Jay-Z należy niewątpliwie do czołówki najważniejszych raperów na świecie, co nie zmienia faktu, że jego dyskografia nie jest zbiorem tylko muzycznych dzieł. Raper ma na koncie klasyki, ale też płyty dobre i zwyczajnie przeciętne, żeby nie napisać, że słabe. Jego najnowszy album pt. Magna Carta… Holy Grail, pomimo niezwykle ciekawej i zachęcającej otoczki marketingowej, jest tylko niezłym krążkiem w dorobku rapera.

Takie postaci świata muzyki jak właśnie Jay-Z robią wokół siebie i swoich produkcji sporo szumu, więc jeśli kampania marketingowa płyty nie przekłada się na zawartość krążka, fani mogą czuć się zawiedzeni. Pomimo tego, że album jako produkcja stricte muzyczna podobał mi się, to warstwa liryczna nie wniosła do mojego życia kompletnie nic nowego, w żaden sposób nie zainteresowała, a to powoduje, że do krążka nie będę wracał tak jak do płyt The Black Album, The Blueprint czy American Gangster.

Produkcyjnie płytę należy uznać za świetnie zrealizowaną składankę. Poszczególne kawałki odpowiednio bujają, bity wpadają w ucho i dobrze brzmią z nawijką Jaya-Z, ale w wielu przypadkach to bit ratuje utwór, czego niestety nie można powiedzieć o tekstach utworów. Podkłady zrealizowali m.in. The-Dream, Timbaland, J-Roc, No ID, Pharrell Williams, Hit-Boy, Travis Scott, Swizz Beatz czy Mike WiLL Made It. Pierwszoligowe ksywy producenckie sprawiają, że płyty słucha się naprawdę dobrze. Są jednak momenty na niektórych bitach, w których słychać za dużo chaosu, pewne niedopracowania i instrumentalne niedociągnięcia. Być może to zabieg zamierzony, jednak mnie takie detale lekko drażniły, szczególnie przy kolejnych odsłuchach albumu.

Gościnne występy na płycie w większości uznałbym za udane. Rick Ross nie jest niezbędny w FuckWithMeYouKnowIGotIt, ale specjalnie też nie przeszkadza. Beyoncé i Frank Ocean odpowiednio wypełnili refreny w – kolejno – Part II (On The Run) i Oceans. Wyjątkiem wśród gościnnych występów jest, według mnie, otwierający album utwór pt. Holy Grail, na którym wokalnie udzielił się Justin Timberlake. Kawałek jest świetny, ale lepiej byłoby, gdyby znalazł się on na solowej płycie Timberlake’a, bo Jaya-Z jest w nim mało, a utwór mógłby funkcjonować równie dobrze – jak nie lepiej – bez jego udziału. Poza tym, liryczno-melodyjne sample ze Smells Like Teen Spirit Nirvany we wspomnianym Holy Grail oraz Losing My Religion R.E.M. w Heaven – jakiekolwiek by nie były powody ich wykorzystania – są zwyczajnie niepotrzebne i zbędne.

Tematycznie Magna Carta… Holy Grail i jej gospodarz nie oferują niczego wyszukanego, niespotykanego czy oryginalnego. Ograne tematy, takie jak sława i jej destrukcyjny wpływ na ludzkie życie, ciuchy, samochody itp., w wykonaniu Jaya-Z są oznaką albo samouwielbienia, albo rzadko spotykanego lenistwa. Samouwielbienie w hip-hopie jest zjawiskiem bardzo częstym, a nawet, w przypadkach wielu MC, pożądanym, ale trzeba umieć niektóre tematy przedstawić po raz kolejny w sposób ciekawy lub chociaż względnie wyszukany. Przeciwieństwem nowego albumu Jaya-Z niech będzie tutaj Kanye West i jego płyta Yeezus, gdzie samouwielbienie łączy się z aranżacyjnym kosmosem i niesamowitą kreatywnością artystyczną. Poza tym, nawiązania do Boga, cenionych przez siebie ideologii i własnej filozofii życiowej potrzebują swego rodzaju monumentalności, której na Magna Carta… Holy Grail brakuje. Mam wrażenie, że nawijki są w wielu miejscach rzucone na bit bez większego przemyślenia, chaotycznie i sztucznie.

Pomimo wszystkich wad płyty, jest ona pozycją słuchalną z kilkoma niezłymi numerami w dorobku Jaya-Z. Warsztat techniczny rapera jest dopracowany, ciekawy i miejscami pozytywnie zaskakujący. Po bitach leci świetnie, wykorzystując różne rozwiązania, co na pewno należy uznać za plus. Nie zmienia to faktu, że od jego ksywy oczekuje się czegoś znacznie więcej niż techniki. Tym razem raper nagrał po prostu niezły krążek, który nie wprowadza żadnych innowacji do świata hip-hopu. Prawdą jest jednak, że o Magna Carta… Holy Grail będzie i tak głośno, bo przecież to album Jaya-Z.

Nie ma więcej wpisów