Jedną z informacji, jaka przewija się w każdym newsie i recenzji nowego krążka Greene’a to taka, że zagrał w sesji nagraniowej wykorzystał ponad 50 różnych instrumentów. Ale to bogactwo nie przekłada się wcale na kwestię słuchania. I należy się poważnie zastanowić czy to plus, czy jednak ujma dla takiej produkcji. Z jednej strony – nie ma tu niepotrzebnego przepychu. Z drugiej – tak zmyślnie poprowadzona całość bardziej klasyfikuje się jako nieco większy muzyczny motyw, który niekoniecznie wyróżnia się swoim bogactwem i początkowo, dla mniej wprawnych słuchaczy, może wydać się po prostu zbyt jednolity. Tym samym, zostawi lekki niedosyt z powodu braku wypuklenia elementów, które mogłyby stanowić siłę poszczególnych utworów.

Paracosm stworzony został jako utopijny świat pełen magicznych odczuć związanych z letnim wypoczynkiem (tropikalna atmosfera Give It Up) i wolności, która przedstawia się chociażby w postaci ptasich odgłosów. Jest więc zupełnym przeciwieństwem sypialnego chłodu i wyobcowania Within and Without. Ale to ciepło i próby kojenia nerwów są też zupełnie inaczej wyważone – nie tak porozrzucane stylistycznie jak przedtem i dające różne odczucia. Album funkcjonuje raczej jako jedność i choć wyrwany z kontekstu utwór jest doznaniem przyjemnym, to jednak obcowanie z Paracosm przez czterdzieści minut daje zupełnie inny efekt. Początkowe uczucie zlewania utworów ze sobą mija, gdy przysłuchamy się bliżej kolejnym fragmentom.

Co prawda, większość numerów charakteryzuje się pewnym, jakże przyjemnym spowolnieniem, wokalnym przeciąganiem słów i samym snuciem aranżacyjnym (It All Feels Right, Weightless), to jednak wybicie się chociażby wtórującemu Neon Indian All I Know czy bogato przystrojonemu harfami i partią trąb utworu tytułowego wreszcie w nas trafia. Na tyle, że album zaczyna się przed nami otwierać, zaczynamy szybciej dostrzegać pewne zmiany i dźwięki, które bliższe są raczej folkowym bajkopisarzom niż temu, co pod chilloutem Greene’a się kryło.

Jedynym problemem, jaki może tu zaistnieć, jest możliwość nagłego wyłączenia skupienia na samej muzyce. Pewnie dlatego można nie dostrzec wszystkiego, co upchnięte zostało między Entrance a All Over Now. Ale przecież zawsze można w takim świecie Washed Out obcować ponownie.

Nie ma więcej wpisów