Ze wszystkich występów, jakie widzieliśmy podczas H&M Loves Music nieopodal POP-UP STORE to właśnie koncert Meli Koteluk zapisze się w pamięci festiwalowiczów jako najbardziej poruszający pod względem warstwy tekstowej. Relatywnie młody projekt solowy wokalistki, która zabłysnęła już swoim głosem w chórkach m.in. legendarnej grupy Scorpions czy Gaby Kulki, to rozmarzony pop-rock opatrzony bardzo wnikliwymi spostrzeżeniami na temat natury życia emocjonalnego przeciętnego człowieka w naszych czasach.

Zanim jednak nadeszło danie główne wieczoru, na mniejszej scenie zaprezentowała się wokalnie Kasia Katee Bartczak, która, mimo że znana jest obecnie z rockowego duetu Little White Lies, to ma za sobą wieloletni staż działania na scenie drum’n’bassowej. Jej liveacty grane wspólnie z Radicallem porywały do tańca całe kluby i nie inaczej było na sopockiej plaży. Głęboki, pełen uczucia głos Katee dopełniał roztrzepotane rytmy lekkiego drum’n’bassu, podczas gdy plaża powoli zapełniała się melomanami.

Melę Koteluk miałem przyjemność zobaczyć w zeszłym roku na festiwalowym koncercie i wtedy jej muzyka oraz urocza osobowość wydawały się jakby jeszcze niepewne. Wczorajszy koncert zupełnie zaprzeczył tamtemu wrażeniu – od momentu wejścia na scenę widać było jak na dłoni, że mamy do czynienia ze wspaniale zgranym zespołem, a i sama Mela wiedziała dokładnie jaki efekt chce osiągnąć. Po krótkim instrumentalnym intro usłyszeliśmy pierwsze takty hitu Spadochron, na co publiczność oczywiście zareagowała od razu żywiołowym tańcem i popisała się znajomością znakomitego tekstu. Jak zapowiedziała sama wokalistka, większość materiału zagranego na koncercie pochodziło z jej debiutanckiej płyty o tym samym tytule, ale w listę utworów sprytni wplecione zostały dwie premierowe kompozycje. Nastrojowy To trop najwyraźniej trafił w gusta słuchaczy, bo nagrodzili oni wykonanie utworu gromkimi brawami i okrzykami. Z kolei gdy wykrzyknęła przed kolejnym numerem: Wielkie nieba!, to wszyscy zaczęli się bezwiednie rozglądać. Okazuje się, że to tytuł drugiego nowego utworu, który ma promować drugą płytę Meli. Genialny tekst i pokazująca pazury aranżacja zabrzmiały wręcz znakomicie.

Potrząsająca burzą jasnych loków wokalistka nie była może gadatliwa, ale dzięki krótkim wprowadzeniom do każdego utworu i promieniującej z niej skromności bardzo szybko zjednała sobie ona cały zgromadzony pod sceną tłum. Nieliczni słuchacze, którzy nie zmieścili się w obrębie wyznaczonego na koncert kawałka plaży, byli nawet na tyle zdesperowani, żeby znaleźć się bliżej sceny, że próbowali przechodzić pod jej spodem. W końcu nadszedł magiczny moment, w którym gitarzysta Serek złapał za ukulele i wybrzmiały pierwsze dźwięki melancholijnego Stale płynne, w czasie którego poniesiona emocjami Mela śpiewała z zamkniętymi oczami, a otworzyła je dopiero, gdy poczuła niesione wiatrem bańki mydlane, które podczas tego utworu publiczność zaczęła produkować z wydajnością małej fabryki. Na fali tego nastroju zespół zagrał świetny cover utworu What Else Is There? norweskiej grupy Röyksopp. Wtedy wiadomo już było, że nadszedł czas przebojów.

Usłyszeliśmy ozdobioną sprowadzającym ciarki na plecy refrenem Wolną, a chwilę później publiczność zakrzyknęła z radości, gdy tylko z warg wokalistki komunikującej się z grającym na klawiszach Miłoszem Wośko wyczytała słowa, na które czekała całą noc – Melodia ulotna. Należy tutaj wspomnieć o wspaniałym zespole, który na żywo nadaje muzyce Meli ten dodatkowy wymiar – obdarzona bardzo szeroką skalą głosu wokalistka Ola Chludek dośpiewywała przepiękne harmonie wokalne, których w piosenkach ze Spadochronu nie brakuje, Kornel Jasiński szył na przesterowanym basie, a Robert Rasz nadawał wszystkiemu rytm. Każdy ze wspomagających Melę muzyków miał zresztą szansę pokazać się w solówce w zamykającym koncert Nie zasypiaj, kiedy wokalistka skromnie przycupnęła na brzegu sceny i oddała hołd swojemu wsparciu. Kiedy zeszli ze sceny nikt nie spodziewał się, że wrócą, bo repertuar z płyty został właściwie wyczerpany.

Publiczność zgotowała jednak zespołowi taką owację, że po chwili konsultacji i zmianie ubrania na cieplejsze zaskoczeni muzycy powrócili na scenę i dali słuchaczom dokładnie to, czego oni chcieli. Zagrana z ikrą powtórka Melodii ulotnej znowu poderwała wszystkich do tańca, a następny w kolejności Spadochron został tym razem zagrany z akompaniamentem ukulele oraz, przede wszystkim, prawie w całości zaśpiewany przez fanów. Ta energia, która powstała między sceną a publiką utrzymywała się w powietrzu jeszcze długo po zakończeniu koncertu.

Nie ma więcej wpisów