W związku z pojawieniem się pierwszej płyty The Shouting Matches miałem pewne obawy co do dalszej kondycji Justina Vernona. Nie dlatego, żeby album osadzony w klimatach bluesowych nie okazał się przyjemnym spędzeniem kilkudziesięciu minut. Pokazywał, że odtwarzanie przez Vernona dobrze znanych fragmentów muzycznej historii wychodzi mu dobrze. Gorzej było jednak z samym zaspokojeniem myśli, że należałoby się po nim spodziewać czegoś więcej aniżeli wpasowania się w środowisko bez odpowiedniego, swobodnego poszerzenia dźwięków o własne interpretacje.

Grownass Man było więc solidne w kwestii swojego gatunku, ale dalej tylko poprawne jak na album, który wyszedł spod rąk lidera Bon Iver. To nie tak, że wymagam od Vernona kompozycyjnego geniuszu w każdej sytuacji. Tam jednak, podobnie jak na debiutanckim krążku Volcano Choir, Unmap, brakowało pierwiastka, który ujmuje niczym samo Skinny Love. Na szczęście Repave jest dalece różne od poprzedniego albumu, a tym samym staje się jednym z ciekawszych osiągnięć muzyka i jego świty.

Choć swymi akustycznymi echami gitary i głosu znanego z pieśni Bon Iver Tiderays wydaje się być niczym innym jak powtórką z rozrywki, kolejne siedem utworów jest przeciwieństwem szkicu, który zespół rozrysował cztery lata temu. Dawna szorstkość i brak ciśnienia do tworzenia melodyjnych tworów zmieniły się tu w eksplozję wpadających w ucho kompozycji. Te, jak zwykle, budują napięcie, ale na wzór popowy – odznaczają się wyrazistością refrenów, które stają się bardziej chóralne (Acetate, Dancepack), proste i mniej depresyjne niż przy Bon Iver. Co nie świadczy o braku emocji tych utworów czy o braku złożonej konstrukcji.

Całość jest jednak bardziej konkretna w słowach oraz muzyce niż Unmap, a nakładając na siebie warstwy dźwięku, pozbywa się minimalizmu, który czynił z zespołu mniej nośnego klona starszego projektu Vernona. Wreszcie wyciąga na światło dzienne pokłady taneczności, a jednocześnie dalej zostaje odległa od błahej rozrywki. Przykładem jest tu Keel pełen niespokojnych, wirujących dźwięków strun, pięknego dodatku w postaci wszędobylskich, wolno wybrzmiewających pojedynczych uderzeń klawiszy. I z urzekającym, rozstrojonym emocjami do granic głosem głównodowodzącego.

Takich momentów nie było na poprzednim krążku, co pokazuje, jak bardzo odległe są to od siebie produkcje – albumy, które mogą również zostać odebrane w zupełnie przeciwny sposób. Nie wszystkim przecież spodoba się kurs szerokich wód widocznych na okładce, jakie obrał zespół. Nie każdy po wysłuchaniu tegorocznego wydawnictwa sięgnie z zapałem ponownie po poprzednie. Ale może nie ma sensu sprzeczać się o decyzje, bo Repave to przede wszystkim forma. Ta może nie wynosi grupy na wyżyny chwytania za serce niczym Bon Iver, ale sprawia, że Volcano Choir staje się godnym pretendentem w walce o palmę pierwszeństwa w kwestii projektów artysty z Winconsin.

Nie ma więcej wpisów