Wstęp jest zbędny, zepsułby wszystko, uwierzcie. Nie ma sensu opisywać kwestii organizacyjnych itp., bo to leżało na całej linii. Brak kierunkowskazów w mieście, nieznajomość języka angielskiego, problemy z językiem polskim, niezorientowana obsługa festiwalu i ich translatory Google, faworyzowanie czeskich mediów – to główne przewinienia. Trudne do zrozumienia, budzące złość, ale nadające się wyłącznie na obszerny e-mail z zastrzeżeniami do organizatora Colours of Ostrava 2013. Darujmy sobie zatem te opowieści.

Tym bardziej, że ten festiwal okazał się muzyczną rewelacją i przy tym pozostańmy. Czesi zorganizowali imprezę, której line-up budził podziw przed festiwalem, a w jego trakcie zwalał z nóg. Zaprosili do Ostravy najciekawszych muzyków ostatnich miesięcy, prawdziwe rewelacje muzycznej sceny. Artystów, którzy chyba umówili się wcześniej, żeby zagrać takie koncerty, aby później można było mówić: Colours of Ostrava 2013 to najlepszy europejski festiwal roku.

Sigur Rós, 18.07, czwartek

Nad koncertami Sigur Rós rozpływaliśmy się już nieraz. Panowie przyzwyczaili swoją publiczność do silnych muzycznych doznań, do wyciągania z ludzi najgłębiej skrywanych emocji, pragnień, a niekiedy determinowali do podejmowania ważnych życiowych kroków. O ile na płytach wypadają zwykle dość melancholijnie, kojąc zmysły, o tyle na żywo osiągają odwrotny skutek. Dobrze wiedzą, co zrobić, byśmy poczuli nawet najmniejszy dźwięk każdą cząstką swojego ciała.

Tego też oczekiwałam po ich koncercie pierwszego dnia festiwalu w Ostravie. Byłam głodna i spragniona tego wszystkiego, czego przed rokiem doznałam w Berlinie (Berlin Festival). Moje oczekiwania były tym większe, że Islandczycy mieli przecież wykonać kawałki z nowej płyty, Kveikur, która jest oceniania jako bardziej energiczna, dynamiczna, mroczna. Niestety, moje potrzeby nie zostały zaspokojone. Koncert zagrany poprawnie,
z charakterystycznym dla grupy klimatem tworzonym przez towarzyszący chórek oraz sekcję skrzypków, nie miał jednak w sobie na tyle magii, by wyłączyć mi resztę świata. Nie, nie powiem, że jestem zawiedziona, gdyż był to w dobry występ. Czuję jednak niedosyt.  Nie było tego napięcia, szybszego bicia serca i przeszywających ciało dreszczy. Ale może to kwestia tego, że nie można dwa razy przeżyć tego samego?
(Magda Rogóż)

Dub FX, 19.07, piątek

Występ Dub FX był pierwszym koncertem, który drugiego dnia odbył się na głównej scenie Colours of Ostrava. Tym razem Benjamin pojawił się bez swojej partnerki, Flower Fairy. Nie oznacza to jednak, że jego występowi brakowało czegokolwiek. Artysta był pełen energii i za dnia, w pełnym słońcu, przy lejącym się z nieba żarze rozkręcił niezła imprezę. Radość z życia, jaka z niego emanowała, udzieliła się publiczności, a jego charyzma sprawiła, że z łatwością można było policzyć osoby, które w trakcie jego występu nie ruszyły choćby jedną kończyną. Niemal wszyscy ochoczo podrygiwali w rytm wypuszczanych w eter dźwięków, dając się wciągnąć w prowadzoną przez Benjamina zabawę. Dla mnie – rewelacja!
(Magda Rogóż)

Markéta Irglová, 19.07, piątek

Markéta Irglová zagrała przed wybrańcami, którzy kupili na jej koncert dodatkowy bilet. Występ odbył się w budynku, na sali, na którą wstęp mieli wyłącznie posiadacze rezerwacji. Żadnej prasy, żadnych fotoreporterów, ani też zwykłych festiwalowiczów. Przed budynkiem ustawiono telebimy, a przed nimi rzędy krzeseł, do dyspozycji był też nieduży plac z nienumerowanymi miejscami na betonie.

Czeszka, znana głównie z roli w filmie Once, zebrała komplet fanów na sali, a także niemałą publikę przed telebimami. Wspierana przez kilku innych muzyków, zagrała spokojny koncert, prezentując swoje umiejętności gry na fortepianie. Jej delikatne kompozycje czarowały, pozwalały odpocząć, ale na dłuższą metę mogły oczywiście znużyć.
(Katarzyna Janik)

Asaf Avidan, 19.07, piątek

To dla niego pojechałam do Ostravy. Po marcowym koncercie we Wrocławiu, po tym, jakie wygenerował we mnie emocje akustycznym występem, wiedziałam, że muszę, po prostu muszę posłuchać go na żywo z zespołem, z całym zestawem dźwięków, których nie mógł zaprezentować w pojedynkę. Pojechałam do Czech dla Asafa Avidana i jego utworu pt. 613. Po to, żeby stanąć pod sceną i razem z nim wykrzyczeć, nie wyśpiewać, tylko wykrzyczeć refren tego kawałka.

Nikogo nie muszę przekonywać do tego, że ten człowiek ma rewelacyjny głos. I nie robią na mnie wrażenia porównania do Janis Joplin. On robi na mnie wrażenie. Wrażenie tak duże, że mam ciarki na ciele i zachowuję się jak nastolatka, kiedy mu wtóruję. A wtórowałam.

Nie zachowywałam się jednak jak nastolatka podczas 613. Występowi Asafa czegoś brakowało. Nie wiem, gdzie szukać przyczyny. Zupełnie tak, jak koncert Sigur Rós, koncert Asafa nie zrobił na mnie większego wrażenia. Absolutnie nie ma mowy o rozczarowaniu, nie, po prostu nie czułam tych emocji, których doświadczyłam na poprzednich koncertach (zarówno Izraelczyka, jak i Islandczyków zresztą).

Avidan był świetny, kokieteryjny, uroczy i powalał na ziemię siłą swojego głosu oraz tym, w jaki sposób nim operował, jak krzyczał, piszczał, wręcz zdzierał gardło i jak mnie tym przeszywał. Zebrał ogromną publiczność i dał rewelacyjny występ. Nie mogę i nie mam zamiaru zarzucić mu niczego. Nie wiem, dlaczego nie trafił do mnie tak, jak tego chciałam, ale jestem pewna, że zadbam o to, aby pojawić się na jego kolejnym koncercie, który będzie w moim zasięgu.
(Katarzyna Janik)

Damien Rice, 19.07, piątek

Damien Rice zadowolił – podejrzewam – swoim występem wszystkich fanów. Publiczności zaprezentował się spokojny, skupiony chłopak (tak, chłopak, bez względu na fakt, że twarz wyraźnie pokrywają mu już zmarszczki) z uroczym uśmiechem. Bez niespodzianek, subtelnie, w czarujący sposób wykonał utwory ze swoich płyt. Najgorętsze przyjęcie miały oczywiście takie tytuły jak Cannonball czy 9 Crimes.

W pewnym momencie do muzyka dołączyła Markéta Irglová, która wykonała z Damienem dwa lub trzy utwory, dodając tym samym koncertowi jeszcze więcej delikatności i spokoju.

Skłamałam z niespodziankami. Była jedna w końcówce występu. Artysta postawił na przygotowanym wcześniej stoliku butelkę wina, dwa kieliszki i zaprosił na scenę dziewczynę z tłumu. W jej obecności wykonał swoistą scenkę, która była wstępem do utworu Cheers Darlin’. Opowiadał historię, nalewał wina sobie i jej, wypijał je, opowiadał dalej, znów napełniał kieliszki, a ostatecznie zaczął śpiewać. I był to najbardziej dramatyczny moment koncertu – Damien bardzo przeżywał tę piosenkę, wykonując ją w taki sposób, jakby chciał wyrzucić z siebie ogromny ból. To było pięknie. I bardzo smutne. Żałuję tylko, że nie sposób było nie zauważać towarzyszki muzyka, która zachowywała się jak idiotka, śmiejąc się nieustannie, machając do swojego chłopaka (który stał pod sceną) i zabijając tym samym klimat, który tworzył Rice.
(Katarzyna Janik)

Bonobo, 19.07, piątek

Szczerze przyznam, że trochę nie dowierzałam w to, że Bonobo sprawi, iż ocenię jego festiwalowy występ inaczej niż jako monotonny. Chilloutowe, przeznaczone do słuchania raczej w zamkniętej przestrzeni kawałki sprawdziły się jednak również na otwartej scenie. Pod nocnym niebem, z genialną oprawą oświetleniową oraz w akompaniamencie żywych instrumentów, takich jak saksofon, klarnet czy flet poprzeczny, utwory z The North Borders oraz wcześniejszych albumów muzyka zyskały bardzo ciekawą odsłonę. Było przede wszystkim nastrojowo, co pozwalało odpocząć po całym dniu szaleństw. Można było jednak również trochę się pobujać przy bardziej energicznych numerach, bowiem Bonobo zadbał o to, aby jego koncert miał również klubowy charakter.
(Magda Rogóż)

Woodkid, 19.07, piątek

Nie wjechał rydwanem. Nie musiał. By zaabsorbować uwagę setek osób wystarczyło mu jego własne skupienie i genialny zespół. Pojęcia nie mam, jak koncert Woodkida wypadł podczas FreeFormFestivalu w – ograniczającej, obawiam się, możliwości – zamkniętej przestrzeni, ale wiem, że jego występ pod gołym niebem w Ostravie był czymś, co trudno jest opisać słowami.

O ile płyta The Golden Age wydawała mi się raczej nudnym materiałem, kiedy słuchałam jej w domowym zaciszu, o tyle koncert udowodnił mi, że powinnam się wstydzić tej opinii. Ten krążek to nie muzyczna petarda, to BOMBA. Album pełen jest imponujących przestrzeni i nie powinno się tego słuchać ze zwykłych odtwarzaczy, po prostu. Potencjał takich utworów jak np. Run Boy Run, The Great EscapeConquest Of Spaces czy Iron należy odkrywać, słuchając ich na sprzęcie generującym nieprzyzwoitą, jak na domowe warunki, głośność.

Bębny, sekcja dęta, wokal, napięcie, siła, z jaką te dźwięki uderzają. Na myśl o tym występie wciąż mam ciarki na całym ciele. Koncert przepięknie uzupełniało światło, a także wizualizacje. Otwarta przestrzeń festiwalu również robiła swoje, pozwalając czuć jakby nieznaną dotąd wolność i uczucie siły, ogromnych możliwości. MAGIA.
(Katarzyna Janik)

The Knife, 20.07, sobota

Nie wiem, ilu ludzi czekało na ich występ w Czechach, nie wiem, ilu Polaków pojechało dla nich na Colours of Ostrava, ale domyślam się, jak wiele osób czeka na ich występ w ramach polskiego Selectora. Czy warto? To w końcu The Knife. Jeśli jednak na festiwale jeździcie po to, aby się pobawić, potańczyć i pośpiewać, a nie po to, żeby tygodniami/miesiącami/latami wspominać, że uczestniczyliście w koncercie TAKIEJ GWIAZDY, to zapewniam Was, że nie warto.

Osobiście nie dla nich pojechałam do Czech, zatem ich koncert nie wzbudzał we mnie emocji, tak samo zresztą, jak nie wzruszyło mnie ogłoszenie, że we wrześniu przyjadą do Polski. Nie zawiodłam się więc ani odrobinę, kiedy w Ostravie zwyczajnie nie popisali się niczym ciekawym. Ich występ poprzedził swoisty warm-up jakiegoś pajaca, który darł się niemożliwie i próbował rozruszać ludzi. Udało mu się. I tylko jemu. O ile publiczność wykonywała jakiekolwiek ruchy przypominające taniec podczas tej koncertowej gry wstępnej do występu The Knife, o tyle później nie działo się pod sceną zbyt wiele, żeby nie napisać, że nie działo się nic.

Nie stałam przy barierkach, ale scenę widziałam dosyć wyraźnie, poruszające się po niej postaci również. Ani Olofa, ani Karin jednak nie ujrzałam. Problem ze wzrokiem? Nie sądzę, wzrok mam świetny. Przeszkód upatruję w fakcie, że po scenie poruszało się zbyt wiele osób. W dodatku, na początku koncertu każda z postaci była zakapturzona. Gdyby nie telebimy, nie dojrzałabym, że Karin naprawdę tam jest. W obecność Olofa nie śmiem wątpić, jednak jego nie zobaczyłam w ogóle, ani razu. Choć może pojawił się w końcówce koncertu, jednak tego już wiedzieć nie mogę. Tak, wyszłam. Jak spora część publiki.

The Knife mieli najmniejszą frekwencję spośród wszystkich artystów, którzy wystąpili na scenie głównej (jeszcze zanim ludzie zaczęli się rozchodzić w trakcie występu). Czyżby ludzie czytali wcześniej opinie na temat tego, czego można spodziewać się po ich występie na żywo?

Rodzeństwo zaprezentowało w Czechach coś na wzór przedstawienia. Było w tym trochę teatru tańca, castingu do You Can Dance, charakteru towarzyszącego plemiennym obrzędom i nieco – mam wrażenie – improwizacji. Tancerze, wymalowane twarze, kolorowe ciuchy. Momentami imponujące synchro, dosyć wyczerpująca choreografia. Zero spójności w całym show i zwyczajna nuda. Nie wiem, ilu festiwalowiczów czekało na hity zespołu, ale domyślam się, że The Knife nawet nie planowali imprezy ze szlagierami.

Ich pokaz był ciekawy w momentach, w których bardziej przypominał poczynania członków jakiegoś plemienia. Gdy na scenie pojawiali się tancerze, całość brała w łeb i traciła resztki uroku. Było w tym wszystkim coś, co nie pozwala mi napisać, że ten występ był zły. Nie potrafię jednak napisać również tego, że było dobrze, bo po prostu nie było. Było nijak.
(Katarzyna Janik)

The xx, 20.07, sobota

W line-upie Colours of Ostrava 2013 The xx byli dla mnie jedynym pewniakiem. Wiedziałam dokładnie, na co muszę się nastawić, czego mogę się po nich spodziewać. To miał być wyciszający, dający odprężenie koncert, który nie miał w zasadzie różnić się zbytnio od klimatu obu albumów Brytyjczyków. A jednak udało im się zwalić mnie z nóg.

Sobotniej nocy okazali się być największą i najlepszą muzyczną niespodzianką. To, co zrobili na scenie, było czystą magią. Nowe aranżacje utworów w połączeniu z grą świateł roztoczyły nad Ostravą piękną aurę, którą nie sposób opisać słowami. The xx wprowadzili do swojego występu więcej dynamiki, byli bardziej energiczni, a przy granych przez nich kawałkach nie tylko można było się pobujać, ale również trochę żwawiej potańczyć.
(Magda Rogóż)

Balkan Beat Box, 20.07, sobota

Balkan Beat Box zrobili to szybko, skutecznie i bardzo intensywnie. Zaczęli swój koncert i od razu porwali do tańca wszystkich, absolutnie wszystkich. Nie tylko obszar wokół głównej sceny, ale teren całego festiwalu zamienił się w jedną wielką dyskotekę. Przesadzam? Nie.

Tańczyli ludzie, którzy znajdowali się w bliskiej okolicy sceny oraz osoby, które zmierzały w inne miejsca. Ci, którzy akurat zamawiali napoje i ci, którzy pochłaniali właśnie posiłki. Osoby na trybunach i siedzące na ziemi. Najfajniejszym widokiem była tańcząca kolejka do bankomatu i chłopak, który akurat wypłacał pieniądze, machający rękoma na prawo i lewo.

Jeszcze po wyjściu z terenu imprezy dało się słyszeć dźwięki generowane przez energiczny zespół, a u ludzi zmierzających do samochodów można było zaobserwować nieustające taneczne podrygi.
(Katarzyna Janik)

Nie ma więcej wpisów