Wytwórnia Krajowa miała nosa do SoundQ. Mimo że sama EP-ka mogła nie wzbudzać takiego entuzjazmu, to kolejne losy zespołu, który zaledwie miesiąc po wydaniu Cargo Planes wystąpił na festiwalu Audioriver 2010, pokazują, że warto takim projektom dawać szansę. Bo to rzecz, która mimo swojej lekkości, popowej zabawy i nawet skłanianiu się ku łatce indie, jest tym samym tak bardzo daleko od tego, co do tej pory można było na scenie polskiej usłyszeć, szczególnie wśród debiutantów.

Ale to również jeden z tych albumów, który jest najgorszy do typowej recenzji. Nie dlatego, że składa się z przepełnionych duchowością i artyzmem elementów, które nie sposób przenieść w sferę pewnych opinii. Nie dlatego, że kunszt wykonania wbija w ziemię.

Barbarians to niezdefiniowana aura melodyjnego popu, który atakując dawką elektronicznych wstawek, zupełnie odchodzi od łatki indie-rocka, bo gitary odgrywają tu nawet jeszcze mniejszą rolę, niż można się spodziewać.

Takie wrażenie sprawia sam utwór tytułowy, ale ten efekt rozciągany jest na resztę kompozycji, które mimo pewnej stylistycznej zadyszki pojawiającej się w kilku miejscach, przyciągają. Pomiędzy melodyjną błogością odznaczającą się na kilka różnych sposobów – totalnym disco (The Ritual), świetnie dopełniającymi brzmienie jazzującymi wstawkami (Five Finger Fillet) – można też znaleźć chwilę na elementy bardziej spokojne. Zarówno pod względem muzycznym (Lizard Skin), jak i ciekawych, zaskakujących tekstów (The Secret). Zresztą te, napisane przez wokalistę Kubę Kubicę, w połączeniu z muzyką pełnią ciekawy przekaz. Nie rażą infantylnością historii i trudno doszukiwać się w nich większych uchybień, co dobrze wróży planom zaistnienia na europejskich rynkach.

Rozumiem też chęć pokazania się z polskojęzyczną próbą w postaci utworu Ponad dachami Hayle, który jednak w kwestii słowa jest pretensjonalny, wydumany. To pewnie sprawka dopasowania odpowiedniego brzmienia rymów do wcześniej gotowego podkładu i nie można im mieć tego za złe. Ale wciąż razi i przypomina o kilku innych mankamentach płyty objawiających się w postaci Ronnie czy Idiot Boy, któremu naprawdę przydałoby się jeszcze bardziej podkręcić tempo.

Niemniej, również dzięki zaskakującej współpracy ze szwedzkim producentem, Danem Bergstrandem (który raczej gustuje w o wiele mocniejszych brzmieniach), album nie jest sztampowy, nie brzmi – choć to stwierdzenie wytarte i głupie – jak polska produkcja. A tym samym plasuje zespół gdzieś za debiutem Fismolla, a nieco przed Rebeką. Ale, póki co, to wciąż podium.

Nie ma więcej wpisów