Płocki Audioriver wyrósł nam z małego festiwalu, prezentującego niszową muzykę dla garstki zapaleńców, na jedno z najważniejszych muzycznych wydarzeń w roku. Cztery sceny plus festiwalowy klub, ponad siedemdziesięciu wykonawców i olbrzymia infrastruktura otaczająca to muzyczne święto mówią same za siebie, podobnie jak powiększająca się z roku na rok frekwencja. Tegoroczna edycja przyciągnęła taką ilość publiczności, że już dzień przed festiwalem bilety na piątkowy wieczór oraz karnety zostały wyprzedane, a na miejscu można było spotkać zdesperowanych zapominalskich z prawie autostopowymi tabliczkami: Kupię bilet na dzisiaj.

Muszę przyznać, że na tegoroczny festiwal jechałem niejako siłą rozpędu – wszystkie cztery poprzednie edycje, na które się wybrałem, okazały się być świetną zabawą, więc w tym roku nawet nie zagłębiałem się w muzyczny program, zakładając, że i tym razem się nie zawiodę. Obiło mi się oczywiście o uszy, że kolejny raz usłyszymy Paula Kalkbrennera, że piątkowym wydarzeniem na głównej scenie będzie GusGus, a przedstawicielką mniej klubowych brzmień Karin Park, ale szczegółowy zestaw artystów przejrzałem dopiero na miejscu. Nie muszę chyba dodawać, że bardzo miło się zaskoczyłem, szczególnie faktem, że całkiem pokaźna ilość czasu scenowego została oddana pod skrzydła rodzimych muzyków. Pozwólcie, że będę się trzymał chronologii i podzielę się w kilku zdaniach wrażeniami z każdego występu.

Mooryc
Temu panu kibicuję już od bardzo dawna. Tym większą niespodziankę sprawił mi zatem, grając w większości nieznany mi materiał. Głębokie, soczyste brzmienia z pogranicza IDM-u, minimalu i glitchu ocieplone zostały świetnym wokalem Maurycego, który niestety został zagrany z sampli. W późniejszej rozmowie artysta zdradził mi, że być może niedługo moje namowy do zaprezentowania potencjału wokalnego zostaną wysłuchane, szczególnie, że większość zagranych w Płocku utworów ma znaleźć się na zaplanowanym na listopad albumie. Oprócz autorskich kompozycji Mooryca, usłyszeliśmy też jego interpretacje kilku bardziej i mniej znanych rodzimych kawałków, między innymi Melancholii z repertuaru Rebeki. Występujący na bosaka i z nieodłącznym papierosem w dłoni artysta sprawił, że na małej scenie (otoczonej trójwymiarową konstrukcją, na której wyświetlane były abstrakcyjne wizuale) stworzył się niesamowity mikroklimat. Genialne kompozycje i dopracowane co do najmniejszego szczegółu brzmienie sprawiają, że nie mogę już doczekać się długogrającej płyty. W przyszłym roku chciałbym jednak zobaczyć Mooryca na większej scenie o późniejszej godzinie, tak, aby mogło go odkryć więcej osób.

Julia Marcell
Kto był w zeszłym roku na Open’erze, ten pamięta zapewne spontaniczny, pełen niewymuszonej energii koncert tej niepozornej dziewczyny. Sceniczne wcielenie Julii jest pełne paradoksów – mimo że nie brakuje w nim potknięć czy niedoskonałości, to jednak wszystkie wypadają tak naturalnie i organicznie, że działają na korzyść całego występu. Nieobojętne jest też otwarte usposobienie wokalistki, która przez cały koncert utrzymuje bliską więź z publicznością. W Płocku usłyszeliśmy skróconą, festiwalową wersję jej repertuaru, ale wrażenie, jakie wywarła na słuchaczach i tak było piorunujące. Julia zaprezentowała wszystkie najważniejsze utwory z samodzielnie wydanej płyty June, włącznie z zagraną na triumfalną końcówkę koncertu, fenomenalną Matrioszką. Widać było przy tym, że zespół jest nie tylko grupą profesjonalistów, ale i paczką przyjaciół, którzy kochają to, co robią. Kolejny plus dla polskiego zestawu artystów.

GusGus
Po koncercie Julii Marcell nie śmiałem ruszyć się spod głównej sceny, żeby nie przegapić koncertu moich ulubionych Islandczyków. Po obejrzeniu ich intymnego, klubowego występu w warszawskim 1500m2 byłem ciekawy, jak obronią się na dużej, festiwalowej scenie. Jak tylko się na niej pojawili, było wiadomo, że żarty się skończyły. Minimalistyczna oprawa, czysto syntezatorowe, przejrzyste jak szkło dźwięki, no i ta atmosfera. Biggi Veira i President Bongo jak zwykle zajęci byli tworzeniem dźwięków i, oświetleni od tyłu, wyglądali niczym para kosmitów ogłaszających Ziemi, że przybyli w pokoju. Wśród wokalistów zabrakło niestety Urður, ale jej partie przejął Daníel, któremu pomagały nagrane sample. Koncert rozpoczęła rozimprowizowana wersja Within You, którą w całości zaśpiewał z przejęciem brodaty i kudłaty Högni, który w lnianej koszuli i boso (jakiś nowy trend?) wyglądał z kolei prawie jak archetypiczny Jezus. Wszystkie utwory, jakie usłyszeliśmy, pochodziły z Arabian Horse (szkoda, bo czekałem na kilka starszych kompozycji) i zostały zagrane w znacznie przedłużonych wersjach, co niestety sprawiło, że w ciągu wyznaczonej godziny zdążyli zagrać ledwo sześć kompozycji. Wydaje mi się, że dla takiego zespołu warto było zarezerwować co najmniej dwa razy tyle czasu scenowego, szczególnie, że po zakończeniu znakomitego i generującego ciarki utworu Over nie wyglądali, jakby mieli ochotę już kończyć koncert. Można by powiedzieć, że był to GusGus w pigułce, ale myślę, że narzekanie byłoby tu nie na miejscu, jako że jakakolwiek dawka tego fantastycznego składu cieszy mnie bardziej niż wiele innych koncertów razem wziętych.

An On Bast & Maciej Fortuna
Do małej sceny przyciągał mnie zarówno fakt znakomitej oprawy wizualnej jak i nieortodoksyjny dobór artystów na niej występujących. Mając w pamięci znakomite brzmieniowo dokonania An On Bast z poprzednich edycji Audioriver nie omieszkałem i teraz zajrzeć na jej koncert, który tym razem zagrała ze wsparciem nominowanego do Fryderyka trębacza jazzowego, Macieja Fortuny. Repertuar w całości składał się z ich wspólnego, premierowego materiału, w którym minimalistyczne, transowe pejzaże muzyczne An On Bast służyły za trampolinę dla skomplikowanych improwizacji na trąbce, która niejednokrotnie była przepuszczana przez zmieniające brzmienie nie do poznania efekty. Koncept bardzo ciekawy, brzmienie też świetne, ale tym razem zabrakło mi w koncercie tego czegoś. Może chodziło o dosyć monotonne struktury utworów, a może po prostu mój gust muzyczny jest zbyt prostacki, żeby docenić w pełni kunszt instrumentalny Fortuny.

Lusine
Wide Stage najwyraźniej została mi podczas tegorocznego Audiorivera przeznaczona, bo po tym, jak dowiedziałem się o obsuwie czasowej, jaka zaszła w Hybrid Tent (przez co nie zobaczyłem Bobby’ego Tanka), znowu wylądowałem pod rzęsiście oświetloną, geometryczną konstrukcją, aby posłuchać Lusine. Jeff McIlwain znany jest z eksperymentatorskiego zacięcia, jeśli chodzi o brzmienia – nie stroni od field-recordingu, a instrumentacje jego utworów nieraz trudno sklasyfikować. Nie inaczej było w Płocku – świetne nagłośnienie (notabene – jedna z najlepszych stron festiwalu) małej sceny sprawiło, że w utworach ze świeżo wydanego albumu The Waiting Room można było odkryć dodatkowe warstwy cykających w tle tekstur i ewoluujące linie basowe. Kolejny przykład na to, że warto na festiwalach czasami oderwać oczy od głównej sceny.

Mr Oizo
Każdy dzień dotychczasowych edycji Audioriver kończył się dla mnie niekontrolowanymi tańcami na trawiastym zboczu naprzeciwko głównej sceny i w tym roku tradycji stało się zadość. Pan Dupieux przyfasolił tak elektryzującym brzmieniem i paskudnymi basami, że ziemia aż drżała pod naporem masywnych basów płynących z potężnego nagłośnienia. Mimo że sam param się tym fachem, to najczęściej nie bawię się zbyt dobrze podczas setów didżejskich, ale tak, jak kilka lat temu w tym samym miejscu porwał mnie do tańca Spor, tak i Mr Oizo całkowicie usatysfakcjonował mój głód technicznych, ale nie monotonnych brzmień klubowych. Wystarczy wspomnieć, że występujący następnego dnia Paul Kalkbrenner mógłby się od Francuza dużo nauczyć, a zrozumiecie, jak duże wrażenie zrobił na mnie hałaśliwy set tego drugiego.

Nie ma więcej wpisów