W pewnym sensie bounty to prequel kin, zbiór starych kawałków, które zostały napisane i opublikowane jeszcze przed ukazaniem się właściwego debiutu iamamiwhoami. Wokalistka twierdzi, że motywem zebrania ich na jednym krążku była chęć nadania im wymiaru fizycznego. Pomysł jest z natury dość ryzykowny, ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że artystce zabrakło weny, więc wraca do staroci, ale już pierwsze przesłuchanie tego nietypowego zbioru automatycznie dyskwalifikuje wszelkie zarzuty wobec Jonny Lee.

Niezwykle ciekawe jest to, jak ułożenie piosenek obok siebie i nadanie im wspólnego tytułu wpływa na jakość odsłuchu. Wcześniej pojedyncze kawałki zdecydowanie przegrywały walkę o moją uwagę z kin (może z wyjątkiem mojego ulubionego john), a teraz jestem w stanie dostrzec w nich potencjał nie mniejszy niż w tamtym albumie.

Istotną różnicą pomiędzy dwoma wydawnictwami jest chłód debiutu skontrastowany z ciepłem i emocjami bounty. Okazuje się, że Jonna Lee potrafi być eteryczna i uwodzicielska. Wita nas łagodnym, jakby nieobecnym wokalem w b i choć piosenka ma wiele warstw, to u podstaw wciąż pozostaje chwytające za serce pianino. Z koeli u-1 podąża jeszcze dalej w kierunku odrealnienia – brzmi to jak starożytna pieśń plemienna wyśpiewana na cześć jakiegoś bóstwa, bardzo delikatna warstwa muzyczna imituje dźwięki natury, tym samym przenosząc nas do zupełnie innego świata na niecałe trzy minuty.

Dla kontrastu u-2 jest najostrzejszym kawałkiem na płycie, choć także dosyć monotonnym. Z tych bardziej dynamicznych piosenek wyróżnia się podbita klubowym bitem à la Royksopp – o, w której Jonna odstawia dawną szorstkość na rzecz kobiecości i łagodności. W tym momencie uświadamiamy sobie, na czym polega fundamentalna różnica między dwoma krążkami – chodzi o wokal. Emocje obecne na bounty biorą się właśnie z głosu artystki, która udowadnia, że potrafi nim doskonale sterować, ogrzewa nim chłodne bity n, brzmi kobieco i uwodzicielsko.

John jest moim ulubieńcem od samego początku, nie mogłam przeboleć nieobecności tego kawałka na kin, więc tym bardziej cieszy mnie, że miejsce znalazło się na bounty. Jest to murowany kandydat na przebój, najbardziej popowy ze wszystkich jej utworów, szybki z chwytliwym refrenem.

Mimo że wszystkie insynuacje związane ze specyficznym sposobem promowania się artystki zostały wyjaśnione, to nie sposób odmówić jej pewnej tajemniczości, którą wokół siebie roztacza – jej teksty są niejasne i niepokojące, a muzyka wciąż zachwyca.

Nie ma więcej wpisów