Ten duński kwartet wciąż nie dorównuje popularnością norweskim czy szwedzkim gwiazdom elektroniki. Mimo że istnieją od 2007 roku, to dopiero niedawno, po wydaniu trzeciego krążka, pierwszy raz zagrali koncerty w Stanach. Ten fakt jednak nie dziwi, kiedy sobie uświadomimy, że jedyną naprawdę przebojową piosenką, jaką stworzyli, jest Kelly pochodząca z ich drugiego krążka pt. Konkylie. Celem tego zespołu nie jest tworzenie tanecznego electropopu, oni uwielbiają komplikacje oraz wielowarstwowość, a ponadto bardzo wzięli sobie do serca ostatni człon swojej nazwy.

Niektóre fragmenty Infinity Pool są tak odhumanizowane, jakby zostały stworzone przez wprawnego robota. Ciepły głos Vonsilda na tle tych mechanicznych dźwięków traci część swojego uroku, chociaż trzeba przyznać, że nawet w jego przetworzonym wokalu wciąż słychać emocje, a najlepiej obrazuje to nr 4 na płycie, czyli Yard Heads.

W porównaniu do Konkylie, ten album jest zimny i nieprzystępny, już od początku wita chłodnym Love and Respect z gościnnym udziałem rapera Killer Mike’a. Hip-hop zupełnie nie pasuje do When Saints Go Machine, a delikatny falset Vonsilda nie współgra z gangsta stylistyką.

Wiele kawałków, mimo doskonałej produkcji i prawdziwej lawiny smaczków dźwiękowych, nie przekonuje z prostej przyczyny, którą jest brak melodii. Tak jest z rozmytym Infinity Killer czy poszatkowanym Mental Shopping Spree. Niskie, przeszywające drony w Degeneration nie robią większego wrażenia, bo nawet jeśli postrzegać ten kawałek w kategoriach abstrakcji, to i tak trudno się nim zafascynować.

Duńczycy najlepiej brzmią tam, gdzie przypominają samych siebie z poprzednich wydawnictw. W refrenach singlowych Iodine i Mannequin słychać echa dawnego, melodyjnego When Saints Go Machine, kiedy potrafili łączyć przystępność z eksperymentem. Dodatkowo, w Mannequin zachwyca piękny symfoniczny finał – trudno wyobrazić sobie bardziej zaskakujące i bardziej odpowiednie zakończenie tego kawałka.

W temacie zakończeń panowie nie zawiedli – w Slave to the Take in Your Heaven gęste warstwy syntezatorów tworzą podniosły, niemal sakralny nastrój, Vonsild uwodzi głosem, a w trzeciej minucie niepostrzeżenie wkrada się delikatny bit i wszystko przechodzi w potężny, monumentalny finał.

Wśród kilku blado prezentujących się piosenek, całej masy eksperymentów dźwiękowych, fragmentów żywcem wyjętych z poprzednich albumów i potężnych finałów znajduje się Order – dreampopowa słodkość wypełniona czarującymi syntezatorowymi przestrzeniami, ewidentnie zainspirowana muzycznymi pejzażami M83.

Infinity Pool zyskuje przy bliższym poznaniu, chociaż cierpliwość jest tu nieodzowna – trzeba przebić się przez warstwy nieprzyjaznych brzmień, aby wyłowić te prawdziwe perełki. Mimo wszystko, tajemniczy urok Konkylie, Parix czy Whoever Made You Stand So Still zaginął pośród nadmiaru eksperymentów.

Nie ma więcej wpisów