Zawirowania następnego dnia sprawiły, że wiele koncertów, które mogłem zobaczyć, zostało skreślonych z mojej listy. Ale to wpłynęło też na inne spojrzenie na prezentowanych wykonawców.

Wybór pomiędzy Metz a Glass Animals był wyjątkowo trudny, bo choć słuchać było, że na Scenie Leśnej Brytyjczycy radzili sobie całkiem przyjemnie, to jednak mój pociąg do zespołów oznaczonych przy nazwie skrótem CA wygrał. Ci, którzy coś o zespole słyszeli, pewnie nie byli zaskoczenie tym, co działo się na scenie. Trzech dość niepozornych facetów hałasując dobre 45 minut, wyzwoliło unikalną energię. Nawet chyba oni sami byli zaskoczeni tym faktem, co potwierdzili w podziękowaniach za najlepszy circle pit jaki widzieli. To wrażenie wzmocnił też pewnie fakt, że z jego środka unosiły się w powietrze mydlane bańki, co było podobno wizualnym spełnieniem marzeń Chrisa Sloracha. I chyba wypada wierzyć, bo uśmiechy na ich twarzach i świetny kontakt wokalisty z publicznością były niezaprzeczalne. No i zapowiedzieli, że z chęcią powrócą. Jak się okazuje – już w listopadzie.

Innym dowodem na to, że nieważna jest pora czy palące słońce (które rozstroiło struny gitary Alexa Edkinsa), aby koncerty na największej scenie się udały, był występ The Paradise Bangkok Molam International Band – zespołu, który w ostatniej chwili zastąpił Solange. I nie chcę tu próbować porównać siły oddziaływania młodej wokalistki do tajlandzkiego kwintetu, ale trzeba przyznać, że ten wybór był jednym z trafniejszych. Bowiem wszyscy, którzy dobrze bawili się poprzedniego dnia na Mitch&Mitch, z pewnością potwierdzą, że ten występ mógł być jeszcze pozytywniejszym szaleństwem, jakie w ciągu festiwalu zaprezentowano. Przeboje nurtów tajskiej prowincji, dopieszczane funkową i surf beatową werwą nieodzownie kojarzyły się z tańcem. Beztroskie pląsy szczęśliwców najbliżej ulokowanych pod sceną falą niosły się aż po sam koniec zgromadzonych. A o tym, że atmosfera i widok tego show były niesamowite, niech zaświadczy fakt, że do tej pory nie było jeszcze tylu wyciągniętych w górę kamer i telefonów rejestrujących zabawę uczestników koncertu. Co akurat wiele razy bardzo przeszkadzało, gdy zamiast wykorzystania czasu na ekscytowanie się muzyką, wiele osób wolało upamiętniać to wydarzenie, filmując oraz bez przerwy robiąc zdjęcia.

Takie ogłoszenia uczą, że nie jest ważne rozniesienie sceny i brutalność wykonań, aby ludzie mogli się bawić i zapamiętać dane wydarzenie. Z takiego założenia wyszli też organizatorzy, lokując przemiłą Julię Holter na Scenie Trójki. Było emocjonalnie i intymnie. Nic więc dziwnego, że wiele osób rozsiadało się po bokach namiotu, by na chwilę odpocząć. A jednak sama stylistyka Holter to dość twardy orzech do zgryzienia, co potwierdzało wiele osób, które zaraz po zjawieniu się na tym występie, postanawiały się stamtąd ulotnić. To rzeczywiście nie był występ dla wszystkich, ale po samym przyjęciu zespołu podczas lokowania się na scenie, śmiem twierdzić, że dla grupy znających dokonania Amerykanów, była to jedna z najciekawszych godzin tego dnia.

Zresztą, zachowania podobne do tych z koncertu Julii cechowała Scena Eksperymentalna, która mimo kilku wyjątków, była miejscem dla wytrwałych i wtajemniczonych. Dźwięki KTL czy Marka Fell były dla wielu na tyle trudne do zaakceptowania, że utworzyły się strumienie napływających i jeszcze szybciej odchodzących osób. W kwestii setów DJ-skich takich problemów nie było przy bardzo oczekiwanym występie duetu Skalpel. Duża scena to wymóg takiej publiczności, ale przed samym występem można było obawiać się o brzmienie nieporównywalne do wytworzonego na zamkniętej przestrzeni. To były jednak obawy niepotrzebne, bo trans jaki wprowadzało ich widowisko oraz idealnie stworzone do tego wizualizacje dawały wyśmienity efekt. No i trzeba przyznać, że zarówno klawiszowiec Pianohooligan, jak i perkusista Jan Młynarski, którzy asystowali Pudło i Cichemu, rozkochali w sobie publikę. A forma, jaką prezentował duet, podsyciła oczekiwanie na zapowiadany od dawna trzeci longplay dla Ninja Tune.

Ciekawie wypadł też Holy Other, który mimo późnej pory, zdołał rozruszać swoim setem przybyłych. Ten występ, podobnie jak nieco wcześniej koncert Austry, nie był przeżyciem niezapomnianym, nie klasyfikował się też pewnie jako najbardziej ekscytujący i ruszający publikę. A jednak to wciąż były miło spędzone chwile. Głównie dlatego, że można było się w tą zimną noc rozgrzać w przyjaźnie nastawionym tłumie.

Na koniec trzeba wspomnieć o tym, co właściwie rozpoczynało ten dzień na Scenie Leśnej, czyli pojawieniu się – po raz pierwszy poza Trójmiastem i Warszawą – zespołu Trupa Trupa. Zdobywając coraz większą popularność, udało im się trafić w końcu do Katowic, by zaprezentować swój drugi w dorobku krążek. I pewnie gdyby trafili na pobliską Scenę Trójki, prezentowaliby się znacznie ciekawiej, być może zgromadziliby większą publikę niż w większości tylko tę, próbującą schronić się w cieniu. Co nie znaczy, że słuchacze nie byli w żaden sposób z zespołem połączeni. Były swobodne podrygi nogami, kołysanie czy uporczywe wpatrywanie się w scenę, jakby na oczekiwanie spektakularnego wybuchu energii i świateł. To nie nastąpiło, więc można było odnaleźć na twarzach festiwalowiczów nieco zdziwienia samym występem, ale być może to w końcu przełożyło się na pozytywne odczucia względem samej grupy. Moje takie były, bo to była ich przyzwoita wizytówka.

Ci, których wtedy tam nie było, z pewnością chcieli ominąć koczowanie w wieczornych kilometrowych kolejkach i szwendali się w strefie gastronomicznej. A ta pomimo kosmicznych cen, zdobyła rzesze fanów.
(Marek Cichoń)

Bardzo czekałem na koncert Julii Holter. Był to jeden z głównych powodów, dla których zdecydowałem się pojechać do Katowic. Ku mojemu zdziwieniu trójkowy namiot już na paręnaście minut przed rozpoczęciem koncertu zaczął się wypełniać, z minuty na minutę publiczność przybywała liczniej. Julia rozpoczęła występ utworem This Is Ekstasis, który wprost mnie zaczarował i zdefiniował klimat koncertu. Wewnątrz poczułem przypływ potężnego ciepła, stałem zasłuchany w głos Julii cudownie brzmiący na żywo. Muzycy i wokalistka doskonale współgrali ze sobą, na ich twarzach widać było uśmiechy, które tylko potwierdziły przyjemność grania w namiocie. Z początku Julia była odrobinę wycofana, jednak gromkie brawa już po pierwszym utworze ośmieliły ją, zaczęła coraz częściej posyłać nieśmiałe uśmiechy w stronę publiczności. Wokalistka wypowiedziała się bardzo ciepło o festiwalu – cieszyła się, że po raz kolejny mogła odwiedzić Polskę. Stare utwory przeplatały się z premierowymi kompozycjami z albumu Loud City Songs. Wyjątkowy entuzjazm publiczności wywołały pierwsze takty Goddess Eyes, które zamykało setlistę. Aplauzowi publiczności nie było końca. Dało się zauważyć, że zespół również miał frajdę z grania. Dziękowali za ciepłe przyjęcie, a po chwili pojawili się na scenie raz jeszcze, aby zagrać jeszcze dwa kawałki. Koncert przerósł moje najśmielsze oczekiwania, była to magiczna godzina.

Po nieco nostalgicznym występie Amerykanki, dla kontrastu, wybrałem się na koncert Austry. Kanadyjczycy zaprezentowali większość utworów z Olympii, a także sztandarowe hity z debiutu – Lose It czy Beat and the Pulse, na które publiczność reagowała najżywiej. Katie na scenie była bardzo aktywna, kucała, skakała – nadmierna aktywność fizyczna w niczym nie przeszkadzała jej głosowi, który na żywo tylko dowiódł skali talentu wokalnego. Zresztą, nie tylko wokalistka lubi się ruszać – grający na klawiszach Ryan również przybierał nietypowe pozy, które przypominały fragment rytuału jakiegoś czarodzieja. Koncert wypadł dość dobrze, chociaż momentami wszystko brzmiało tak, jakby było zagrane na jedno kopyto.

Zwieńczeniem sobotniej nocy był występ Holy Other. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Hipnotyczny, zeschizowany zestaw dźwięków przypadł do gustu publiczności w namiocie Trójki.
(Kamil Osękowski)

Nie ma więcej wpisów