Przystanek Woodstock – jedni reagują na te słowa z obrzydzeniem, inni czują dreszczyk emocji. Kostrzyński festiwal – z prawie dwudziestoletnią historią – ciągle budzi dość skrajne reakcje i każdego roku przyciąga tłumy, które liczą na chwilowe oderwanie od rzeczywistości. Czy taki wakacyjny reset musi jednak oznaczać doprowadzanie się do skrajnego zepsucia?

Nie jestem szaloną woodstockowiczką. Na cztery edycje festiwalu, w których uczestniczyłam, nigdy nie tarzałam się w błocie, zawsze grzecznie stałam w kolejkach, nigdy nie zgonowałam, nie wróciłam z HIV-em ani potomstwem oraz nie trzeba było mnie składać ponownie w całość. Oczywiście kompletną świętością również nie grzeszę, ale warto sobie uzmysłowić, że nie wszyscy wypadają z pociągów, są okradani i używają do nieprzytomności. Jednak oczywistym jest, że – jak w większości przypadków – nagłaśnia się katastrofy, do których zaliczają się także destrukcyjni ludzie. Wielkie, kolorowe tłumy – to one tworzą i napędzają Przystanek Woodstock, a muzyka w tym przypadku jest miłym dodatkiem. Nie będę ukrywać, iż ten festiwal jest dla mnie bardziej spotkaniem ze znajomymi i zawieraniem nowych, ciekawych znajomości, niż bieganiem od sceny do sceny i spinaniem się, że jeden zespół pokrywa się z drugim. Tak, chodzę również na koncerty, ale często też słucham ich, siedząc przy namiocie, sącząc piwo, grając w karty i spalając sobie plecy. Wracając jednak do zjawiska woodstockowiczów – większość to naprawdę sympatyczne i barwne osoby. Prześcigają się w coraz to ciekawszych przebraniach czy w celach wyłudzania pieniędzy od pozostałych festiwalowiczów. Przy odrobinie szczęścia spotkamy nawet procesję wyznawców pastafarianizmu z wizerunkiem Latającego Potwora Spaghetti na czele. Bez wątpienia wolność jest jedną z najbardziej odczuwalnych wartości w ciągu trzech dni festiwalu. Pośród różnych subkultur i wyznań można poczuć wyjątkowość Przystanku Woodstock, tym bardziej, że wszyscy wydają się tolerować istnienie innych. Pozytywni i sympatyczni ludzie – tak widzę uczestników kostrzyńskiego festiwalu.

Pisząc o Przystanku Woodstock, nie sposób nie wspomnieć o innym festiwalu, odbywającym się miesiąc wcześniej, Open’erze. Nie ma sensu porównywanie jednego z drugim, gdyż różnią się one od siebie praktycznie pod każdym względem. Mimo wszystko jednak, nie mogę uniknąć małego zestawienia dwóch polskich festiwalowych gigantów.

Pod paroma względami Przystanek Woodstock może bardziej przypaść do gustu. Pierwszą kwestią jest oczywiście cena: kostrzyński festiwal jest darmowy dla każdego, bez wyjątku. Wystarczy kupić bilety na transport, zabrać trochę pieniędzy i mamy fajne wakacje. Kolejna rzecz to wspomniani już ludzie. Możliwe, że mam mylne wrażenie, bo w Gdyni byłam tylko raz, ale spora część open’erowych osób wydaje się być strasznie nadęta i snobistyczna. Perfekcyjne outfity, idealnie czyste conversy i vansy, lans na każdym kroku i mierzenie wzrokiem wszystkich dookoła. Pod względem wyglądu ludzi, Open’er uzyskał u mnie podtytuł Converse Festival. Skąd tyle zadufania u niektórych open’erowiczów? Na to pytanie raczej nie jestem w stanie odpowiedzieć, ale wiem, że wolę nie idealną, ale otwartą i sympatyczną publiczność woodstockową. Na szczęście podczas gdyńskiego festiwalu można zapomnieć o tych niesnaskach, oddając się maratonom na trasie pole namiotowe – scena główna – scena namiotowa. Nie wyobrażam sobie jednak takiej sytuacji podczas Przystanku Woodstock, gdzie muzyka odgrywa dla mnie znacznie mniejszą rolę. Przebywanie na polu namiotowym byłoby dla mnie istną męczarnią. Podkreślam jednak subiektywność moich odczuć co do jednych i drugich festiwalowiczów.

Następnym mocnym punktem Przystanku Woodstock jest polowy Lidl (z lidlowymi cenami) i ceny gastronomii oraz piwa. Dla porównania 0,4 l Calsberga na Woodstocku kosztuje 3 zł, a open’erowy Heineken to wydatek rzędu 6 zł za 0,5 l. Open’erowej pogodzie niestety w tym miejscu się ode mnie nie dostanie, bo tegoroczna edycja była pod tym względem naprawdę udana, natomiast na Przystanku Woodstock praktycznie co roku jest ona aż za bardzo słoneczna. Co jednak wygrywa w Open’erze? Dobór zespołów (to jest akurat kwestia indywidualna, bo dla wielu to Przystanek Woodstock jest bardziej ponętny muzycznie), większy spokój i kultura, nadmorska lokalizacja, zdecydowanie mniejsze kolejki i bezpłatne prysznice (tegoroczne woodstockowe prysznice kosztowały aż 7 zł, więc sparafrazowany cytat: Jest jedna rzecz, dla której warto żyć – Woodstock i nie trzeba się myć! nabiera sensu). Do listy zalet Open’era z pewnością można by było jeszcze dopisać parę rzeczy.

W myśl cytatu z woodstockowego hymnu Piotra Bukartyka: Jedno nad nami niebo, każdy co innego widzi w nim, uważam, że Przystanek Woodstock jawi się nam tak, jak go sami zinterpretujemy. Najlepiej jest wysuwać wnioski, przeżywając ten festiwal choć raz. Oczywiście nie zamierzam nikogo przekonywać na siłę. Warto jednak czasem spojrzeć na owy festiwal mniej stereotypowo i przestać powtarzać jak mantrę: na Woodstocku są same brudasy, ćpuny i dziwki. Czy nie słucha się jednak przyjemniej innej frazy, tak często powtarzanej przez uczestników festiwalu, że: na Woodstock się nie jedzie, na Woodstock się wraca?

Nie ma więcej wpisów