Debiutancki album J. Cole’a pt. Cole World: The Sideline Story, wydany w 2011 roku, zaprezentował światu nie tylko utalentowanego tekściarza o świetnym flow, ale i fantastycznego producenta. Krążek został świetnie przyjęty przez branżową krytykę, jak i fanów hip-hopu, którzy szybko wpisali ksywę J. Cole’a na listę najlepszych debiutów wspomnianego gatunku ostatnich lat. W tym roku ukazały się jego dwie EP-ki – Truly Yours i Truly Yours 2, które zaostrzyły apetyt na drugi album rapera pt. Born Sinner.

Przyznam, że kiedy krążek się ukazał, trudno było mi się za niego zabrać. Żyłem (i w sumie nadal żyję) płytą Yeezus, a poza tym, Mac Miller wydał album, który pochłonął mnie na jakiś czas, więc Born Sinner musiał czekać na odpowiedni moment.

W końcu go przesłuchałem, nawet kilka razy, przeanalizowałem wady i zalety, i z czystym sumieniem stwierdzam, że to album bardzo dobry. Jednak tylko i aż, bo mimo że słucha się go bardzo dobrze, to oczekiwałem, że akurat ten album rozłoży mnie na łopatki. Dyskutując wśród znajomych o opisywanym albumie słyszałem słowa: genialna; kozak; album roku; no ale o co ci chodzi, przecież J. Cole zapowiadał, że to będzie spokojniejszy album itp. Owszem, J. Cole zapowiedział, że tak będzie i tak jest, co nie zmienia faktu, że Born Sinner nie uznałbym za krążek genialny i wybitny.

Całości materiału słucha się jednak świetnie, zarówno bitów, jak i wyśmienitych nawijek gospodarza. Fakt, jest spójnie i ciekawie, a biorąc pod uwagę, że Cole większość numerów wyprodukował sam, to świadczy to o jego artystycznej świadomości i w pełni tego rodzaju zaangażowanie doceniam. Bity pozwalają na skupienie się na lirycznej zawartości krążka. Wśród stricte kompozycyjnej warstwy płyty nie uraczymy ciężkich, mocnych, agresywnych dźwięków, wyraźnych bębnów czy popularnych cykaczy. Kompozycje stanowią przemyślany akompaniament dla wersów Cole’a. Moje ulubione utwory to She Knows oraz Ain’t That Some Shit (Interlude). Wśród numerów, które utkwiły mi w pamięci i do których na pewno wrócę są jeszcze Power Trip z Miguelem, Forbidden Fruit z Kendrickiem Lamarem oraz Trouble. Świetny jest również Crooked Smile z legendarnym żeńskim składem TLC, wykorzystujący charakterystyczne elementy muzyki r’n’b przywodzące na myśl produkcje tego gatunku z końca lat 90. XX wieku. Mógłbym znaleźć jeszcze więcej smaczków, odniesień czy aranżacyjnych rozwiązań, które zapadają w pamięć, ale najważniejsze jest to, że wszystkie utwory współgrają ze sobą w odpowiedni sposób, więc wątpię, żeby ktoś chciał wyłączyć album przed jego końcem.

Lirycznie jest nieco gorzej. Słuchałem albumu kilka razy, żeby szczególnie skupić się na tym aspekcie. Flow i technika są niewątpliwie świetne, niepodrabialne i to jest bezdyskusyjne. Raper bawi się słowem, akcentem, lecąc na różnych bitach i pokazując przy tym swoją techniczną wszechstronność. Jednak z samych tekstów nie za dużo zostało w mojej pamięci. MC skupił się zarówno na lekkich, jak i poważnych, choć często ogranych kwestiach, ale nie popchnął mnie w kierunku dłuższych rozmyślań czy głębszej refleksji. O wielu poruszonych na płycie tematach po odsłuchu zupełnie zapomniałem i nie kojarzę wersów, które mógłbym cytować przez długi czas po zapoznaniu się z krążkiem. Cole nawija m.in. o swojej wielkości, o seksualnych podbojach, bogactwie i ubóstwie, homofobii czy wychowaniu. Nawet jeśli te tematy nie są słuchaczom rapu obce, a wątpię, żeby były, to tak jak napisałem wcześniej – nie poruszają na tyle, aby o treści jakiegoś kawałka myśleć na długo po jego odsłuchu.

Pomimo lirycznych mankamentów, płyta Born Sinner to ważna pozycja hip-hopowa tego roku i na pewno lepsza produkcja niż debiutancki Cole World: The Sideline Story. Spodziewałem się niespodziewanego, jednak otrzymałem solidną produkcję, swego rodzaju potwierdzenie tego, że J. Cole jest ważnym graczem. W przyszłości liczę jednak na prawdziwe zaskoczenie. Po dwóch bardzo dobrych pozycjach – to już ten moment.

Nie ma więcej wpisów