Spieczone ramiona, pokąsane nogi, ciepło parujące z każdego skrawka skóry – uważam, że lato jest najbardziej sensualną porą roku. Ludzkie ciało nie bez powodu stało się jednym z wiodących motywów wakacyjnych teledysków. Inspiruje ono reżyserów w różny sposób. Weźmy choćby pod uwagę skrajne ujęcia w Blurred Lines czy Made to Love. Jeszcze inaczej podeszli do tematu Kings of Leon w swoim klipie do Supersoaker.

Początek przywiódł mi na myśl jedno skojarzenie – Kelis i jej słynne MilkshakeJest to jednak tylko jeden z elementów stylistyki, w jakiej utrzymane jest wideo. Stroje i pozy pin-up girls, stare motocykle i samochody, kadry z rzutnika – dominują lata pięćdziesiąte (no, może ujęcia samego zespołu trącą Instagramem). W tamtych czasach muzycy zostaliby uznani za prowokatorów, teraz jedynie bawią się konwencją, dość trafnie dobraną do muzyki i ironicznego tekstu. Szkoda tylko, że wszystkie ujęcia wyglądają na zrealizowane w studio – odejmuje to wiele uroku. 

Jednym z wyznaczników twórczości Kings of Leon są dla mnie ich zmysłowe teledyski. Ta tendencja pozostaje bez zmian. Mimo to, oglądając Supersoaker, mam wrażenie, że coś jest nie tak. Amerykanom zwyczajenie brak naturalności – może to próba zamaskowania skutków, jakie odcisnął na wokaliście zgubny nałóg. To samo dało się zauważyć podczas koncertu na Open’erze. Z kolei sama piosenka brzmi wtórnie i beznamiętnie. Aż dziwne, że na pierwszy singiel nie wybrali dynamicznego It Don’t Matter.

Nie ma więcej wpisów