Editors – rozdział czwarty. Czego fani grupy oczekiwali? Czy pragnęli powrotu brzmienia znanego z pierwszych dwóch krążków, dzięki którym Editors konsekwentnie porównywani byli z Interpolem oraz Joy Division? A może oczekiwali kontynuacji lżejszego, okraszonego odrobiną elektroniki oblicza grupy znanego z ostatniego ich albumu pt. In This Light and on This Evening?

Domysłom, jak będą muzycznie wyglądać nowi Editors, z pewnością nie było końca, a oczekiwania na nowy materiał były pełne strachu i niepewności, głównie ze względu na fakt, że jeden z założycieli oraz niezaprzeczalny filar grupy, gitarzysta Chris Urbanowicz, postanowił opuścić kolegów. Tak też w nowym składzie rodziły się nowe pomysły, których rezultaty trafiły do sklepów pierwszego lipca i wywołały wśród zarówno fanów jak i krytyków mieszane uczucia.

The Weight Of Your Love dla jednych będzie czymś nowym, świeżym i ciekawym, a dla innych – tych, którzy raczej uciekają od lekkiej pompy i patosu – małym koszmarkiem. Ja chyba jednak należę do tej pierwszej grupy.

Album rozpoczyna się kawałkiem The Weight, który trochę mylnie nasuwa skojarzenie z Editors sprzed In This Light and on This Evening. Dlaczego mylnie? Bo im dalej w las tym… No właśnie. W kolejnych utworach ze świecą trzeba szukać brzmienia znanego z początków ich kariery. Całe brzmienie zespołu, mimo posępnego tembru głosu Toma oraz momentów dramatycznych i mrocznych, jest lżejsze, jakby nieco weselsze i bardziej… amerykańskie. Ale przecież nie można narzekać na to, że zespół chce eksperymentować i poszukuje całkowicie swojej szufladki w muzycznym światku. A tutaj na największe eksperymenty zdecydował się sam sternik grupy – Tom Smith. Bo czy kilka lat temu ktokolwiek wyobrażał sobie Toma śpiewającego falsetem? Szczerze w to wątpię.

Cały album to taki trochę miks U2, Muse, Coldplay i paru innych znanych kapel. Może panowie skusili się na udział w jednym z koncertów U2 lub Muse i zgodnie uznali, że najwyższy czas, aby również Editors wkroczyło na stadiony i w ten sposób podeszli do nagrywania albumu? Kto wie? Jednak słuchając kawałków A Ton of Love czy Honesty, trudno nie odnieść wrażenia, że nowy repertuar Brytyjczyków jest przygotowany specjalnie pod wielkie, stadionowe koncerty z tysiącami piszczących pod sceną fanek. Porywający refren ostatniego singla, w którym Tom charyzmatycznie wykrzykuje Desire! Desire!, trudno nie skojarzyć z fragmentami albumu Rattle and Hum grupy U2. Odkrycie przez Toma falsetu, tak dobrze słyszanego w What Is This Thing Called Love, mnie od razu nasuwa skojarzenie z Bellamym – chociaż to nie jest taki falset, jakim Matt uderza (dosłownie) podczas swoich wokalnych wojaży na koncertach, Tom postawił na większy liryzm i spokój, jednak kawałkowi nie brak lekkiego nadęcia, które ponownie nasuwa jedno skojarzenie. Oczywiście to nie koniec zespołowych porównań. Piękna ballada Nothing mogłaby z powodzeniem trafić do repertuaru Springsteena, Formaldehyde stylistycznie przypomina dokonania The Killers, a w kapitalnym Sugar nietrudno doszukać się czegoś z Depeche Mode.

Mimo tych wszystkich porównań, skojarzeń, zasłyszeń, jest w tym krążku coś, co każe mi go włączać ponownie. Płyta nie jest spójna, bo kilka numerów zupełnie wytrąca słuchacza z klimatu, jakby ktoś budził cię w środku nocy, pytając o wzór na pole kwadratu, po czym kazał ci się z powrotem spokojnie ułożyć i spać dalej. Ale ja i tak ją kupuję. Nabieram się na te stadionowe hymny, na ten patos (choć daleko im do poziomu patosu prezentowanego przez wspomniane już wyżej trio z Devon). Może to właśnie w tym tkwi sedno – mam słabość do wszystkich wymienionych wyżej zespołów, dlatego tej płyty słucha mi się z nieskrywaną przyjemnością. Poza tym, mimo braku spójności, są na niej momenty wręcz zachwycające. Tylko czy ten zachwyt nie przejdzie po kilkudziesięciu przesłuchaniach?

Jeżeli poszukiwanie muzycznej tożsamości Editorsów ma stanąć w tym miejscu, mnie to chyba odpowiada – chociaż ile na tej płycie jest tak naprawdę Editors w Editors? Podsumowując, pomijając kilka słabych momentów, jest tu mnóstwo dobrze skomponowanych, bardzo przestrzennych kawałków, w których człowiek aż chce się zatopić. Dobrych, ale tak naprawdę dobrych utworów jest tu najwięcej od czasu ich pierwszego albumu, bo czy można przejść obojętnie obok A Ton Of Love, Honesty czy Sugar? Może faktycznie nieco przez pryzmat starszych kolegów z branży panowie próbują zdefiniować samych siebie, jednak co z tego, skoro w takich kolorach im do twarzy. Czwarty rozdział Editors, mimo że budzi najwięcej skrajnych emocji, jest najlepszym rozdziałem w ich karierze, nie doskonałym, ale z pewnością takim, który potrafi sprawić, że w nawale muzyki docierającej do nas zewsząd, będziesz w stanie odwrócić się i poświęcisz im chociaż chwilę.

Nie ma więcej wpisów