Zadawaliście sobie kiedyś pytanie, gdzie leży granica pomiędzy sztuką a rzemiosłem? Jeśli takowa w ogóle istnieje w czasach, gdy w muzyce, filmie czy teatrze zwietrzono dobry biznes. Jest to szczególnie widocznie na festiwalach. Open’er to od kilku lat nie tylko muzyka. Czy zatem jeszcze większa okazja do zarobku?

Przyznam, że po raz pierwszy wybrałam się na całego Open’era. Postanowiłam nocować na polu, by w pełni doświadczyć festiwalowych wrażeń. Zwabiona koncertem Kamp!, przyjechałam już we wtorek, skusiłam się również na niedzielne poprawiny.

Open’erowe przemyślenia naszły mnie już zimą. Ogłoszenie headlinera ostatniego dnia przyniosło ze sobą falę zachwytu i deklaracji wśród znajomych, nie tylko zagorzałych melomanów (w końcu to Kings of Leon). Nie mieszkam w metropolii, jednak doszły mnie słuchy, że w większych miastach ludzie dzielą się na tych, którzy jadą i nie jadą (a w zasadzie jeżdzą i nie jeżdzą). Hasło Open’er padało na wielu imprezach, podczas gdy dla wielu mieszkańców Europy Zachodniej to właśnie festiwal jest imprezą (ale o tym później). Wielu Polaków nie może sobie pozwolić na kilkudniowe muzyczne święto – albo nie mają pieniędzy, albo nie mają czasu, bo te pieniądze zarabiają. Może właśnie dlatego festiwalowanie stało się pewnego rodzaju symbolem statusu społecznego i materialnego. Jak w tym wszystkim mają się odnaleźć osoby, które przez rok zbierają pieniądze, by zobaczyć wykonawców, których dyskografie mogliby recytować zbudzeni w środku nocy? Pięć stówek to na polskie realia spora suma, a trzeba jeszcze dojechać i nie popaść z głodu/pragnienia. Z kolei mieszkaniec UK, gdy porówna polski festiwal z Download czy Leeds, uzna Open’era za raj cenowy. Wsiadasz w samolot, jesteś na miejscu… i czujesz się jak u siebie.

Ja nie czułam się jak u siebie (pod względem narodowościowym) od momentu, gdy wsiadłam ze znajomą do festiwalowego autobusu. Miałyśmy wrażenie, że jako jedyne mówimy po polsku. Podobnie było na polu – Hiszpanie, Irlandczycy czy Szwedzi, chcąc znaleźć swoich rodaków, przymocowali do namiotów flagi, jednak okazało się to zbędne (ja już myślę o takiej za rok). Gdy wrócę wspomnieniami do edycji sprzed dwóch lat, wydaje mi się, że ilość gości z zagranicy nie przybierała jeszcze takich rozmiarów. Teraz, pisząc do znajomego za granicą, dostaję odpowiedź: O, mój przyjaciel właśnie pojechał na jakiś festiwal do Polski, może to ten sam? Coraz częściej zastanawiam się, czy zamierzeniem organizatorów nie jest stworzenie festiwali w Polsce dla gości z zagranicy. Oni, w przeważającej większośći, pozostawią po sobie więcej gotówki. Ma to jednak parę skutków ubocznych. Jednym z nich jest postkolonializm. W zasadzie kolonializm, bo przecież nigdy nie byliśmy brytyjskim dominium. Jedna z zagranicznych festiwalowiczek, usłyszawszy komunikaty kierujące do autobusu, skwitowała, że powinni je nadawać po angielsku. Może za parę lat… W krajach Europy Zachodniej na festiwal może sobie pozwolić niemal każdy, robi się z tego masówka. Wiele osób traktuje to jako formę wypoczynku, nierzadko spędzając większość czasu z puszką piwa na polu namiotowym. Zagraniczni dziennikarze chwalą Open’era za czystość i względnie małą ilość upitych festiwalowiczów – dla mnie poziom syfu był często nie do zniesienia. Po koncercie Kamp! byłam zszokowana ilością kubków po napojach, jednak z dnia na dzień przyzwyczajałam się do widoku bielizny walającej się w towarzystwie śpiworów, talerzyków czy poduszek. Widziałam ostatnio zdjęcia z Reading – w porównaniu z nimi jesteśmy czyścioszkami, na razie.

Zabawne, jak odmiennie wyglądała sytuacja w łazienkach. Kto nie wiedział, że na drugim końcu pola były darmowe prysznice z ciepłą wodą, stawał przed dylematem – mieć czy nie mieć te trzy złote w kieszeni. Najlepszym podsumowaniem przedsiębiorczości organizatorów był okrzyk jednego z festiwalowiczów: Nie chcecie płacić? Myjcie się w zimnej wodzie jak świnie! Ale naprawdę nie ma na co narzekać – uczestnicy Download za jakikolwiek prysznic płacą 6 funtów, a za karnet na czyszczone toalety (pozostałe nie uświadczą tego przez cały festiwal) 13 funtów. Czy to nas właśnie czeka? W sumie open’erowe łazienki straciły swoje pierwotne przeznaczenie, stając się miejscem ładowania i-wszystkiego, salonem kosmetycznym i zakładem fryzjerskim. Kto czuł się niewystarczająco czysty, mógł skorzystać ze sponsorowanej pralni i prasowalni. Skusiłam się raz i natychmiast pożałowałam – z chwilą wygładzenia ostatniego zagniecenia bluzki biwakowanie straciło resztki uroku. No, ale był to jednak kolejny punkt, w którym można było podładować swoje gadżety.

Skoro już o elektronice mowa, sam punkt ładowania sprawiał wrażenie dobrego melanżu – ciasno, gwarno, ale niestety każdy zajęty swoją klawiaturą. Zamiast pytać się o imię, szukano odpowiedniego modelu ładowarki. Byłoby tam jeszcze tłoczniej, gdyby nie odstraszający właścicielki prostownic napis: Tylko dla komórek. Jeszcze smutniejszym miejscem na polu była tak zwana Świetlica (i tu największe rozczarowanie) – biały, pusty namiot z wi-fi. O dziwo, oprócz podłączonych do Internetu jak do kroplówki, było tam jednak parę kreatywnych osób.

Pisząc o kreatywności, nie sposób nie wspomnieć o kaloszach – najlepszym obuwiu na 30-stopniowe upały. Te warte powyżej 400 złotych były (zaraz po zaginionych smartfonach) głównym bohaterem festiwalowego spotted.

Open’er to również używki – kasa, kasa i jeszcze raz sponsorzy. Którzy mają oczywiście swoje wymagania i sprowadzają wolność festiwalowicza do minimum. Ograniczona do wnoszenia dwóch gatunków piwa, czułam się jak skupująca ocet z półek PRL-owskiego sklepu. Ci, którym zachciało się piwa na plaży (albo w drodze na nią), mogli paść ofiarą funkcjonariuszy udających zrelaksowanych melomanów. Dla Polaków nic dziwnego, jednak dla zagranicznych turystów niezbyt miłe przywitanie, zwłaszcza gdy o piątej nad ranem (porze, gdy większość zasypia) pole przeczesują policyjne psy. A papierosy? O dziwo, jedyna rzecz w campingowym sklepie, która nie miała horrendalnej marży, a na dodatek pozwalała na darmową przejażdżkę diabelskim młynem. Nie palisz? Płać dwanaście złotych (ciekawostka: tyle właśnie kosztowała paczka).

Oprócz sponsorów promujących zdrowy tryb życia, mieliśmy też tych, którzy dbali o wysoki poziom festiwalu. Operator i przewoźnik, ustawieni naprzeciw siebie, zadbali, żeby było jaskrawie, hałaśliwie i przede wszystkim z ambitną oprawą muzyczną. Pozostając przy temacie ziemniaków, tegoroczna edycja również mogła się poszczycić kulinarnym przebojem (składnik bez zmian). Czy Wy również staliście godzinę w kolejce, spóźniając się na koncert? Ciekawe czy fenomen tkwi tylko w smaku… Przykry był przy tym brak kolejki do stoiska z płytami – jedynego w miasteczku, a przy tym o bardzo ograniczonym wyborze. Niestety, oficjalny sklep festiwalu nie sprzedaje już płyt. Można było jednak wystroić się od stóp do głów, zafundować sobie dziarę i obwiesić gadżetami.

Chciałabym nie pisać o niedzielnych wydarzeniach. Z przyjemnością bym tego nie zrobiła, gdyby organizatorzy zdjęli ze sceny festiwalowe banery (jak dla mnie byłaby to ostatania deska ratunku). Smutne, że wizerunek artystyczny festiwalu został nadszarpnięty po jednej z lepszych edycji, porównywanej przez wielu z tą z 2010 roku (czas pokaże, gdy emocje opadną). Pokusilam się na koncert Rihanny w nadziei na show, którego nie było. Jak to podsumował mój znajomy: Za darmo to nawet ocet słodki, ale… Ten był przeterminowany o 50 minut. To Rihanna dośpiewywała swoim chórkom, bezczelnie szczerząc zęby, gdy półplayback robił swoje. Za główny element choreografii obrała sobie manewrowanie ręką między udami. Wizerunek Barbadoski będzie kiedyś widniał w słownikach pod hasłem próżność – była tak zapatrzona w siebie, że nie zauważyła, że ludzie się po prostu nie bawią. Zapewne nie usłyszała też, gdy na hasło: I want everybody to say my name, wielu krzyknęło: Beyoncé! W największe zdziwinie wprawił mnie jednak zespół Rihanny – szarpać struny na jej koncercie to z pewnością marzenie niejednego muzyka (pewnie nie raz odmówiła Joshowi Homme’owi). Powiewające na wietrze długie włosy, ciuchy z czarnej skóry i kiczowate glam rockowe solówki rodem z lat 80. W sumie, cały koncert przywodził mi na myśl tę epokę – a już zwłaszcza buchające ze sceny płomienie.

Dizzee Rascal też nie próżnował. Dubstepowe klimaty dobrze sprawdziły się na żywo, gorzej jednak, gdy były przeplatane oklepanymi tekstami o dziewczynach i ich tyłkach (raper miał od tego nawet specjalych wokalistów). Całość nie raz brzmiała jak z radiowego głośnika. Gorzej było, gdy między koncertami zabrzmiał kawałek PSY – nie wiedziałam wtedy, czy śmiać się, czy płakać.

Myślałam, że ciężko bedzie mi wymazać ostatnie wspomnienie tegorocznego Open’era, na szczęście okazało się, że to jeszcze nie koniec. Gdy kierowałam się w stronę wyjścia, uderzyła mnie zadziwiająco głośna muzyka pod sceną. Ciekawa jestem, kto wyszedł z inicjatywą puszczania open’erowych hitów, bo było to bardzo dobre posunięcie dla wymazania pop-porażki. Co najlepsze, ludzie tańczyli pogo, w kółku, płynęli na rękach i stawali nad tłumem, a ochroniarze się nie czepiali. Być może dlatego, że byli zbyt zajęci nagrywaniem tych szczególnych chwil. Techniczni, zamiast zajmować się sprzętem, wpatrywali się jak zahipnotyzowani. Nawet organizator wyszedł, by przyjrzeć się temu z bliska. Głodni dobrej imprezy festiwalowicze rozkręcili ją sami. Nie zdziwię się, gdy ekipa Open’era podepnie rockotekę pod swoje osiągnięcie, jednak najważniejsze, by zafundowali nam powtórkę w przyszłych latach.

Bez sztuki nie byłoby festiwali. Wychodzi jednak na to, że równie wiele można pisać o logistyce, uczestnikach i tworzonej przez nich atmosferze. To ciekawy i budujący temat do dyskusji. Wraz z rozmiarami imprezy rosną również kontrowersje z nią związane.

Jak Wy oceniacie open’erową otoczkę? Co chcielibyście zmienić, a co włączyć w poczet tradycji tego muzycznego święta?

Nie ma więcej wpisów