Nie bez zaskoczeń to wiadomość o możliwości wniesienia na teren festiwalu półlitrowych butelek wody była najlepszą informacją pierwszego dnia imprezy. Zaraz za nią znalazło się odwołanie koncertu The Haxan Cloak, który miał zwieńczyć DJ-skie poczynania tego wieczoru, zaprezentowane również przez Laurel Halo i Shackeltona. A te ciekawie wpasowały się w wyczerpanie po pierwszych festiwalowych przeżyciach.

Największą zaletą rozpiski koncertowej OFF Festivalu było idealne ułożenie czasowe. To sprawiało, że spośród kilkudziesięciu zespołów grających na czterech scenach, można było przeżywać koncerty od początku do końca, niekoniecznie w połowie występu wychodząc z jednego, by znaleźć się gdzieś indziej. A gama stylistyczna pozwalała w tym czasie znaleźć się myślami w kilku interesujących stanach.

Największe wrażenie robiły występy w namiotach. Scena Eksperymentalna ugościła tam grupę Hera, która mimo dość krótkiego czasu, wykorzystała swoje trzy kwadranse, wyśmienicie serwując jazzowy trans. Rozruszanie publiki nie było wcale trudne, bo wszyscy, którzy choć trochę rozkoszują się w podobnym brzmieniu, już od pierwszych dźwięków kolektywu Wacława Zimpla mieli okazję do swobodnego podrygiwania. Pomimo wczesnej pory, Hera zdołała przyciągnąć sporą grupę ludzi, którzy co chwila podnosili się z desek parkietu, by lepiej przyjrzeć się temu co na scenie. A tam, prócz umiejętności muzycznych, nie sposób było nie zostać przyciągniętym pasją, niesamowitą ekspresją, jaką prezentował kwintet.

Drugim (słusznie typowanym) przebojem okazał się występ The Soft Moon. Scena Trójki, choć nieco mniejsza niż przed rokiem, nie przeszkodziła amerykańskiemu trio w wytwarzaniu podobnych zimno-falowych motywów. Jak zwykle, przy scenie stworzyło się miejsce na młyn, bo neo-post-punkowe dźwięki sprzyjały aktywniejszemu poruszaniu się. Wraz z późniejszymi utworami dało się wyczuć pewne znużenie i trudność w odbiorze kolejnych uderzeń perkusyjnego automatu. Po części dlatego, że im bliżej muzyków, tym większą można było czuć duszność – nie tylko w kwestii oddziaływania samych dźwięków. Gdyby godzinny występ skrócić o kwadrans, wszyscy wyszliby na tym lepiej. Co jednak nie znaczy, że ich koncert nie był najlepszym, co mogło się w tym dniu zdarzyć. Może poza paroma wyjątkami, bo z powodu wizualizacji, wydarzenie to mogło zostać ochrzczone piątkowym piekłem epileptyków.

Piekłem nie nazywałbym natomiast występu The Smashing Pupkins, ale faktem jest, że częściowo to sam Billy Corgan skutecznie próbował sabotować próbę zapamiętania ich występu na plus. Nagrywanie płyt i koncertowanie rzeczywiście musi być czasochłonne, skoro wokalista nie miał czasu na kupienie sobie większych ubrań. Nieco za mała koszulka Corgana, odsłaniająca co rusz jego coraz pokaźniejszy brzuch, była chyba najbardziej odciągającym od muzyki elementem tego wykonu. Ale nie ma co się oszukiwać, że show kwartetu nie było w większym stopniu ciekawsze niż pępek Amerykanina. Wydaje się, że duża część uczestników festiwalu przyszła przed scenę, aby usłyszeć niezapomniane 1979, Disarm, Zero czy Tonight, Tonight. Te oczywiście pojawiły się i wywołały zachwyt oraz ożywienie, podobnie zresztą jak Bullet With Butterfly Wings i Ava Adore, przy których można było robić coś więcej, prócz obserwowania poczynań uroczej basistki. Sam zespół nie wydawał się specjalnie poruszony tym, co robił, co zresztą dali odczuć publiczności w pierwszych minutach koncertu i przy okazji pojawiania się dźwięków Oceanii. Może to po części wina przyśnięcia dźwiękowców? Pewien niesmak nastąpił również przy wyśpiewaniu obdartego z piękna i emocji Space Oddity Bowiego. Zgubna okazała się także wizja dawnych występów Dyń, którzy w marzeniach wielu powinni roznieść miejsce i okolice. Tak się jednak nie stało.

Z kolei The Pop Group czy Woods, mimo starań, stali się miłą, ale tylko poczekalnią między kolejnymi występami. Nie można tym grupom zarzucić niczego, ale to chyba nie były najciekawsze chwile tego dnia. Choć trzeba przyznać, że wcześniejsze opisy tej drugiej grupy, które klasyfikowały ich występ jako wydarzenie folkowe, stały się daleko nieprecyzyjne. Co potwierdziła dość rockowa, miejscami progresywna twarz kapeli.

Zupełnie inny poziom wydarzenia miał miejsce o 21:50 na Scenie mBanku. Już sama wiadomość o pojawieniu się w line-upie festiwalu Zbyszka Wodeckiego miała w sobie coś niezwykłego, ciekawego czy nawet po prostu zabawnego. I pewnie większość tych, którzy przyszli tego wieczora obejrzeć zmagania z zaprezentowaniem debiutanckiej płyty muzyka sprzed 37 lat, zrobili to z przekory. Być może wierzyli nawet, że będzie to wydarzenie tak dalekie od formy OFF-a, że stanie się niewiarygodnie śmieszne w znaczeniu pejoratywnym. Ale Zbigniew Wodecki w aranżacjach orkiestry Mitch&Mitch okazał się być idealną odtrutką na zbyt wyćwiczone pozy, wszelkie sceniczne popisy. Widać było, że zarówno zespół, jak i sam głównodowodzący również potraktowali całość z przymrużeniem oka. Lecz sam występ, który dopracowany był perfekcyjnie od pierwszej do ostatniej nuty, to już sprawa poważna. Wraz z kolejnymi numerami publika coraz bardziej dała się unosić charyzmie muzyków i głosowi bywalca estrad. Tak, że skandowanie imienia Zbigniew było już tylko oczywistością. Tym bardziej, że sceniczny tłum zachęcał do wyklaskiwania rytmu, tworzenia podbudowy pod utwór poprzez pstrykanie palcami, wreszcie do powtarzania za Wodeckim jego wokaliz. Bawili się wszyscy – słuchacze oraz muzycy, którzy wywołani zostali na krótki bis. I oto podczas tej magicznej godziny chodziło – o oderwanie się i radość przeżywania. Chapeau bas!
(Marek Cichoń)

Pierwszy dzień trzydniowego święta muzyki alternatywnej w Dolinie Trzech Stawów spędziłem głównie na rozpoznaniu terenu, wszystkich jego tajemnic i zakamarków. Przyjeżdżając dość wcześnie, miałem nadzieję na spokojne rozejrzenie się po miasteczku festiwalowym i późniejszy udział w wydarzeniach muzycznych, i nie tylko. Był to mój pierwszy OFF, więc nie mam żadnego porównania z edycjami z poprzednich lat.

Pasaż handlowy oferujący kupno płyt (czasem rewelacyjnych okazji jak kupno singli Moloko w cenie 5 zł za sztukę) to bardzo dobra idea. Wraz ze stoiskami muzycznymi można było nabyć ubrania i akcesoria niektórych marek, a jeśli ktoś miał ochotę na poszerzenie swojej domowej biblioteczki o nowe pozycje – też była taka możliwość.

Strefa gastronomiczna zachęcała do kupna wyrobów unoszącym się zewsząd zapachem, jednocześnie gigantyczne kolejki ostudzały entuzjazm związany z zakupem jedzenia. Ciekawym pomysłem była budka fotograficzna, do której można było wejść i zrobić sobie serię zdjęć. Na pamiątkę festiwalową w sam raz, zresztą, tak jak książeczka z opisami wszystkich artystów, przemyśleń (i zdjęć) Artura Rojka.

Tego dnia nie odbyło się wiele koncertów przyciągających moją uwagę. Podczas gdy grono festiwalowiczów udawało się pod scenę mBanku na jeden z najszerzej komentowanych (jeszcze przed festiwalem) koncertów Zbigniewa Wodeckiego wraz z grupą Mitch & Mitch, ja postanowiłem udać  się do Kawiarenki Literackiej, gdzie miała odbyć się dyskusja na temat przekładów tekstów rockowych. Rozmowa okazała się interesująca, chociaż jeden ze współuczestników wyróżniał się… swoim stanem wskazującym na spożycie…

Około północy dotarłem na koncert AlunaGeorge. Nigdy nie byłem fanem duetu, nie przesłuchałem ich debiutu, wiedząc, że pojawię się w Katowicach i będę miał jedyną okazję na posłuchanie ich w wersji live. Po ich występie moje nastawienie do nich nie uległo żadnej zmianie, a może nawet się pogorszyło. Dlaczego? Przez cały czas ich niemalże godzinnego występu odczuwałem dość dziwne wrażenie, jakoby mieli włączony backing track, a momentami pokusiłbym się o stwierdzenie, że grali z playbacku. Fakt, że wcześniej nie przesłuchałem Body Music działa teraz na moją niekorzyść, aczkolwiek po dziś dzień pozostały we mnie ambiwalentne uczucia. Próbowałem się dobrze bawić (jak większość zgromadzonych w namiocie Trójki), ale gra George’a na klawiszach, który częściej spoglądał na publiczność niż na sprzęt, nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Wokal Aluny też wzbudzał we mnie wątpliwości. Trudno mi jednoznacznie ocenić ten koncert. Wyszedłem z mieszanymi uczuciami, mając nadzieję na lepsze występy w ciągu dwóch następnych dni.
(Kamil Osękowski)

Nie ma więcej wpisów