Mela Koteluk

Mela miała jedno z najtrudniejszych zadań artysty na festiwalu. To na jej drobne barki spadła odpowiedzialność za muzyczne otwarcie Coke Live Music Festivalu i rozgrzanie publiczności przed występami kolejnych gwiazd. Mela jednak stanęła na wysokości zadania i, mimo deszczu, jej niesamowity głos przyciągał ludzi pod scenę jak magnes. Zaśpiewała głównie piosenki ze Spadochronu, jednak znalazło się także miejsce na Wielkie nieba czy To trop. Mela ma w sobie coś tak fantastycznego, że kiedy staje na scenie i zaczyna śpiewać – wszędzie jest jej pełno, mimo że większość czasu spędza na łagodnym bujaniu się przy mikrofonie. Wdzięk, skromność i wrażliwość – to słowa, które najbardziej do niej pasują. To, jaki klimat tworzy bez względu na to czy występuje w pełnym słońcu, czy o zmroku, to jest magia.
(Karolina Lewandowska)

Magnificent Muttley

To power trio z Warszawy w tym roku ma prawdziwą sztafetę pomiędzy wszystkimi polskimi festiwalami. I powiem Wam, że bardzo dobrze, bo kto jak kto, ale Magnificent Muttley zdecydowanie na to zasłużyli. O nich powinna usłyszeć cała Polska, a także i świat. Bo wraz z ich pojawieniem się na scenie, narodziła się nadzieja, że w Polsce muzyka gitarowa wcale nie zostanie stłumiona przez wszechogarniające nas elektro-dźwięki, a wręcz przeciwnie – odradza się ze zdwojoną siłą niczym feniks z popiołów. Ich wejście na Coke Live Music Festivalu było jak wyważenie drzwi kopniakiem – mocne, ostre i tak już zostało do samego końca ich występu. Aż przyjemnie było zanurzyć się w hałasie, jaki panowie wygenerowali. Nie ma co się rozpisywać, że zagrali to czy tamto – ich po prostu trzeba usłyszeć na żywo. Wśród polskich zespołów – koncert tego trio to pozycja obowiązkowa.
(Karolina Lewandowska)

Brodka

Na występ Meli Koteluk dojechać mi się nie udało. Krakowskie korki zagwarantowały mi bowiem jedynie muzyczne wrażenia z radia samochodowego. Udało mi się jednak pojawić na koncercie Brodki, która zdążyła się już rozgrzać na dużej scenie. Zespół, jak zawsze, prezentował się znakomicie. W odczuwalnej pozytywnej energii nic się nie zmieniło od mojego poprzedniego spotkania z muzykami na żywo, które odbyło się dawno (jeszcze na początku trasy koncertowej promującej krążek Granda). Monika zaserwowała podczas koncertu różnorodną mieszankę swojego dorobku. Ze sceny wybrzmiały kawałki z najnowszego krążka, jak i z poprzednich albumów, nie pomijając tych najstarszych, których mogliśmy zasmakować w nowych odsłonach. Zespół bawił się wyśmienicie wraz z publicznością, która – pomimo kiepskiej pogody – porwała do tańca swoje mokre od deszczu buty. Całość była dopięta na ostatni guzik, przyjemna i roztańczona. Zaskoczyć raczej nie mogło nic, chyba że wspomnimy o samej Brodce, falującej na publiczności, która wskoczyła w tłum bez zastanowienia.
(Anna Kochanecka)

Ta drobna istotka to prawdziwy wulkan energii. Mowa oczywiście o Brodce, która wypełniła scenę główną taką ilością pozytywnej energii, jaka z powodzeniem mogłaby zasilić w elektryczność kilkunastotysięczne miasto. Mimo ulewy, bo tego po prostu deszczem nazwać nie można, ludzie bawili się po sceną, nie zważając na nic. A i Monika pozwoliła sobie na szaleństwo, czego dowodem było rzucenie się na falę w finale koncertu, gdzie umiejętnościami wokalnymi dorównała samej Skin ze Skunk Anansie, bo – również niesiona na rękach tłumu – z nie mniejszą mocą wyśpiewała Grandę do samego końca. Warto wspomnieć, że Brodka wiele zawdzięcza muzykom, którzy z nią występują – udało jej się zebrać prawdziwą drużynę marzeń z Krzyśkiem Zalewskim na czele. Wystarczy tylko posłuchać Syberii w ich wykonaniu (wokal Brodka + Zaleweski), żeby wiedzieć, o czym mowa. Do jej występu mam tylko jedno ale, mianowicie odnoszę wrażenie – i pewnie nie tylko ja – że czas najwyższy zejść ze sceny i wejść do studia. Materiał z Grandy wzbogacony o dwa kawałki z Lax powoli się nudzi – w końcu ta płyta pojawiła się na rynku trzy lata  temu.
(Karolina Lewandowska)

Pomimo pogody, która z mistrzowskim wyczuciem postanowiła zepsuć się akurat pierwszego dnia festiwalu, występ Brodki uzbierał pod główną sceną pokaźną publiczność. Po dziewczynie jaką pamiętać można z Idola nie ma już śladu. Nadal jednak czuć ten góralski temperament. Było energetycznie i zadziornie. Po kilku piosenkach nawet padający na głowę deszcz przestał przeszkadzać, a na pierwszy plan wysunęła się dobra zabawa. Monika przyznała jednak, że z niepokojem patrzyła w niebo, ponieważ ciągle ma w pamięci koncert na Open’erze, który dwa lata temu został przerwany właśnie przez złe warunki pogodowe. Jednak w tym wypadku kolorowy tłum w pelerynach przeciwdeszczowych ani myślał przestać. Piątkowego popołudnia mogliśmy usłyszeć nie tylko kawałki z Grandy, ale także świetnie przearanżowane utwory z poprzednich albumów, m.in. Dziewczyna mojego chłopaka, który zyskał nową świeżość i brzmiał bardziej na czasie. Artystka, zachęcona reakcjami publiczności, na przekór pogodzie zbiegła ze sceny, by być bliżej fanów. Trzeba przyznać, że interakcja relacji publiczność-artysta w tym przypadku zagrała idealnie. Do tego stopnia, że na koniec nie zabrakło nawet szalonego crowdsurfingu w wykonaniu Moniki. A ja stałam, patrząc na to wszystko i naszła mnie taka myśl, że widok dziewczyny z gitarą to jeden z bardziej uwodzicielskich widoków, jakie można sobie wyobrazić.
(Izabela Auguścińska)

Bisz B.O.K Band

Przyznam, że dołączenie B.O.K do grona coke’owych wykonawców było dla mnie sporym zaskoczeniem. Liczyłam, że wystąpią raczej na bardziej ambitnym Open’erze. Przeważyły jednak hip-hopowe tradycje CLMF. Upchnięci między Brodką a Biffy Clyro Bydgoszczanie nie zmarnowali danego im czasu i niejednego przekonali, że warto spóźnić się pod dużą scenę. Tych, którzy nie znali składu wcześniej, mogła zaskoczyć ilość instrumentów i artystów obecnych na scenie. A ta była przeładowana muzyką w każdej formie. W żadnym wypadku nie można tu mówić o suchych bitach. Połączenie rapu i wokalu, multiinstrumentalizmu i roboty DJ-skiej świetnie się sprawdziło. Fani wielu gatunków mogli znaleźć coś dla siebie na tym koncercie. Bisz, Oer i Kay to profesjonaliści i indywidualiści w każdym calu. Nic dziwnego, mają za sobą prawie 15 lat doświadczenia, choć głośno zaczęło się o nich robić za sprawą pierwszego legalnego wydawnictwa w 2011 roku. Na setliście nie zabrakło jednak i starszych numerów, podobnie jak mocnych utworów z solowej płyty Bisza – Wilk chodnikowy. Słucham niewielu raperów, jednak ten łączy w sobie to, co w hip-hopie lubię najbardziej – mocne, inteligentne teksty oraz bogaty kontekst, zarówno w słowie, jak i muzyce. Nadwrażliwcy i erudyci mogli być zachwyceni. B.O.K to idealny pomost między uliczną partyzantką a wymuskaną produkcją. Stawiam ich na podium minionej edycji, wraz z Florence and the Machine oraz Biffy Clyro. Organizatorzy, którzy zaprosili bydgoski skład na tegoroczne festiwale, mają powód do dumy. Inni mogą tylko nadrabiać zaległości.
(Paulina Pieniak)

Biffy Clyro

To był koncert, dla którego zdecydowałam się jechać przez całą Polskę. Mogłoby lać, mogłaby być burza z gradem i piorunami, jednak za nic w świecie nie odpuściłabym koncertu Biffy Clyro na naszej ziemi. Kiedy Simon, James i Ben wyszli na scenę, świat przestał istnieć. Nie wiem, czy wszyscy ich fani tego doświadczyli, ale dla mnie wszelkie otaczające bodźce po prostu zniknęły. W końcu trudno oderwać wzrok od trzech nie dość, że przystojnych i utalentowanych, to jeszcze zupełnie topless muzyków. Ale przecież nie słucha się zespołu tylko dlatego, że dobrze wygląda. Panowie z Biffy Clyro nie mają tego problemu – brzmią równie wyśmienicie, jak się prezentują. W dodatku energia, jaką z siebie generują, zmiata wszystko z powierzchni ziemi w promieniu kilkunastu kilometrów. Tutaj było podobnie. Już od pierwszego kawałka Szkoci grali tak, jakby ten koncert miał być ostatnim koncertem w ich życiu. Ponownie wykorzystywali wszelkie powierzchnie, na które można było wskoczyć i chociaż chwilę tam pograć, robiąc dzięki temu rewelacyjne show. Muzycy zrobili też ukłon w stronę występujących po nich Franz Ferdinand i zadedykowali im utwór Black Chandelier. Dokładnie połowę setlisty stanowiły kawałki z najnowszego wydawnictwa trio – Opposites. Smaczkiem dla wieloletnich fanów był za to utwór Living Is a Problem Because Everything Dies pochodzący z krążka Puzzle. W tym miejscu nieco ponarzekam, bo takich smaczków nigdy dość, a dzień wcześniej Węgrzy na swoim Sziget Festivalu usłyszeli aż 19 numerów (my pięć mniej), w tym choćby 57, Glitter and Trauma czy chyba najbardziej przeze mnie wyczekiwane Who’s Got a Match?. Jednak zgaduję, że przydzielona Biffy Clyro godzina czasu była przyznana odgórnie przez festiwal, tym większy smutek, że organizatorzy dali im tak małe pole do popisu. Tak czy inaczej, Szkotów i tak warto było zobaczyć w akcji, bo ich energia koncertowa działa na człowieka jak spora dawka kofeiny. Jedną z rzeczy, które zachowam głęboko w pamięci, będzie wspólne śpiewanie całego refrenu Many of Horror – magiczne doznanie. Chodzą słuchy, że panowie niedługo znów nas odwiedzą. Oby wrócili najszybciej jak się tylko da!
(Karolina Lewandowska)

Wraz z wybiciem godziny 21:00 scenę przejęli Szkoci z Biffy Clyro. Pojawienie się grupy zaskoczyło chyba jednak dźwiękowców, którzy zapomnieli wyłączyć lecącą playlistę mającą umilić publiczności oczekiwanie na kolejne koncerty, w wyniku czego chłopakom z zespołu przyszło przekrzykiwać lecącą w tle piosenkę. Trochę szkoda, bo zapewne wtedy bardziej wyraźnie słychać byłoby urocze: Cześć, Polska. Jesteśmy ze Szkocji i nazywamy się Biffy Clyro. Rozumiem jednak, że pod wrażeniem gołych klat członków zespołu może być każdy, dlatego wybaczam. Przyznam, że o koncertach tej grupy słyszałam już wiele dobrego, dlatego z tym większą niecierpliwością czekałam na ich występ. Szkoci urzekli nie tylko znakomitym polskim akcentem, ale także koncertem, którego nie powstydziłyby się gwiazdy rocka z najwyższej półki. W tym występie próżno doszukiwać się słabszych momentów. Energia, z jaką zaczęli swój występ, została utrzymana praktycznie do samego końca. Set stanowił idealne wyważenie kawałków ze starszych albumów (w tym Mountains i Many of  Horror), jak i piosenek z ich najnowszego, szóstego albumu. Nie zabrakło żywiołowego Opposites czy – wykorzystanego w tegorocznym spocie reklamowym Coke Live Music Festival – Biblical. Czternaście piosenek, które tego wieczoru zagrali na głównej scenie festiwalu, minęło w mgnieniu oka, pozostawiając we wdzięcznej i rozentuzjazmowanej publiczności chęć na jeszcze więcej i więcej, i więcej…
(Izabela Auguścińska)

Regina Spektor

Regina Spektor – na jej koncert szłam z ogromną nadzieją na odprężenie i poczucie emocjonującej muzyki całym ciałem. Dzięki takiemu nastawieniu nic mnie podczas występu nie zaskoczyło, w przeciwieństwie do wielu zgromadzonych, którzy po 15 minutach koncertu pokręcili nosem i wychodząc z namiotu, komentowali zdolną artystę słowami: ale nuda. O gustach podobno się nie dyskutuje, ale dziwi, że nudą może być nazwany piękny wokal okraszony wzruszającą, a czasem i taneczną melodią. Koncert Reginy był tak zróżnicowany, że można było się przenieść w naprawdę wiele krain. Podczas występu pojawiły się utwory z najnowszego krążka artystki, jednak moją uwagę najbardziej przyciągnęły te kawałki, które ukazały się w 2006 roku na albumie Begin to Hope. Sztandarowe nagrania Better, Samson czy On the Radio wybrzmiały z taką lekkością, że chciało się zatrzymać czas na dłużej. Żal było patrzeć tylko na to, że wraz z rozpoczynającym się na drugiej scenie koncertem Franz Ferdinad, publiczność Reginy rozpłynęła się w mgnieniu oka. Szczerze mówiąc, ja tego wyboru nie rozumiem. I choć z jednej strony było mi bardzo przykro, z drugiej cieszyła mnie myśl, że będę mogła przeżywać ten występ wraz z Reginą, która nagle była na wyciągnięcie mojej ręki. Jej muzyka – w połączeniu z emocjami wymalowanymi na twarzy, dłoniach, które śmigały z ogromną lekkością po klawiszach – była wspaniała. Ten koncert był jednym z najlepszych całego festiwalu!
(Anna Kochanecka)

Franz Ferdinand

Taka kumulacja energii musiała znaleźć jakieś ujście. Po żywiołowym tornadzie, jakie przewinęło się przez scenę podczas występu Biffy Clyro, nastąpił prawdziwy wybuch. Wszystko to za sprawą bardzo energetycznego koncertu Franz Ferdinand. Myślałam, że szybciej, mocniej i głośniej niż rok temu na Open’erze się już nie da. Okazuje się jednak, że byłam w błędzie, ponieważ to dopiero na tegorocznym Coke’u nastąpiła prawdziwa erupcja wulkanu o nazwie Franz Ferdinand. Od pierwszych dźwięków rozpoczynającego koncert No You Girls po sam koniec Ulysses szaleństwo zdawało się nie ustawać. To trochę tak, jakby do butelki z Colą wrzucić Mentosa i potrząsnąć – przed tym po prostu nie było ucieczki. Chociaż kto by chciał uciekać, gdy dźwięki perkusji tak przyjemnie przeszywały ciało, a gitarowe riffy pieściły uszy? Take Me Out poderwało w górę nawet najbardziej zatwardziałych leniwców. Zerkając na boki na wszystkich skaczących i klaszczących w rytm za Alexem Kapranosem ludzi, po prostu dało się poczuć panujące wokół szczęście. This Fire zdawało się brzmieć jeszcze piękniej niż na Open’erze, a subtelnie zaaranżowana wersja Walk Away dodała całemu koncertowi uroku. Nie dało się też oprzeć wrażeniu, że przed koncertem, za kulisami, panowie z Franz Ferdinand wspólnie z Biffy Clyro szlifowali swój polski, ponieważ podczas koncertu Alex co chwilę wtrącał – z godnym podziwu akcentem zresztą – polskie słówka. Przed bisami i zejściem grupy ze sceny nastąpiła główna atrakcja wieczoru. Wszyscy członkowie zespołu chwycili za pałeczki i dali prawdziwy popis gry na bębnach. Głodna kontaktu z muzykami publiczność dołączyła do zabawy, co szybko wyłapali artyści, włączając fanów do swojego występu. Nawiązała się pewnego rodzaju niewidzialna nić porozumienia i również w tym wypadku interakcja zespół-publiczność była godna podziwu. Koncert Franz Ferdinand był bez wątpienia najlepszym koncertem pierwszego dnia festiwalu, chociaż myślę, że nie będzie przesady w stwierdzeniu, że był również jednym z lepszych w historii całego Coke Live Music Festival.
(Izabela Auguścińska)

Dawid Podsiadło

Kto nie wierzy w Dawida, niech wybierze się na jego koncert. Ja od początku wierzyłam, jednak szczerze przyznam, że to, co się działo na Coke Live Music Festivalu, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nawet nie do końca o Dawida mi chodzi, bo on zawsze wypada fenomenalnie. Jego głos, kiedy ma wzruszać – wzrusza, kiedy ma bawić – bawi, nie ma słabych momentów – to muzyk-ideał aż chce się powiedzieć. Jednak nie jego bezbłędny koncert mnie zaskoczył, a to, że jeszcze na długo przed rozpoczęciem, kiedy na głównej scenie nadal rządzili Franz Ferdinand, pod namiotem barierki już były obstawione. Kto by pomyślał, że ten skromny chłopak w tak szybkim czasie dorobi się tak wiernej rzeszy fanek. Bardzo to budujące, bo musi artyście na scenie dawać ogromną siłę – a tę siłę w Dawidzie widać.
(Karolina Lewandowska)

Chciałam, naprawdę chciałam, jednak na Open’erze nasze drogi się minęły, a korki skutecznie uniemożliwiły mi spotkanie z muzyką Dawida. Tym bardziej ucieszyłam się, że na Coke’u będę miała kolejną okazję. Na Cracow Stage dotarłam punktualnie. Na wejściu powitały mnie imponujące tłumy, a namiot wypchany był dosłownie po brzegi. Pomimo wielu spokojnych piosenek w repertuarze, Dawid wcale nie uśpił publiczności. Ta żywo reagowała na każde słowo artysty, piszcząc, klaszcząc i skandując jego imię. Niewielu polskich muzyków w historii Coke’a doczekało się chyba tak głośnych owacji. Po tym występie w końcu zrozumiałam, o co ten cały szum wokół Dawida. Nie sposób oprzeć się nie tylko jego wyjątkowej barwie głosu, ale także uroczej nieśmiałości i bardzo naturalnemu kontaktowi z publiką, jaki przez cały czas prezentował. Atrakcji było co niemiara – od kolorowych balonów, przez mrugające światełka, konfetti, a na cukierkach rzucanych ze sceny kończąc. Ten występ był idealnym zakończeniem pierwszego dnia festiwalu. Po usłyszeniu Trójkątów i kwadratów czy No uśmiech nie schodził mi z twarzy, a to chyba najlepszy dowód na to, że na Franz Ferdinand dzień się nie skończył i było warto zostać do samego końca.
(Izabela Auguścińska)

Nie ma więcej wpisów