Wszyscy ci, którzy parają się muzycznymi nowinkami, niezależnie od swoich statusów – krytyków muzycznych, dziennikarzy amatorów czy po prostu ludzi, którzy uwielbiają szukać i drążyć w muzyce – po pewnym czasie uświadamiają sobie, jak kiepsko na tym wychodzą.

Kryzys finansowy, który rzekomo opanował połowę globu, można też znaleźć właśnie tu, w sferze niemalże duchowej, bo muzycznej. A ten dopada – na różnych etapach działalności – niczym depresyjne myśli. I ciągnie się równie długo, choć zwalczanie go pochłanianiem kolejnej tabliczki czekolady nie daje upragnionych efektów powrotu do pisarskiej (rzemieślniczej wręcz) formy i możliwości dogłębnej oceny kolejnego przesłuchanego albumu.

Ogarnianie muzycznego showbiznesu nie jest łatwe. Po zapoznaniu się z setkami muzycznych twórców i kolejnym odkrywaniem muzyków, których zapisujemy sobie w zakładkach jako must hear before you die, przychodzi refleksja, że to wszystko na nic. To jest tak, że nawet gdybyśmy bardzo chcieli, nigdy nie zdołamy zobaczyć wszystkiego co warte ujrzenia, nie dowiemy się tego, czego szukaliśmy, nie przesłuchamy wszystkich odpowiednich artystów, których moglibyśmy znać. Dlatego tym trudniej jest zabierać się za kolejne nowości, gdy tkwi się w beznadziei myśli, że każdy kolejna pozycja w muzycznej bibliotece to poważne możliwości do poznania czterech jej podobnych.

typowy obraz tzw. muzycznego krytyka

Oczywiście mniejszy kłopot jest wtedy, gdy ktoś zostaje słuchaczem poszczególnych utworów, które gdzieś tam przewiną się przez stacje radiowe czy telewizyjne. Gorzej, gdy muzyczne horyzonty i aspiracje wychodzą poza jeden gatunek muzyki. A to bardzo możliwe, zważywszy też na fakt eksperymentów poszczególnych twórców, którzy już dawno chyba zatarli znaczenie pojęcia gatunku muzycznego. Artysta niegdyś rockowy nagle staje się popularyzatorem muzyki elektronicznej? Raper zaczyna sięgać po gitarę i uderzać w tony rock’n’rollowe? Folk i soul to teraz muzyka bazująca na dobrze sprzedającym się popie? Pewnie, czemu nie? A skoro poszczególne elementy zdają się działać w jednym przypadku, to może jako odrębne gatunki będą niemniej ciekawe?

I tu specyfika bycia na bieżąco z muzyką staje się coraz trudniejsza. Próbując zbadać temat stylu bardziej niż powierzchownie, należy zagłębić się w historię. Sięgając więc po najnowsze wydawnictwa, należy zanurzyć się w odmęty klasyki gatunku, aby zobaczyć połączenia, nawiązania, wskazać różnicę. To z kolei wiąże się z nowymi nazwiskami twórców i ich (niejednokrotnie) olbrzymimi dyskografiami. Bo przecież jako prawdziwy znawca nie możesz się obyć bez przesłuchania wszystkich dziesięciu. Przegapienie którejś z pozycji może wiązać się z nieznajomością teoretycznie najbardziej ukochanego przez ciebie dzieła. Wypada więc nadrobić te zaległości, nawet jeśli wszystkiego miałbyś słuchać do porzygu. Zrobisz to, aby czuć się choć trochę bardziej przystosowany w zblazowanych konwersacjach nad wyższością albumu X i spadkiem formy trzy lata później, który związany był przecież z paskudnym nałogiem samego artysty. Tu przechodzimy do następnej kwestii poznawania muzyki – znajomości pewnych wydarzeń z życia wokalistów. Choć jasne jest, że niezbyt tyczy się to nowo powstałych gwiazdek, których jedynym ważnym wydarzeniem była nowa kreacja na pokazie filmu czy umieszczenie singla jako tematu muzycznego przerywnika programów stacji telewizyjnych.

I tak z każdym kolejnym artystą przychodzi jego dyskografia, w tym płyty, które wyda w przyszłości. A nawet jeśli zdarzy się wtedy kilka wpadek, to z reguły nie uda nam się tak łatwo skreślić ich z listy naszych zainteresowań. Jeden kiepski album i dwa spieprzone single to jeszcze nie powód, aby nie wierzyć, że za dwa lata nie nastąpi regeneracja sił artysty, prawda? Można więc być pewnym, że w końcu i tak przesłuchamy kolejne multiplatynowe wydawnictwo, aby potwierdzić nasze lęki i obawy co do totalnego upadku lub stwierdzić, że nie jest źle, a w tym wypadku przyszłe lata mogą przynieść coś ciekawego. Bo czasem po prostu nie da się nie pozostać niewolnikiem sentymentu, złudnych nadziei…

"Nie znasz się, bo słuchasz Britney."

Wydaje ci się, że wiesz nieco o latach minionych i poznałeś nowsze wydawnictwa. Do tego w miarę opanowałeś kolejne znaleziska, które jakimś cudem ukryły się w miejscach niedostępnych dla medialnego szumu. Okej, ale to jeszcze nie koniec, bo przy odpowiedniej ilości wchłoniętego kontentu czas zabrać się za analizę kolejnych albumów. I tu problemy narastają, bo pewnie nie będziesz pierwszym, który opublikuje swoje słowa na temat płyty. Nie będziesz też pewnie najbardziej poczytnym recenzentem, a zauważone aspekty krążka będą zdawały się dla innych wtórne, jakby zerżnięte z bardziej poczytnych pitchforków i screenagersów. Zawsze istnieje kwestia wypracowania sobie chwytliwego autorskiego flow, ale dzięki filozoficznym wywodom i nowoczesnej recenzenckiej poezji równie dobrze możesz skończyć brutalnym upadkiem na por… pysk.  No, ale ileż można pisać ciągle nowych, świeżych, odkrywczych słów na temat kilkudziesięciu czy kilkunastu albumów, jakie zdołamy w jednym roku poznać?

Najgorzej, kiedy zacznie się prawdziwe piekło, czyli zwiększona ilość czytelników twych wypocin. Wtedy każde niezbyt dobrze wyważone słowo, przekombinowane tak, że brzmi niezgrabnie (choć w zamyśle było prawdziwą perłą), staje się orężem w ich ręku. Głupie hasło, które mówi, że o gustach się nie dyskutuje nie pozostawia jednak złudzeń – gusta są różne i ataki oraz psioczenie na styl recenzji, jej treść, wnioski, a nawet twarz autora i fakt tego, że wymiotował pod sceną w czasie jednego z koncertów, będą normą.

Niby nic takiego, hejt zdarza się wszędzie i na co dzień. Lecz pośród tej części plebsu, której największym przebojem ostatnich pięciu dekad – obok We Are the Champions, rzecz jasna – będzie Blurred Lines i Get Lucky, zawsze będzie ktoś, kto sprawi, że po twarzy spłynie łza, zamkniesz przeglądarkę i udasz się na wielogodzinne rozmyślania nad swoim życiem. Czyli dotknie cię sytuacja znana podmiotom lirycznym w piosenkach Kasi Kowalskiej.

To jednak tylko kolejny bodziec (obok funduszy wydawanych na dobre płyty), który może przepełnić czarę goryczy. Powtarzalność wielu kompozycyjnych patentów, niemal identycznie brzmiące hybrydy zespołów, efemeryczne trendy, które należy znać – w końcu tępią zmysł. W zalewie wszystkich nowości, doszukiwaniu się nawiązań i podobieństw coraz trudniej będzie wyłapać jednoznaczną szmirę i coś całkiem ciekawego. To doprowadzi do stanu, kiedy albo można zanegować następujące muzyczne porcje nowości – oskarżając je o miałkość, schematyczność, nudę – albo zastanawiać się, czy aby na pewno nominacje do nagród MTV są rzeczywiście najmniej znaczącym wydarzeniem w kwestii dobrego gustu i wagi swojego odznaczenia.

autor tekstu

Wahania nastrojów pojawiające się przy kolejnych odsłuchach płyt, które każą ci zrobić sobie wolne od wszelkiego rodzaju dźwięków, staną się odurzające, odrzucą, dadzą poczucie wypalenia. Ale czy tak naprawdę można tego uniknąć całkowicie? Przecież po kilkunastu dniach, gdy odpoczynek przyniosą zupełnie inne zajęcia, znowu będzie trzeba zasiąść, otworzyć edytor tekstu i podzielić się refleksjami, które zrodziły się w tym czasie.

Nie próbuj więc zostać tzw. krytykiem muzycznym, nie próbuj mówić, że wiesz, o co w tym wszystkim chodzi. A jeśli już chcesz, przygotuj się na najgorsze. Wiedza na pewne zagadnienia zawsze się przydaje, ale zbyt duża znajomość danej przestrzeni może skończyć się przedawkowaniem. Bo w końcu ten, kto zna się na wszystkim, nic tak naprawdę nie wie…

Nie ma więcej wpisów