Mimo początkowej obawy o deszcz, trzeci dzień okazał się równie słoneczny. A znając już nieco tegoroczną odsłonę festiwalu, można było spokojnie przechadzać się pomiędzy poszczególnymi scenami i w konkretne miejsca bez większej potrzeby testowania kolejnych. Głównie dlatego, że wszystko można było poznać w ciągu ostatnich przerw między jednym a drugim koncertem. Cierpieli tylko ci, którzy próbowali dostać się do obleganej niemal o każdej porze budki foto. Pewnie jednak nie robili tego na rzecz ostatniej dawki koncertowych doznań. A te były nadzwyczaj dorodne dla tych, którzy czekali na porządne gitarowe uderzenia. Te zagwarantowała większość zespołów, gdzie w tym wypadku pewnikiem było show Japandroids oraz Fucked Up.

Nim jednak o nich, należy wspomnieć o dwóch innych, polskich wydarzeniach. Pierwszym z nich był koncert Rebeki, który po raz kolejny okazał się godnym obejrzenia występem. Bez wielkiego ciśnienia, przesadnego przepychu, Iwona Skwarek i Bartosz Szczęsny zaprezentowali nieco podrasowany set Hellady. I trzeba przyznać, że mimo pewnych obaw związanych z występem na większej scenie o stosunkowo wcześniej porze, muzyka obroniła się sama. Po części spowodowane to było również tanecznymi ruchami Iwony i luzem scenicznym, który przełożył się na publiczność. A tam oprócz licznej załogi krajan, w tłumie można było spotkać wielu zaciekawionych obcokrajowców.

Podobne odczucia publiczności względem zespołu można było zaobserwować przy wysłuchiwaniu Ampacity. Potężne dźwięki wydobywające się z namiotu Trójki ściągnęły pokaźną publiczność i zatrzymały niemal wszystkich do końca. Ale nic dziwnego, bo składająca się z trzech części płyta Encounter One to pochłaniająca dźwiękowa podróż. Jako że ich wydawnictwo zostało docenione zagranicą, pewne jest, że słuchacze niezbyt orientujący się w polskiej scenie muzycznej po tym koncercie jeszcze chętniej zapoznają się z samym zespołem, jak i im podobnymi.

Jednak występ Ampacity był przedsmakiem tego, co prawie trzy godziny później działo się w tym samym miejscu. Cały czas miałem w głowie myśl, że Kanadyjczycy wystąpią na największej scenie festiwalu. Ale umieszczenie ich właśnie na Scenie Trójki było świetnym posunięciem. Jeśli jednak wierzyć wszystkim, którzy wciągnięci zostali do stworzonego przez Damiana Abrahama młyn, po raz kolejny koncert Fucked Up okazał się najlepszym, co mogło zdarzyć się temu festiwalowi. Pink Eyes uwielbia publikę, nie ma nic przeciwko wielkiej bliskości z nim, co potwierdziło się nie tylko w czasie nieskoordynowanych szaleństw przy dźwiękach nowej płyty, ale także przy robieniu pamiątkowych zdjęć i rozmów z samym Abrahamem po skończonym koncercie. Mimo swojej postury, wokalista okazał się też być naprawdę sympatyczny, szczególnie gdy przekazał jednemu z fanów wyrazy współczucia z powodu jego zniszczonych od pogo butów.

Równie dobrze sprawdziła się dwójka z Japandroids, która nieco wcześniej pojawiła się na Scenie Leśnej. Zamknięta przestrzeń wpłynęłaby pewnie na lepsze doznania związane z przepływem energii, choć i tak to, co zrobili David Powse i Brian King, pokrywa się z relacjami bywalców ich regularnych widowisk. Ale prócz kwestii muzycznej, był to również koncert, gdzie padło chyba najwięcej słów konferansjerki. Powse chętnie dzielił się wrażeniami związanymi z kolejnymi numerami, anonsował zbliżające się pałkarskie popisy Kinga, wreszcie niemal za każdym razem zachęcał publiczność do większego wysiłku związanego z podskokami, wymachiwaniem kończyn i darciem gardła. Ale dla porządku – wcale nie musiał tego robić. A kto nie wyszedł stamtąd zmęczony i oblepiony kurzem unoszącym się spod roztańczonej publiczności, ten najpewniej przegapił tego dnia coś ważnego.

Dodając do tych występów kończący DJ set Austry, można było podsumować ten dzień wyśpiewaniem słynnego O Canada.

A cały festiwal – mimo przeróżnych niedociągnięć organizatorskich (m.in. na plus dla wszystkich chcących coś wnieść na teren festiwalu; na minus z powodu braku dostępu do kranów z wodą!), długich kolejek i nieakceptowania poszczególnych kart płatniczych – uznać można jako całkiem udany. Można też dziwić się przybyłym, którzy pchając się bliżej sceny, stawali w bezpiecznej odległości i przez pół koncertu prowadzili ożywione dyskusje. Drugim przypadkiem byli ludzie, którzy tylko autystycznie przyglądali się poczynaniom poszczególnych artystów, od czasu do czasu nagrywając występ swoimi telefonami. A to prowadziło do częściowo biernej publiki, która zachowywała się niczym na dożynkach, a nie koncertach rockowych.

Jednak nawet jeśli nie wszystkie występy, na które się czekało, okazały się warte pojawienia się w line-upie, to większość tych, gdzie przychodziło się z czystej ciekawości, zyskało status bardzo pozytywnego doświadczenia. Można mieć więc nadzieję, że za rok będzie równie dobrze, a nawet lepiej.
(Marek Cichoń)

Był to dzień przypadkowych odwiedzin na różnych scenach, które zaowocowały nowymi odkryciami, oprócz Johna Talabota, który był jednym z must seenów OFF-a. Ale po kolei.

Goat to kolejne zaskoczenie katowickiego festiwalu. Zaginione rodzeństwo The Knife. Psychodeliczna muzyczna mieszanka nie pozwoliła ustać w miejscu, czego najlepszym dowodem były dwie wokalistki, które kiedy akurat nie śpiewały, bez przerwy tańczyły, wykonując różnorakie taneczne wygibasy. Coś wspaniałego! Nie wiem, czy na ich twarzach – skrytych za maskami – było widać jakiekolwiek zmęczenie, ale był to naprawdę niezły performance. Szwedzi skończyli swoje show i jakieś 80% festiwalowiczów jak jeden mąż kierowało swoje kroki na scenę główną, gdzie zagrać miało My Bloody Valentine.

Ostrzeżenia zespołu o zaopatrzeniu się w zatyczki do uszu okazały się jak najbardziej słuszne. Siedząc na ławce w strefie gastronomicznej, aż za dobrze słyszałem pierwsze takty występu zespołu. Wolę nawet sobie nie wyobrażać, jak głośno musiało być pod sceną. W decyzji o niepójściu na koncert My Bloody Valentine nie zostałem jednak osamotniony.

Skierowałem kroki do namiotu Trójki, gdzie występował Mykki Blanco. Absolutne zaskoczenie. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Uwielbiam takie momenty na festiwalach, kiedy stoję z rozdziawionymi ustami i nie wiem, co powiedzieć i kiedy zaskoczy mnie ktoś, kto zupełnie nie jest w moim muzycznym typie. W przypadku Blanco tak właśnie było. To, co wyrabiał (to chyba najbardziej adekwatne stwierdzenie), jest nie do opisania. Niemniej jednak spróbuję chociaż w części nakreślić wyczyny Mykkiego. Świetny kontakt z publicznością, imponująca charyzma oparta na dwoistości jego natury, muzyka, która rozkołysała cały namiot. Mimo że na co dzień nie słucham muzyki serwowanej przez Blanco i jemu podobnych, uważam ten występ za jeden z najlepszych. Rapował bez nawadniania gardła, a uwierzcie, że nawijał jak szalony. Jeżeli będziecie mieć okazję, aby zobaczyć go w Krakowie podczas Unsound Festival, nie pożałujecie.

Będąc cały czas pod wrażeniem Mykkiego, udałem się na wyczekiwany koncert Johna Talabota, który na scenie pojawił się w towarzystwie Pionala. Nie zawiodłem się ani przez sekundę. Rewelacyjny koncert! Chłonąłem każdą chwilę ich występu, wiedząc, że zbyt szybko ta atmosfera się nie powtórzy. Z tłumu co chwilę krzyczano Destiny!, przywołując jeden z największych przebojów Talabota. Destiny zagrano, co wprowadziło publiczność w euforię. Co tu dużo mówić – Talabot i Pional potwierdzili swoją klasę.

Kolejny powrót na Scenę Trójki  i kolejne pozytywne zaskoczenie – Fatima Al Qadiri. Dużo sobie obiecywałem po przeczytaniu w OFF-owiej książeczce o tym, że łączy w swoich wymykających się wszelkim klasyfikacjom nagraniach bliskowschodnie melodie z dźwiękami wojennych gier komputerowych. Fatima zaprezentowała się rewelacyjnie. Późna pora zdecydowanie sprzyja temu typowi muzyki. Szkoda, że zagrała tylko godzinę, bo mimo zmęczenia, chciałbym posłuchać jej o wiele dłużej.

Na koniec wyczerpującego dnia zahaczyłem o DJ set Mayi z Austry. Łapiąc oddech i odpoczywając na trawie, chłonąłem resztki tej festiwalowej atmosfery.
(Kamil Osękowski)

Nie ma więcej wpisów