Dwa ulubione zespoły w jednym miejscu? Chyba stało się oczywiste, że musiałam się tam pojawić. O koncercie Muse w Berlinie dowiedziałam się w listopadzie ubiegłego roku, bo właśnie wtedy trio z Devon ogłosiło stadionową trasę koncertową, a bilety trafiły do sprzedaży. Jako, że Muse to zespół, w przypadku którego nie potrzeba mi wiele czasu na zastanowienie czy warto jechać, od razu kupiłam bilet nie myśląc, co stanie się za osiem miesięcy. Drugim zespołem, który chciałam zobaczyć na żywo było szkockie trio Biffy Clyro. Jakoś nasze drogi uparcie się mijały i za każdym razem kiedy panowie gościli w Polsce mi nie było kompletnie po drodze na ich koncert. Dlatego, chyba rozumiecie moją radość kiedy dowiedziałam się, że właśnie Simon Neil i spółka będą supportować Muse w Waldbühne w Berlinie.

Kiedy nadszedł ten długo wyczekiwany dzień, pod Waldbühne pojawiła się spora reprezentacja polskich fanów. Szczytem marzeń byłoby obejrzeć ten koncert spod samych barierek, a że marzenia należy spełniać – zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, aby tak własnie się stało. Nigdy nie wierzyłam do końca w te filmiki, na których oszalali fani ścigają się zaraz po otwarciu bram, biegnąc ile sił w nogach jakby od tego, którzy pojawią się pod sceną zależało ich życie. Okazało się jednak, że to się dzieje naprawdę! I ba! Wcale nie byłam osobą, która się temu wyścigowi przygląda – byłam jedną z nich! No ale czego się nie robi dla Muse i Biffy Clyro.

Kiedy już dotarliśmy pod same barierki (Niemcy wolno biegają) nadszedł kolejny czas oczekiwania – ale co to są dwie godziny w obliczu wcześniejszych ośmiu miesięcy. Szkoci pojawili się na scenie nie po dwóch (jak planowano) godzinach, ale po niemal trzech. Jednak po pierwszych dźwiękach Stingin’ Belle nikt już nie zwracał uwagi na to, że musiał na cokolwiek czekać. Panowie uderzyli dźwiękiem z siłą huraganu i poziom ten utrzymali aż do ostatniego kawałka. Dokładnie połowę setlisty stanowiła ostatnia płyta – zabrzmiały między innymi kawałki Opposites, Biblical, Spanish Radio i Black Chandelier – ale nie zabrakło największych hitów grupy, czyli Bubbles, cudnej ballady Many of Horror, God and Satan czy zamykającego koncert Mountains. Ku mojemu zdziwieniu panowie zagrali aż 14 utworów, podczas których Simon i James wskakiwali na wszelkie możliwe podesty oraz rzucali się na kolana (w skutek czego Simon pół koncertu grał z zakrwawionymi spodniami), natomiast Ben grał z taką energią, że momentami miałam wrażenie, że pałeczki rozsypią się na setki drzazg. Niemiecka publiczność nie mogła lepiej trafić na support, bo nie wiem czy jest ktoś, kto po koncercie tej trójki nie miał zadyszki od skakania i śpiewania. Okazało się także, że nowa płyta brzmi na żywo jeszcze lepiej i jeszcze energiczniej niż na nagraniu. Szczególnie otwierający koncert Stingin’ Belle, który w pierwszej udostępnionej przez zespół wersji, nie porywał za bardzo, tu okazał się być petardą rzuconą w tłum.

Po tym co pokazało na scenie Biffy Clyro miałam wrażenie, że w sumie co by się nie działo podczas koncertu Muse, ten dzień i tak będzie należał do jednych z lepszych koncertowych dni w moim życiu. Jednak zanim Muse pojawiło się na scenie należało umieścić na niej szereg gadżetów, które miały pomóc zbudować grupie show, z którego Ci Brytyjczycy słyną. Zbudowana na Waldbühne scena nie była pełną wersją tej ogromnej, przytłaczającej wręcz fabryki znanej ze stadionowego tournée. Myślę, że w znacznej mierze muzyków ograniczyło samo miejsce, ponieważ Waldbühne to ogromny amfiteatr, jednak posiadający zbyt małą płytę, aby kolosa, który mieści się na stadionach zmieścić także i tutaj.

Kiedy wybiła godzina zero, koncert rozpoczął się od wielkiego wybuchu ognia, który nieco zdezorientował zgromadzonych pod samymi barierkami fanów, uderzając w nich podmuchem gorąca. Matt, Chris i Dom pojawili się na scenie przy dźwiękach Unsustainable po czym zabrzmiał otwierający krążek The 2nd Law kawałek Supremacy. W tym momencie rozpoczął się trwający niemal dwie godziny spektakl, bo tego co panowie nam zaprezentowali nie można nazwać zwyczajnym koncertem. Na scenie momentami działo się tyle rzeczy, że nie wiadomo było do końca na czym skupić wzrok, a śledzenie biegającego w tę i z powrotem Matta Bellamy’ego również było niemała wyczynem. Muzycznie do Muse nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Każdy kto choć raz widział ich na żywo wie, że część z ich utworów brzmi na koncertach znacznie lepiej niż na nagraniach i w tym jak panowie grają i jak Matt śpiewa nie ma żadnej ściemy. Nawet Madness, którego osobiście nie lubię, na żywo porywa mnie równie skutecznie jak moje ulubione ich utwory. Większość setlisty stanowiły piosenki z ostatniej, dość chaotycznej płyty The 2nd Law jednak na Waldbühne zabrzmiały kawałki ze wszystkich płyt zespołu, nawet z debiutanckiego Showbiz. W sumie, to właśnie czas, w którym Matt wraz z Chrisem zagrali Unintended był jednym z piękniejszych momentów wieczoru. To, że koncerty tego trio powoli zaczynają przybierać formę spektaklu potwierdza pojawienie się dwukrotnie aktorów na scenie. Najpierw podczas kawałka Animals szalejący biznesmen rzucał w tłum specjalnie przygotowanymi przez zespół na trasę koncertową pieniędzmi, natomiast podczas Feeling Good byliśmy świadkiem samodestrukcyjnego działania zachłannej bizneswoman.  Ale to nie koniec atrakcji. Kiedy koncert nieuchronnie zbliżał się do końca, na początku pierwszego bisu (panowie bisowali dwukrotnie) między sektorami amfiteatru przespacerował się znany już fanom Muse robot o wdzięcznym imieniu Charles. Całość zakończył kawałek Starlight, co dla mnie jest akurat słabym wyborem na wielki finał – Starlight w końcu nie ma takie energetycznego kopa jak choćby Knights of Cydonia czy Stockholm Syndrome.

Muse ponownie udowodniło, że jeżeli chodzi o show podczas koncertów, obecnie mało kto jest w stanie im dorównać. Aktorzy, roboty, słupy pary i ognia – może to ludzi nieco śmieszyć, niektórych nawet zniechęcać, jednak naprawdę miło jest nacieszyć tym wszystkim oczy. Przestały mi także przeszkadzać gesty Matta upodobniające go do Bono, chociaż kilka kawałków ogląda się dziwnie kiedy Matt nie ma gitary tylko przechadza się po scenie z mikrofonem, co jakiś czas rzucając się spektakularnie na kolana. Jednak nie od dziś wiadomo, że jest to urodzony frontman, sceniczne zwierzę, którego podczas koncertu nikt nie jest w stanie okiełznać. Zawiodłam się tylko jedną rzeczą, mianowicie brakiem kawałka Dead Star, który zabrzmiał niemal na wszystkich koncertach obecnej trasy. Trochę przykro, jednak jak się okazuje, nie można mieć wszystkiego.

Podsumowując naprawdę ciężko stwierdzić mi, który z zespołów był bohaterem wieczoru – z założenia powinno być to Muse, jednak Biffy Clyro zagrali z tak niesamowitą energią, jakby ten koncert należał tylko i wyłącznie do nich. Tak czy inaczej, oby trio z Devon szybko zdecydowało się na powrót do Polski, bo z Biffy Clyro zobaczymy się już za kilkanaście dni na Coke Live Music Festiwal – po tym co panowie pokazali w Berlinie jestem przekonana, że w Krakowie to oni będą gwiazdą wieczoru, a może i całego festiwalu.

Nie ma więcej wpisów