Gdańskie tereny postoczniowe odżyły dzięki pierwszemu z trzech dni offowego festiwalu Soundrive. Stare pustostany zmieniły się klimatyczne tereny, które idealnie oddawały ducha całej imprezy. W myśl idei festiwalu: surowo i offowo, cały klub B90, jak i otaczające go stare żurawie stały się mocnym fundamentem piątkowego wieczoru, do którego można było już tylko dołożyć odrobinę muzyki, by otrzymać oczekiwany undergroundowy efekt.

Pierwszy dzień festiwalu rozpocząłem od fragmentu koncertu rock&rollowej grupy z Belgii. The Experimental Tropic Blues Band to grupa, której zdecydowanie nie można odmówić własnego stylu. Rozpoznawalni od pierwszych dźwięków, śmiało łączyli ducha typowej dla Elvisa muzyki z bardziej krzykliwym, a mniej melodyjnym wokalem, przez co miałem wrażenie nieco niepotrzebnego chaosu. Przez chwilę poczułem się bardziej jak na próbie niż na koncercie. Nie zraziłem się tym w żadnym stopniu, bo na ich występ wpadłem tylko na chwilę. Głównym celem było to, co miało się wydarzyć na scenie głównej, która znajdowała się tuż obok, co zdecydowanie usunęło potrzebę biegania na dalekie odległości, by posłuchać i zobaczyć swoich ulubieńców.

Zaskoczyła mnie pozytywnie punktualność każdego z występów. I tak już o 21:00 mogłem odlecieć na księżyc razem z The Soft Moon. Niestety, podczas ich występu złośliwość rzeczy martwych wzięła górę. Już po drugim utworze pojawiły się pewne problemy sprzętowe. Panowie jednak nie tracili zapału i pomimo drobnych kłopotów, zaczęli grać ponownie. Podczas tego występu miałem nieodparte wrażenie, że śpiewający Luis Vasquez zmanieryzował swój styl śpiewania, co przeszkodziło mi trochę w odbiorze ich występu. Nieco zmęczony i niepocieszony wyszedłem na zewnątrz, gdzie znajdowała się część gastronomiczna.

Genialnie zagospodarowana część przed klubem sprawdziła się idealnie podczas przerw między koncertami. Wiele palet, ławek, poduch do siedzenia, stolików i kanap sprawiły, że można było tam spokojnie odpocząć, coś zjeść czy wypić. Muzyczne doznania serwował DJ, który genialnie dobrał listę kawałków do tego wydarzenia. Dlatego przerwy w żaden sposób nie były czymś, przez co mógł dłużyć się czas, ponieważ i tam było bardzo przyjemnie.

Następnym koncertem był występ grupy The Family Rain na Soundrive Stage. Zawiodła mnie tam ciekawość, gdyż znałem kilka utworów chłopaków, więc chciałem się przekonać, jak poradzą sobie na żywo. Miałem zajść na chwilę, by potem powrócić pod główną scenę, jednak trójka braci skutecznie mnie zatrzymała. Dzięki temu koncertowi stałem się fanem tego zespołu i śmiało stwierdzam, że jest to grupa, która zasługuje na wielkie festiwalowe sceny, by grać dla tysięcy. Bardzo dobry wokal, charyzma i kontakt z publiką, jak i smaczne solówki były wizytówką grupy. Takie utwory jak Trust Me… I’m a Genius czy Pushing It zyskały nową jakość i skutecznie przyciągnęła słuchaczy podczas piątkowego występu. A zadanie to było o tyle trudne, gdyż na głównej scenie rozszalał się energiczny Turbowolf.

Udało mi się załapać na końcówkę występu Brytyjczyków i szczerze mówiąc, nie wiedziałem, co czuć – czy szczęście, że udało mi się posłuchać takiej perełki, jak The Family Rain, czy żal, że nie posłuchałem zbyt długo takiej petardy jak Turbowolf. Pod główną sceną skutecznie rozpętali szalone pogo i złapali rewelacyjny kontakt z publicznością, która wyczekiwała występu wystrzałowych Brytyjczyków. Lider grupy, Chris Georgiadis, był chyba najbardziej charakterystyczną postacią pierwszego dnia. Podarte spodnie, pstrokata koszula, nonszalancki wąs i potężny głos – to jego główne znaki rozpoznawcze. Na zakończenie zespół wykonał Let’s Die, czym rozpalili publiczność do czerwoności.

Pierwszy dzień gdańskiego festiwalu zakończyłem koncertem, na który czekałem cały piątek. Connan Mockasin miał być swoistą podróżą w inny świat jego muzyki. Trochę nie wiedziałem, czego się spodziewać, jednak czułem, że się nie zawiodę. I tak też było. Pięcioosobowa ekipa z Connanem na czele zaczęła swój występ od odwrócenia wiejącego wiatraka. Sprzęt ten przewijał się przez cały występ grupy i rozwiewał włosy członków zespołu, którzy chętnie podchodzili, aby odegrać przy nim solówki i czuć się jak legendarne gwiazdy rocka. Zespół wyspecjalizował się długich kompozycjach i takie też były tego wieczoru prezentowane. I całe szczęście, ponieważ każdy z utworów był odurzający środek, którego chciało się więcej z każdą nutą. Jakiekolwiek przerwy nie były wskazane. Wystarczyło popatrzeć przez chwilę na publiczność, w której wielu stało z zamkniętymi oczami, bujając się w takt magicznych melodii. Mogę śmiało powiedzieć, że ten występ był godnym zwieńczeniem pierwszego dnia, a cały dzień idealnym rozpoczęciem festiwalu Soundrive.

Nie ma więcej wpisów