Marika & Spokoarmia

Zaznaczę na samym początku, że to zupełnie nie moje klimaty. Z repertuaru Mariki znam Siłę ognia i na tym moja wiedza na temat jej twórczości się kończy. Jednak słuchałam i oglądałam jej koncert z prawdziwą przyjemnością. Nie dość, że dziewczyna jest śliczna, to jeszcze doskonale potrafi rozruszać publikę. Świetny głos i wielka charyzma. Brawo za piękne rozpoczęcie drugiego dnia festiwalu.
(Karolina Lewandowska)

Niełatwe zadanie ma ten, komu przypadnie w udziale grać jako pierwszemu. Odpowiedzialność za otwarcie drugiego dnia Coke Live Music Festivalu i rozgrzanie publiki przed występami kolejnych gwiazd spadła na barki Mariki i jej koncertowego składu – Spokoarmii. Głos wokalistki szybko podniósł temperaturę o kilka stopni, a rozkołysane rytmy w mgnieniu oka przeniosły publiczność z Krakowa wprost na Jamajkę. Wydawać by się mogło, że taki klimat nie wpisuje się w formę imprezy, jaką z założenia jest Coke, a dancehallowe rytmy bardziej sprawdziłyby się w Ostródzie czy na płockim Reggaelandzie. Jednak, moim zdaniem, chęć pokazania, że Coke jest miejscem dla wszystkich, była dobrym posunięciem ze strony organizatorów, a próba poszerzenia horyzontów ludzi i pokazania im, że poza rockiem i popem istnieją też inne godne uwagi gatunki muzyczne, była bardzo udana.
(Izabela Auguścińska)

Łagodna Pianka

Nigdy nie przyglądałam się chłopakom z Łagodnej Pianki, jednak na koncert poszłam nieco z ciekawości, bo znałam tylko hicior pt. Łagodna pianka i nic poza tym. Tym milej było mi się przekonać, że fajnie się tych panów słucha. Może nie będzie to miłość aż po grób, ale od czasu do czasu pewnie się pojawią w moim odtwarzaczu. Tym bardziej, że to zespół z gatunku nie ma ściemy – na żywo brzmią równie dobrze, jak na płycie. Chyba nigdy jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby dzień po koncercie nucić kawałek, który słyszałam po raz pierwszy, a to plus.
(Karolina Lewandowska)

The Cribs

O The Cribs słyszałam już wcześniej, nie jest tak, że – jadąc na festiwal – zupełnie ich nie znałam. Obiło mi się o uszy kilka czołowych kawałków, takich jak Man’s Needs, I’am a Realist, czy We Share the Same Skies. Zabrakło mi jednak czasu, by zapoznać się z całą dyskografią zespołu. Niezrażona tym stwierdziłam, że to przecież nie kłopot, bo już nie raz bywało tak, że zupełnie obcy mi zespół podczas występu na żywo kupił mnie w całości. Stwierdziłam, że kto jak kto, ale zespół określany mianem dobra narodowego Wielkiej Brytanii czy najbardziej wpływową grupą ostatniej dekady zrobi to bez większego problemu. Tak się jednak nie stało. Koncert był przeciętny, a grupa nie wyróżniała się niczym szczególnym z tłumu innych podobnych sobie, indie-rockowych zespołów. Wszystko jest kwestią gustu, rozumiem, że niektórym mogło się to podobać, we mnie jednak pozostawiło niedosyt i pewnego rodzaju rozczarowanie. Całość brzmiała trochę smutno i nawet największy hit zespołu – Man’s Needs – wymusił u mnie jedynie lekkie podrygiwanie nogą. Na plus zdecydowanie perkusista, który wspinając się na swój instrument, odwalił kawał dobrej roboty, dając nie tylko ciekawe show, ale prezentując przy tym świetne drum solo.
(Izabela Auguścińska)

très.b

To trio miało spore szczęście. Jako że Wu-Tang-Clan nie zdołali dotrzeć na czas, très.b w ostatniej chwili wskoczyli na ich miejsce na główną scenę i dzięki temu występowali przed samą Florence. A to szczęście polega na tym, że już następnego dnia widziałam na ich profilu komentarze ludzi, którzy pewnie nie dowiedzieliby się o istnieniu tej fenomenalnej trójki, gdyby nie ta nagła zmiana line-upu, a którzy byli ich występem równie oczarowani jak ja. Tak czy inaczej, Misia i chłopaki pokazali się ze swojej najlepszej strony. Stworzyli cudowny klimat, który utrzymali aż do samego końca koncertu, delikatnie kołysząc kojącymi dźwiękami swoich utworów. Kawałki takie jak The Goose Hangs High czy Like Is zawsze wywołują ciarki na mojej skórze i tutaj było podobnie.
(Karolina Lewandowska)

Florence and the Machine

Koncert Florence and the Machine był dla mnie jeszcze niedawno ogromną zagadką. Jadąc na festiwal, obawiałam się, że główny punkt imprezy zawiedzie mnie na całej linii. Miałam wątpliwości co do tego, czy artystka poradzi sobie z występem na żywo, pomimo swojego doświadczenia i scenicznej gracji. Komentarzy na temat jej koncertów można znaleźć i wysłuchać całą masę, sporo tych niepochlebnych, mówiących o tym, że Florence nie radzi sobie z samym śpiewaniem na żywo. Pomimo tych złych słów, bardzo chciałam doświadczyć tego na własne uszy. Pojechałam więc i miło się zaskoczyłam, gdyż koncert okazał się wulkanem pozytywnej energii i wrażeń. W zasadzie, gdybym miała ocenić całe show zaraz po jego zakończeniu, pewnie podsumowałabym je słowem geniusz. Podekscytowanie wówczas było tak ogromne, że nie sposób było dostrzec jakiekolwiek niedociągnięcia. Sama Florence tworzyła wokół siebie magię, nie wspominając o akompaniamencie muzyki. Obecnie emocje ze mnie opadły, więc mogę śmiało podsumować to wydarzenie z trzeźwym umysłem. Koncert z pewnością był wart wycieczki na festiwal. Ba, był najlepszym koncertem krakowskiego wydarzenia. Całość przedstawienia współgrała ze sobą znakomicie. Kawałki z najnowszego krążka pt. Ceremonials, jak i te z poprzedniej płyty wybrzmiały na żywo znakomicie. Florence z publicznością bawiła się wzorowo. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś aż tak porwał mnie do tańca podczas koncertu. Wyborna zabawa, stylowa artystka oraz łzy na scenie – niczego więcej nie mogłam zapragnąć podczas tego wieczoru. Wówczas nie przeszkadzały nawet te niedociągnięcia, o których wspomniałam na samym początku. Nie sposób było skupić się na tym, że Florence faktycznie momentami nie radziła sobie wokalnie i sprytnie próbowała to zatuszować, kierując mikrofon w stronę publiczności. Dobra taktyka, jednak pomimo krzyczących i śpiewających fanów, dało się to w końcu wychwycić. Ale i wybaczyć. Całość zasługuje na to, aby postawić ogromnego plusa w muzycznym kalendarzyku oraz wspomnieć na sam koniec o tym, że powinno się doceniać taki przepływ energii pomiędzy artystą i publiką.
(Anna Kochanecka)

Florence z założenia miała być wielką gwiazdą festiwalu, ale tak naprawdę, gdyby nie artyści dnia pierwszego, ja nie zdecydowałabym się pojechać do Krakowa tylko i wyłącznie dla niej. Nawet nie wiecie, jaki popełniłabym wtedy błąd! Zawsze lubiłam sobie jej posłuchać, jednak nie jestem jej wielką fanką i chyba muszę to nieco zmienić. Może nie będę walczyć w przyszłości o barierki i nie wstąpię do fan clubu, ale nie pozwolę już na nią powiedzieć przy mnie złego słowa. Nie będzie to kłamstwo, jeżeli powiem, że właśnie tam, na Coke Live Music Festivalu odbył się najlepszy koncert tego roku, jaki miał miejsce w naszym kraju. Siła jej głosu wdziera się do serca i zaczyna krążyć wraz z krwią w żyłach. Przed tym czarem nie da się uciec. I wiecie, co jeszcze jest cudowne? Że jej reakcja na to, co działo się pod sceną, nie była ani w jednym calu wyreżyserowana – miałam wrażenie, stojąc przez moment te kilka metrów od niej, że jest tak wzruszona, że się zaraz popłacze. Tutaj słowa: Kochamy Was, Polska! zabrzmiały tak prawdziwie, jak jeszcze nigdy wcześniej.
(Karolina Lewandowska)

Florence and the Machine – to właśnie nazwa zespołu Florence Welch widniała na samej górze plakatów promujących tegoroczny Coke Live Music Festival. To właśnie specjalnie dla niej przyjechało do Krakowa najwięcej fanów, sprawiając, że bilety na drugi dzień festiwalu zostały wyprzedane i to właśnie w niej pokładane były największe nadzieje. Apetyt na koncert Florence był tym większy, ponieważ był to jedyny festiwalowy występ wokalistki tego lata. Bez wątpienia można powiedzieć, że rudowłosa artystka spełniła oczekiwania fanów z nawiązką. Oglądanie tak pięknych i dopracowanych koncertów to prawdziwa poezja. Z przyjemnością mogę powiedzieć, że było to coś, czego dawno moje oczy nie widziały, a występ Florence z zespołem uplasował się w ścisłej czołówce dziesiątki najlepszych koncertów, na jakich byłam w życiu. Fani również nie zawiedli swojej idolki. Od rana na ulicach, w galerii czy na rynku z daleka było widać, kto tego dnia przyjechał do Krakowa specjalnie dla niej. Wszystko to za sprawą wianków, które zdobiły głowy ludzi. Z kwiatów prawdziwych, sztucznych, mniejszych i tych większych – to nie miało znaczenia, ważne, żeby było ich jak najwięcej. Kwiatowe wiązanki stanowiły bowiem element jednej z dwóch akcji koncertowych. Podczas utworu Rabbit Heart wszystkie powędrowały w górę, wprawiając Florence w niemałe osłupienie. Artystka w mgnieniu oka znalazła się wśród publiczności, a na scenę wróciła z pokaźnym pękiem wianków, którymi obdarowała wszystkich członków zespołu. Jednak na tym nie koniec niespodzianek. Zespół został zaskoczony po raz drugi, tym razem na The Water Gave Me. W górę powędrowały kartki z napisami, które były odpowiedzią na wiszący przy barierkach baner z napisem: What Florence and the Machine gave me. Tak miłe przyjęcie zaskoczyło chyba samą artystkę, która kokieteryjnie mówiła, że mimo tego, że w Polsce była do tej pory tylko raz, doskonale pamięta swój koncert w Warszawie właśnie za sprawą niesamowitej publiczności. Nad sceną główną roztoczyła się niesamowita, magiczna aura. Brokat, który tego wieczoru sypał się ze sceny, można liczyć w kilogramach, a do szczęścia brakowało mi chyba tylko utworu Never Let Me Go, którego niestety zabrakło w setliście.
(Izabela Auguścińska)

Koncert Florence and the Machine był właściwie jedynym, na który chciałam pojechać w ramach tegorocznego Coke’a. Mimo różnych głosów na temat występów Florence na żywo, i tak nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu zobaczę ją na scenie. Rzeczywistość okazała się być o wiele lepsza od moich oczekiwań. Warto było czekać pod sceną cztery godziny w ścisku, gorącu i hałasie. Kiedy w końcu pojawiła się na scenie, tłum dosłownie oszalał, a ja razem z nim. Na samym początku Florence wydawała się być zawstydzona. Pojawiła się, lekko ukłoniła i zaczęła od Only If for the Night. Dopiero potem, kiedy zobaczyła, jak reaguje na nią publiczność, zdecydowanie poczuła się bardziej swobodnie. Chociaż jej piosenki nie należą do typowo energetycznych, to od niej samej biła ogromna energia. Sposób w jaki skakała po scenie i uśmiechała się do publiczności był zarażający i na swój sposób uroczy. Widać było, że zaskoczyły ją kartki i wianki przygotowane przez polskich fanów. Florence zdecydowanie ucieszył worek brokatu, bo nie tylko ona, ale cały jej zespół błyszczał – dokładnie tak, jak we fragmencie jej piosenki: we are shinning. Dużo było momentów, kiedy to publiczność śpiewała, ale trudno się dziwić, skoro polscy fani przygotowali się tak dobrze. W drugiej połowie koncertu natomiast, to Florence pokazała swoje ogromne zdolności wokalne. Przez cały czas utrzymywała kontakt z tłumem, to podając nam mikrofon, to skacząc z nami. To było najszybsze półtorej godziny w moim życiu i już nie mogę się doczekać, kiedy po raz kolejny Florence zawita do Polski, a będę trzymać ją za słowo, bo obiecała, że wróci niedługo.
(Emilia Harabień)

Katy B

Koncert Katy B był znakomitą kontynuacją imprezy po wcześniejszym szaleństwie z Florence and the Machine. Zaraz po zakończeniu wielkiego show na dużej scenie festiwalu, fani szybko podążyli w stronę namiotu, gdzie rozgrzała się już Katy. To spotkanie wodziło za nos mocnym elektronicznym brzmieniem każdego, kto znalazł się wtedy w namiocie czy też przed z powodu braku miejsca wewnątrz. Wokalistka szybko złapała rewelacyjny kontakt ze swoją publicznością i zachęciła wielu swoich fanów do wspólnej zabawy w rytmie utworów z jej debiutanckiego krążka pt. On a Mission. Utwory Katy on a Mission, Perfect Stranger i Broken Record wywołały ogromną radość wśród zgromadzonych. Pomimo późnej godziny i sporego zmęczenia, tłum momentalnie uniósł się ku górze, skacząc, tańcząc i machając głowami na wszystkie strony. Nie zabrakło niczego, co powinna zawierać dobra impreza taneczna. Katy również w roli wodzireja sprawdziła się wyśmienicie i komentarze na temat jej formy, co prawda fizycznej, nie pokrywają się z faktycznym stanem rzeczy – Katy jest w rewelacyjnej muzycznej formie!
(Anna Kochanecka)

Po magicznym i pełnym uroku koncercie Florence Welch, na Cracow Stage mieliśmy okazję przenieść się do zupełnie innego świata. Sceną namiotową zawładnęła bowiem młoda wokalistka z Londynu, Katy B, rozkręcając tam niezłą imprezę. Publiczności nie trzeba było specjalnie zachęcać do szaleństwa, gołym okiem widać było, że ludzie wręcz spragnieni byli mocniejszych taneczno-elektronicznych brzmień, których na tej edycji festiwalu próżno było szukać. Tłum żywo reagował na kolejne piosenki, a sama Katy również zdawała się rozkręcać z numeru na numer. W miejscu, w którym stałam, zabawa rozkręciła się do tego stopnia, że zupełnie obcy ludzie zaczynali ze sobą skakać, tańczyć i po prostu cieszyć się chwilą. Katy przyznała również, że ma duży sentyment do Polski, ponieważ to właśnie tutaj odbył się jej pierwszy koncert poza granicami Wielkiej Brytanii. Do Krakowa wokalistka przyjechała przed wydaniem swojego nowego albumu, jednak nie zabrakło nowości w postaci chociażby singla What Love Is Made Of. Tego wieczoru na Cracow Stage było wszystko to, co powinno składać się na udaną imprezę z prawdziwego zdarzenia – dobra muzyka, dziki taniec i uśmiechnięci ludzie. Kto po koncercie Florence udał się w stronę wyjścia, zdecydowanie ma czego żałować.
(Izabela Auguścińska)

Wu-Tang Clan

Pomimo że ich koncert z powodów kłopotów z transportem został przesunięty z godziny 21:00 na godzinę 1:00, pod sceną zdecydowało się zostać sporo osób. Trudno się zresztą dziwić, mowa tutaj przecież o światowej czołówce hip-hopu. Zadziwiające, jak w mgnieniu oka publiczność z pląsających w wiankach niewiast zmieniła się w przyodzianych w szerokie bluzy ludzi z logiem nowojorskiej grupy. Wracając z koncertu Katy B, szybko zostałam zwabiona pod główną scenę ciężkimi, zadziornymi bitami. Zabawa okazała się na tyle dobra, że zabawiłam tam na dłużej. Zresztą, nie sposób by było inaczej, gdy ma się przed sobą prawdziwą legendę. Wu-Tang Clan wystąpili w oryginalnym składzie. Kontakt Method Mana oraz pozostałych członków grupy z fanami wypadł bezbłędnie. Publiczność żywo reagowała na kolejne kawałki, a doskonałe porozumienie i dialogi prowadzone między członkami składu na scenie zdawały się tylko tę reakcję potęgować. Przyznam, że na co dzień takie brzmienia są mi obce, jednak potrafię docenić dobrą muzykę, a taki właśnie był ten koncert – przepełniony dobrym brzmieniem.
(Izabela Auguścińska)

Nie ma więcej wpisów