Nic nie zapowiadało tak niesamowitego wydarzenia, jakim był wczorajszy koncert Selah Sue w Zatoce Sztuki. Prawda – już godzinę przed koncertem wszystkie opaski pozwalające na wstęp pod scenę zostały rozdane, a przestrzeń między barierkami a budynkiem Zatoki szczelnie zapełniona wyczekującymi swojej ulubienicy fanami. Scena przy H&M POP-UP STORE i organizowane w ramach cyklu H&M Loves Music koncerty wpisały się już jednak tak dobrze w krajobraz sopockiej plaży, że scenariusz wieczoru wydawał się być wcześniej ustalony.

Spokojny początek koncertu, który rozpoczął się jeszcze w świetle dnia nastroił wszystkich wyjątkowo pozytywnie. Kameralny reggae-soul belgijskiej wokalistki płynął leniwie w stronę miasta, a ona sama czarowała tym jedynym w swoim rodzaju głosem. Niektórzy porównują Sanne pod względem wokalnym do Janis Joplin, inni dopatrują się echa fascynacji Erykah Badu lub innymi legendami czarnego soulu, ale prawda jest taka, że wokalistka wypracowała sobie swój charakterystyczny styl śpiewania oparty na momentami łamiącym się czy operującym seksowną chrypką, a za chwilę znowu dźwięcznym jak dzwon głosie, którego nie da się podrobić. Koncert powoli nabierał rumieńców, a zespół Selah Sue coraz częściej pozwalał sobie na frywolne improwizacje, ale prawdziwy przełom nastąpił przy zmysłowym This World. Umiejscowiony w samym środku występu hit rozbujał całą plażę i spowodował pierwszy z wielu magicznych momentów, jakie miały nas jeszcze tego wieczoru czekać. Pary przytuliły się, przyjaciele spojrzeli na siebie z nową czułością – jednym zdaniem miłość zawisła w powietrzu i do końca koncertu nie opuszczała już rozśpiewanego tłumu, który intonował wraz z Selah Sue każdy refren.

Od tego momentu zespół jakby wrzucił wyższy bieg i przerzucił się na głośniejszy repertuar. I tutaj dopiero ukazał się pełny potencjał znakomitych muzyków – swoje solówki zaprezentowali najpierw fenomenalny Erik Rademakers na basie oraz Yannick Werther, wydobywający z gitary prawie ludzki płacz. Przy Raggamuffin żar płynący ze sceny sięgnął zenitu – wspaniała oprawa świetlna robiła niesamowite wrażenie, szczególnie, że w odpowiednich momentach światło żarowe zalewało także publikę, a szperacz stojący na tarasie Zatoki Sztuki wydobywał artystów po kolei z kalejdoskopowych kolorów sceny. Uczta dla oczu była tym pyszniejsza, że w świetle zachodzącego słońca niebo przybrało dokładnie takie barwy, jakie możemy podziwiać na plakatach H&M Loves Music. Kolejne utwory, takie jak wykonywany oryginalnie z Cee-Lo Greenem Please czy przebojowy Style Crazy Sufferin’ sprawiły, że tłum zgromadzony pod sceną kompletnie zapomniał się w zabawie.

Chwilę oddechu przyniosła przepiękna ballada Summertime, w czasie której samotna na scenie Selah Sue i jej akustyczna gitara zostały oświetlone pojedynczym światłem, w którym zalśniły miriady mydlanych baniek. Wzruszenie ogarnęło chyba nawet samą artystkę, bo po wykonaniu utworu podziękowała gorąco publiczności za ten dodatek do oprawy koncertu i zapewniła, że dla niej to też wyjątkowo magiczny wieczór. Kiedy po prawie półtorej godziny grania zapowiedziała ostatni utwór, którym okazał się znakomity, zaśpiewany wspólnie z publiką Peace Of Mind, wszyscy wiedzieli, że nie oprze się pokusie powrócenia na scenę.

Na bis znowu powróciło solowe, akustyczne oblicze artystki, która z zaangażowaniem zaśpiewała i zagrała jeszcze Explanations oraz Oh You. Zgodnie z perfekcyjnie przemyślaną dynamiką koncertu publiczność powoli uspokojona balladami pożegnała Sanne rzęsistymi oklaskami i mogła wrócić do domu z poczuciem pełnej satysfakcji. Nie wszyscy jednak zdecydowali się na ten krok, bo Sanne, jak przystało na skromną i pełną wdzięczności dla słuchaczy artystkę, zaraz pojawiła się przy barierkach, aby rozdać autografy i zapozować do zdjęć razem z fanami. To dopełniło obrazu koncertu idealnego.

Nie ma więcej wpisów