Paulina Przybysz to artystka o wielu muzycznych twarzach. Większość kojarzy ją z pewnością z projektu Sistars, a bardziej zagorzali fani znają jej projekt Pinnawela. 18 czerwca ukazał się solowy album kolejnego projektu Pauliny Przybysz. Rita Pax to zabawa dźwiękami, spora dawka różnorodnych instrumentów, począwszy od wiolonczeli, poprzez zabawki, szklanki, a skończywszy na długopisach i innych przedmiotach codziennego użytku. W rozmowie zdradziła nam powody swojej muzycznej schizofrenii, sposoby na poszukiwanie nowych brzmień i powody nieudanej próby reaktywacji zespołu Sistars.

musicis.pl: Notatniki, piosenki, proces ich powstawania. Jak to wygląda w Twoim przypadku?

Paulina Przybysz: Ostatnio kupiłam taki cieniutki notatnik i zaczęłam od pewnego czasu pisać w nim teksty piosenek. Zdecydowanie wolę właśnie taką formę pisania słów. W pewnym momencie przeskakiwanie z okna OpenOffice’a na okno Cubase’a w komputerze robi się irytujące, w związku z tym zaczęłam zapisywać nowe piosenki w kajeciku.

musicis.pl: W przypadku piosenek na płytę projektu Rita Pax było podobnie?

Paulina Przybysz: Generalnie, siedziałam sobie w salonie przy pianinie i pisałam piosenki. Ale może zacznę od tego, dlaczego w końcu udało mi się usiąść przy tym pianinie… Jak ma się dzieci, to nigdy nie jest się samemu w domu. Więc gdy moje wtedy jeszcze jedyne dziecko w pewnym momencie poszło do przedszkola, to odczułam drastyczną zmianę. Wtedy odkryłam, że bez problemu mogę skupić się na tworzeniu nowych utworów. Później zaczęłam odkrywać nowe instrumenty, np. odgrzebałam w sobie umiejętność grania na wiolonczeli – co prawda, nie jest to doskonałe, bo nie grałam przez wiele lat, gdyż po szkole nie miałam własnego instrumentu, ale kompozycyjnie otworzyło mi to wiele klapek artykulacyjnych. Musisz wiedzieć, że nawet posiadając masę super-profesjonalnych programów do tworzenia muzyki, nigdy nie jesteś w stanie w 100% zaspokoić swojej potrzeby artykulacyjnej na dane brzmienie tak, jak zagrawszy na instrumencie palcami. No chyba, że jesteś osobą, która całe życie dla przykładu programuje smyczki dla Björk i twoją główną pasją jest rozgryzanie tego, jak zrobić legato w midi wiolonczeli. Wracając do płyty, to z całą pewnością ostateczny charakter tych numerów był ugruntowany składem, który tworzy Ritę Pax. Paweł Zalewski, Piotr Zalewski, Remek Zawadzki, Kasia Piszek – to są postaci, których wrażliwość i podejście do grania zadziwiająco idealnie wkleiły się w moje kompozycje. Są mocnymi współtwórcami tego albumu.

musicis.pl: W wielu wywiadach dotyczących albumu Rita Pax pojawiają się stwierdzenia vintage i analogowe brzmienie. Sentyment do zamierzchłych czasów?

Paulina Przybysz: Trochę tak, aczkolwiek, o dziwo, jestem już tym pokoleniem, na tyle młodym, że do słuchania The Beatles czy Hendrixa potrzebowałam sporo czasu. W dzieciństwie dopadła mnie Mariah Carey (śmiech). Całe szczęście dopadła mnie także Ella Fitzgerald, Donny Hathaway czy Mahalia Jackson. Aczkolwiek zespołem, który zachęcił mnie do sięgania po vintage’owy rock, był Black Keys, a to przecież współczesny zespół. Spodobało mi się w ich brzmieniu to, że pomimo iż są analogowi, to te płyty nie brzmią jak paździerz – ulubione określenie mojej siostry na brzmienie vintage (śmiech). Na ten moment czuję, że jeżeli możemy brzmieć współcześnie, wykorzystując współczesną technologię dla oddania pełni brzmienia i grać na starych instrumentach, których to pełnię chcemy przecież jak najwierniej przekazać, to należy to robić. Zdecydowanie nie należy zmuszać się do paździerzu tylko po to, żeby brzmiało wiernie, jak kiedyś. Te stare mikrofony są po prostu czasami już w złym stanie. Ale są oczywiście zakonserwowane egzemplarze warte grzechu.

musicis.pl: Jak ta cała gama instrumentów sprawdza się koncertowo?

Paulina Przybysz: Koncertowo ten album jest dla mnie wyzwaniem. Jestem otoczona całą masą sprzętu i stale muszę zmieniać swoją pozycję. Zawsze brałam udział w koncertach jako frontman, wokalistka, konferansjer, a tymczasem muszę być bardzo skupiona i ogarniać całe to osprzętowanie wokół mnie. Reszta ekipy też ma dużo przesiadek – bracia z gitar na altówki, Remek z bębnów na wibrafon i tak dalej, ale to wywołuje ten fajny element koncentracji, który sprawia, że koncert mija jak fajny film, nie ma czasu na myślenie o głupotach.

musicis.pl: Ciekawi mnie, dlaczego zdecydowałaś się stworzyć zupełnie nowy projekt, a nie kontynuować tych, które jakiś czas temu powołałaś do życia?

Paulina Przybysz: Przyznam Ci się do czegoś… Mam poważny problem z doczytaniem książki. Bardzo lubię wejść do księgarni i długo wybierać tę właściwą, później się w niej zaczytać, ale w pewnym momencie zajmuję się czymś zupełnie innym, możliwe, że ciekawszym i już nie potrafię do niej wrócić. Myślę, że z projektami muzycznymi może być bardzo podobnie. Jest szansa, że pomiędzy tymi dwoma zjawiskami istnieje pewna analogia.

musicis.pl: Muzyczna schizofrenia?

Paulina Przybysz: Można tak to nazwać, aczkolwiek do momentu, kiedy sama ze sobą dobrze się czuję i fajnie się przy tym bawię, to uważam, że w tych wszystkich projektach zachowuję siebie. Podobnie jak w aktorstwie – są aktorzy jak Meg Ryan, która zawsze będzie poczochraną blondynką, ale są też tacy, którzy zmieniają swoje oblicze w zależności od granej roli.

musicis.pl: Nie uważasz, że taki zabieg może zdezorientować Twoich fanów?

Paulina Przybysz: Ja bym się zaczęła martwić, gdyby moi fani zaczęli podejrzewać, że za wszelką cenę chcę im się przypodobać. Nie mogłabym do procesu twórczego podchodzić jak do tworzenia produktu i wyznaczać sobie np. profil odbiorcy mojej muzyki. W pewnym momencie tworzysz muzykę do windy.

musicis.pl: Jak nie do windy to w jakim otoczeniu najlepiej brzmi album Rity Pax?

Paulina Przybysz: Ostatnio słucham dużo muzyki podczas biegania i sprawdziłam, że Rity Pax także dobrze słucha się w biegu. Nie jest długa, więc możesz sobie zaplanować swój dystans na płytę w tę i w tamtą stronę.

musicis.pl: Patrzysz na wcześniejsze projekty z sentymentem?

Paulina Przybysz: Teraz, z perspektywy czasu, jak myślę o projekcie Pinnawela, to bardzo lubię te piosenki i uważam, że niektóre z nich są wciąż dla mnie aktualne. Na części z nich trenowałam różne techniki – mogę śmiało powiedzieć, że był to dla mnie pewnego rodzaju warsztatowy etap mojej twórczości. Nabyłam wtedy wiele producenckich i kompozytorskich umiejętności. To był dla mnie bardzo rozwijający okres.

musicis.pl: Czyli chcesz powiedzieć, że przez ten cały czas poszukujesz swojego brzmienia?

Paulina Przybysz: Nie do końca mogę się z tym zgodzić. To nie tak, że to, co do tej pory nagrałam, to nie jest moje brzmienie. Różnią się tak samo, jak ja się zmieniłam na przestrzeni tych kilku lat. Weźmy na przykład mój okres w Sistars – to jest dla mnie takie dzieciństwo. Teraz jak słucham płyty Siła sióstr, to pokładam się ze śmiechu – w szczególności, gdy rapuję i jestem agresywną wiewiórką. To była naprawdę fajna płyta, ale kiedyś fajne były dla mnie też Gumisie i Chip i Dale. Więc na temat Pinnaweli mogę powiedzieć, że po tych Gumisiach przyszła fascynacja serialem Ostry dyżur (śmiech).

musicis.pl: Nieśmiało zapytam zatem o Sistars, a dokładnie o moment reaktywacji. Czy mogę?

Paulina Przybysz: Jasne. Ja już mam totalny luz w tym temacie. W szczególności po tej ostatniej próbie reaktywacji zespołu, która przez chwilę nawet się powodziła, ale tylko przez chwilę. Coś tam zaczęliśmy wspólnie robić, ale się nie udało. Wydaje mi się, że ten temat zawsze nad nami wisiał i poniekąd nas drażnił. Chyba dlatego, że cały ten rozpad zespołu Sistars był po prostu nie do końca dopowiedziany. A w przypadku kolejnej reaktywacji, która także się nie powiodła, było inaczej. W końcu w dorosłym życiu zdałam sobie sprawę z tego, dlaczego kolejne próby kończą się niepowodzeniem i w końcu to zaakceptowałam.

Nie ma więcej wpisów