracają sobie głowy formalną wymianą zaproszeń i propozycji, oni po prostu mają szczęście. Gdy Gillespie wpadł na wokalistę Led Zeppelin w londyńskiej kafejce, od razu wiedział, że umieści go w niczym innym tylko w najbardziej bluesowym kawałku i tak oto Plant wspomaga młodszego kolegę delikatnymi wokalizami, które mimo że nie są na pierwszym planie, to i tak dają rewelacyjny efekt. Za to Relativity ma jeden z najpiękniejszych momentów na płycie, mniej więcej w czwartej minucie, kiedy z głośnego, agresywnego kawałka przechodzi w łagodną balladę naznaczoną dźwiękiem gitary akustycznej i hippisowską aurą w stylu Screamadelici. Jeśli już mowa o tym kultowym albumie, to zamykający najnowszy krążek It’s Alright, It’s Ok to wierna kopia Movin’ on Up, tak samo lekka i beztroska, z tą różnicą, że tym razem muzycy już z pewnością pamiętają proces nagrywania.

Nie ma więcej wpisów