Trzeci, ostatni dzień festiwalowego szaleństwa w klubie B90 potraktowałem trochę jako wieczór jednej gwiazdy. Od kiedy tylko dowiedziałem się, że iamamiwhoami zawita na gdańskiej scenie, czekałem niecierpliwie na ten dzień. Niedzielny rozkład porzucił konieczność wyborów pomiędzy koncertami na scenie głównej a scenie Soundrive, ponieważ główna gwiazda wieczoru przejęła całą wielką halę. Dlatego też postawiłem na przystawkę przed daniem głównym.

Koncert, którym zacząłem trzeci dzień festiwalu, był występem francuskiej rockowej kapeli Ulster Page. Zespół zaprezentował całkiem energetyczny materiał, pełen gitarowego grania. Bez zbędnych ceregieli pokazali nieco garażowe, czasem brudne brzmienia, które rozkręciły stojącą pod sceną publiczność. Pokazali swój najnowszy utwór, The Game, jak i rzucili się na wykonanie własnej wersji utworu Born to Be Wild, co moim zdaniem nieco ich przerosło. Ogólnie – wrażenia na mnie nie zrobili, jednak nie było źle. Poczułem się trochę jak na występie poprawnej kapeli rockowej, która niekoniecznie ma zadatki na wielką gwiazdę, jednak daje możliwość do skakania w rytm żywiołowych utworów. Wokalista nie tracił energii i zapału ani po tym jak, skacząc po scenie, wpadł na statyw od mikrofonu, ani wtedy gdy zaczął grać ostatnią solówkę na niepodłączonej gitarze. Za lekkie podejście i zaangażowanie w występ – plus ode mnie.

Po francuskiej kapeli wszyscy opuścili klub, ponieważ był to czas na próbę dla głównej gwiazdy całego festiwalu. Czekałem niecierpliwie na ponowne otwarcie bram postoczniowej hali z kilku powodów – głównie dlatego, że iamamiwhoami to jeden z projektów, w których zakochałem się bez pamięci niemal od pierwszych utworów. Ponadto, miałem okazję obejrzeć Skandynawów podczas ich występu w ramach warszawskiego FreeFormFestivalu, gdzie nie zawiodłem się ani trochę, a czułem niedosyt, który chciałem zaspokoić podczas gdańskiego występu.

I zaczęło się! Bramy otwarto, więc ludzie zbiegli się jak najszybciej pod scenę. Pomimo tego, że nie było tłumów, to wielu chciało być jak najbliżej sceny, by być w samym centrum wydarzeń. I ja zrobiłem to samo. Występ rozpoczął się z około dziesięciominutowym opóźnieniem. Na scenie pojawili się artyści, a wraz z nimi najbardziej rozpoznawalna postać tego projektu – Jonna Lee. Ubrana w obcisły czarny strój, który eksponował jej zgrabną figurę, wyszła przed ogromny podświetlony sześcian znajdujący się na scenie i zaczęła śpiewać. Na początek rozbrzmiała zwolniona, skrócona i wokalnie ozdobiona wersja o. Zaraz później muzyka nabrała szybszego tempa, by rozruszać słuchaczy. Ogromna dawka energetycznej, elektronicznej siły wypełniła stare mury klubu, a specyficzny głos Jonny przeszywał uszy. Należą jej się wielkie brawa za to, że pomimo własnej choreografii, nie traciła na czystych dźwiękach i płynnym śpiewie. Urzekające były zdecydowanie te najdelikatniejsze ruchy, którymi uzupełniała swoje tańce. Sprawy tak banalne jak obrót dłoni w rytm bitów czy wszelka mimika twarzy stały się miłym dodatkiem do całego widowiska. Oprócz szalonych kompozycji, pojawiły się także te spokojniejsze, jak choćby rascal. Moim faworytem było wykonanie utworu play, a to z bardzo prostej przyczyny – jest to po prostu mój ulubiony utwór Szwedów. Sprawdza się nie tylko w głośnikach czy na słuchawkach, ale i podczas występów na żywo. Nie obyło się także bez nieodzownych elementów, takich jak włochate futro zdarte prosto ze stworzeń, które towarzyszą wokalistce w teledyskach. Widać było, że radość z występu czerpali zarówno słuchacze, jak i artyści. Jonna kilkukrotnie składała palce na kształt serca, wyszła też do publiczności, aby się z nimi przywitać, jak i otrzymać srebrną koronę od jednej z fanek. Jedyne, co można zarzucić, to fakt, że koncert był nieco za krótki. Godzinny występ nie dał się przedłużyć klaskaniem publiczności – artyści wyszli na scenę, aby ponownie się ukłonić, jednak bisu nie było. Osobiście żałuję także, że nie zagościły tego wieczoru takie utwory jak sever i kill.

Podsumowując, Soundrive Fest to wydarzenie młode, które mam nadzieję, że na stałe zagości w festiwalowym kalendarzu i z roku na rok będzie przyciągało coraz większą liczbę osób coraz lepszym line-upem. Chociaż z drugiej strony – podobało mi się to, że nie było tłumów. Dzięki temu nie było niekończących się kolejek przy budkach z jedzeniem i napojami, ani tłoku w toaletach i braku miejsca na koncertach. Czuć było ciepłą czy wręcz rodzinną atmosferę, gdy wszyscy słuchacze, jak i gwiazdy spędzały razem czas na koncertach i na zewnątrz. Na wielkie podziękowania zasługuje także praca akustyków, jak i organizacja całego wydarzenia. Większość koncertów rozpoczynała się punktualnie, toalety były cały czas czyszczone, trzeciego dnia zamontowano wiatraki, które chłodziły w parne dni. Nie wiem, czy było coś, na co można byłoby narzekać. Jedyną wadą mogła być możliwość zakupu tylko trzydniowych karnetów, jednak uważam, że ich cena była była przystępna, a w przedsprzedaży nawet bardzo niska, a same karnety dały możliwość poznania wielu zespołów i poszerzenia własnej playlisty, z czego i ja skorzystałem. Nie pozostaje mi nic innego, jak trzymać kciuki za następną edycję, bo moim zdaniem druga była bardzo udana.

Nie ma więcej wpisów