Płocki festiwal nie ogranicza się wszakże tylko do koncertów. W ciągu dnia mogliśmy pójść na warsztaty dla menedżerów muzycznych, poszperać w winylach albo potańczyć w fontannie na Rynku Niezależnym i pójść na film. Ci, którzy czuli się zbyt osłabieni po pierwszym dniu, by pokonać legendarne Schody Śmierci, mogli po prostu zostać nad jeziorkiem (a właściwie starorzeczem Wisły) i dogorywać na plaży przy akompaniamencie muzyki z Audiopola.

Tak czy siak wszyscy czekali jednak na meritum wydarzenia, a tu znowu czaiły się niespodzianki.

Őszibarack
Od kiedy skład tego pionierskiego zespołu skurczył się o wokalistkę, gra w nim czterech panów (z których trzech pojawiło się na Audioriver), a i styl muzyczny nieco ewoluował. Lwia część nowego materiału z trzeciej płyty pod tytułem 12 jest instrumentalna, więc podczas płockiego koncertu muzycy mogli pozwolić sobie wielokrotnie na wręcz karkołomne improwizacje, zmiany tempa itp. Świetnych muzyków poznaje się przede wszystkim po tym, że aby zgrać się w nieprzećwiczonej wcześniej improwizacji, potrzebują tylko kontaktu wzrokowego i tak właśnie na scenie operuje nowy skład Őszibarack. Ich koncert był właściwie jedną, długą suitą na trzy osobowości, w której każdy muzyk miał czas dla siebie. Możliwe, że było to trochę zbyt wiele dla publiki zebranej pod sceną, bo miałem wrażenie, że sam zespół bawi się lepiej niż publiczność.

Karin Park
W tym miejscu dochodzimy do największej niespodzianki festiwalu i prawdziwej jego gwiazdy. Jakkolwiek utytułowani producenci elektroniki stanęliby na głównej scenie, to i tak powinna ona była należeć do Karin Park. Szwedka wydała niedawno świetną drugą płytę, Highwire Poetry, ale nie miałem w stosunku do jej koncertu żadnych specjalnych oczekiwań. Gdy tylko pojawiła się na scenie, pojąłem swój błąd. Ubrana w niebotycznie wysokie koturny, przyczesana niczym biznesmen wokalistka kanalizowała androgyniczną energię, nieco przypominającą pamiętny wizerunek Annie Lennox z lat 80. Ale nie o stylu mam tu pisać – głos Karin na żywo brzmi genialnie. Złapałem się na tym, że przy rozpoczynającym koncert Restless zacząłem się zastanawiać, czy wokal nie leci z playbacku. Okazuje się, że perfekcyjna intonacja, magiczna wręcz różnorodność wydobywanych z gardła dźwięków i czysta energia to po prostu znaki rozpoznawcze Karin na scenie. Wspomagana przez swojego bębniącego brata Davida, dumnie prezentującego się w koszulce zespołu Slayer, Szwedka dosłownie zwaliła publiczność z nóg. Mały na początku tłum pod Wide Stage rozrósł się błyskawicznie na całą skarpę, nagradzając każdy utwór burzą oklasków i frenetycznych okrzyków. Zmysłowy, aczkolwiek bardzo ambitny muzycznie electropop w wykonaniu rodzeństwa Park zabrzmiał na żywo co najmniej dwa razy bardziej wciągająco niż na płycie. Flirtująca z publiką Karin zapowiadała kolejne utwory – taneczny Explosions, rozmarzony Tension oraz rozgrzewający publiczność do czerwoności Fryngies, po czym w każdym z nich dawała z siebie wszystko, tańcząc, biegając (sic!) po scenie, grając na keytarze i syntezatorze. Kiedy na koniec zagrała wruszającą wersję Breaking Albert’s Law, publiczność nie chciała jej puścić ze sceny, więc artystka kolejną godzinę spędziła przy barierce z boku, podpisując płyty, koszulki, staniki i wszystko, co tylko fani podsunęli jej pod marker. Przyznam, że pierwszy raz od wielu lat sam ustawiłem się w kolejce, a to już prawdziwy ewenement.

Paul Kalkbrenner
Pełen entuzjazmu po koncercie Karin Park szybko przemieściłem się pod główną scenę, gdzie właśnie zaczynała grać główna gwiazda wieczoru. Pamiętając, jak dobrze bawiłem się przy tanecznym secie Kalkbrennera sprzed dwóch lat (który oglądałem dokładnie z tego samego miejsca na trawiastej górce), zaopatrzyłem się w dużo płynów i dobry humor, ale okazało się, że od tamtego czasu chyba zmieniła mi się perspektywa. Po pierwsze – występ Niemca był zaznaczony w rozpisce jako live, a grania na żywo było tam jak na lekarstwo, szczególnie, że prawie każdy jego numerów to zapętlony w sześciominutowego kolosa, pojedynczy motyw muzyczny. Rola Paula sprowadzała się do wyglądania dobrze za didżejką, przypalania kolejnych papierosów i domagania się gestami aplauzu, a tym razem nie uważałem, żeby na niego zasłużył. Po zróżnicowanym, kolorowym jak kalejdoskop secie Mr Oizo z poprzedniej nocy występ Kalkbrennera wydał mi się zwyczajnie płaski i nudny. Fakt, operuje on mistrzowsko elektronicznymi brzmieniami i na swoim poletku nie ma wielu dorównujących mu konkurentów, ale problem leży w czym innym. Chyba po prostu wyrosłem z takiej muzyki.

Rudimental
Zanim pojechałem na tegoroczną edycję Audioriver, słyszałem bardzo dużo dobrego o kolektywie Rudimental, więc po nudnawym secie Kalkbrennera postanowiłem zostać pod główną sceną, aby zaopatrzyć się w muzyczną odtrutkę. Niestety, okazało się, że i tutaj się zawiodłem. Kwartet producentów przywiózł ze sobą kilku wokalistów, więc w sumie na scenie było momentami nawet dziewięć osób, ale nie uratowało to koncertu pod względem artystycznym. Nie oszukujmy się – muzyka Rudimental to miałki i szablonowy drum’n’bass z elementami kiczowatego deep house’u, okraszony sztampowymi tekstami o miłości, który nadaje się raczej na fale rozgłośni typu RMF FM czy Eska, a nie na festiwal, który reklamuje się jako święto muzyki niezależnej. Nie można było im odmówić bombowej energii na scenie, nie można powiedzieć, że wybrali słabych wokalistów, ale jednak to jak brzmieli w całości zdyskwalifikowało dla mnie ten występ. W końcu David Guetta też dysponuje świetną produkcją i utalentowanymi wokalistami, ale z własnej woli nigdy nie wybrałbym się na jego koncert.

Gesaffelstein
Docieramy do ostatniego z moich audioriverowych rozczarowań. DJ-set Gesaffelsteina brzmiał tak, jakby Francuz zapomniał wziąć z domu dobre płyty, a zaserwował nam garść prostackich numerów, na które składał się tylko bit. Rozumiem, że o 2:30 na festiwalu muzyki elektronicznej wszyscy są już pod mocnym wpływem różnych środków odurzających (na tym zresztą bazuje cała berlińska scena techno), ale wybór kawałków, jakie zaprezentował Gesaffelstein, był wręcz obraźliwy dla inteligencji słuchaczy. Jest to o tyle ciekawe, że podczas swojego wspólnego występu z Brodinskym w Warszawie zagrał naprawdę przyzwoitego seta, składającego się z utworów o gęstych, industrialnych brzmieniach. Myślę, że w Płocku albo chciał sprostać niewygórowanym oczekiwaniom zmęczonej publiki, albo po prostu, mówiąc kolokwialnie, olał sprawę.

Nie ma więcej wpisów