Siostry Sierra i Bianca Casady rozszalały się ze swą trasą koncertową i dzięki temu Polska na ich muzycznym szlaku gości bardzo często. Do swojego materiału dorzuciły najnowsze dzieło – Tales of a Grass Widow. Tłumacząc już samą nazwę płyty, możemy dojść do wniosku, że czeka nas podróż w poszukiwaniu szczęścia poprzez niepewność i smutek. Grass Widow to po polsku słomiana wdowa, czyli kobieta, której mąż jest nieobecny, jednak w niektórych kręgach artystycznych to właśnie osoba poszukująca szczęścia.

Pomimo że dziewczyny miały możliwość nagrania płyty w studio, a nie jak to było w przypadku ich debiutu – domowymi metodami, w łazience – to nie straciły na wiarygodności. To wciąż ten sam klimat, ta sama stylistyka i rodzaj wrażliwości. Pomimo że instrumentarium znacznie się rozrosło – harfa, klawisze, wszelkiego rodzaju dzwonki, elektronika i beatbox – to fani ich początkowej twórczości wciąż usłyszą to niemalże dziecięce, szczere podejście do muzyki, które udało im się zachować.

Na nowym albumie zdecydowanie rządzi Bianca. Może to nieco utrudnić odbiór materiału osobom, które nie miały wcześniej styczności z muzyką sióstr. Jej skrzekliwy, miejscami załamujący się i ochrypły głos jest wizytówką CocoRosie, który jednak nie każdemu może przypaść do gustu. Sierra jest słyszalna tylko jako miły dodatek w tle, głównie podczas refrenów. Nie jest to jednak niczym złym, ponieważ to właśnie ten dziwny wokal jest mechanizmem napędowym całej płyty, który każdą z historii opowiada, jakby sam to wszystko przeżywał. Szczerość jest tu silnie wyczuwalna, nawet jeśli tylko stworzona podczas nagrań w studio, to ja w nią wierzę, bo temu głosowi trudno nie zaufać.

Każdy z utworów przywodzi na myśl dziecięce rozterki, by nie powiedzieć – rozterki osoby dorosłej, która wciąż czuje się dzieckiem i tej dziecięcej części nie chce w sobie zatracić. Nie znajdziemy tu jednak pięknych historii, które przeniosą nas na piękną łąkę leżącą pośród kwiatów i motyli. Opowieści są mroczne, niepewne, odsłaniają ciemne zakamarki uczuć artystek. Często pojawiają się także motywy natury – równie ciemnej, chłodnej, nasuwającej skojarzenia z szamańskimi rytuałami i czarną magią. Idealnie podkreślają to wszelkiego rodzaju grzechotki i etniczne dmuchawki wtórujące wokalom.

Na płycie, oprócz siostrzanego duetu, można usłyszeć także wieloletniego przyjaciela dziewczyn – Antony’ego Hegarty. Można usłyszeć go w dwóch utworach, z czego kwintesencją tej współpracy jest utwór Tears for Animals. Idealnie pokazuje, co może powstać z połączenia takich głosów i osobowości. Świetnie kontrastujące się wokale – ostry Sierry i rzewny Antony’ego płynnie przechodzą z jednego w drugi bez jakiegokolwiek zgrzytu, sprawiając, że choć na tę krótką chwilę można odpłynąć w świat opowieści słomianej wdowy.

Mam wrażenie, że dziewczyny coraz lepiej poznały siebie i odnalazły własną muzyczną drogę. Zrobiły krótki przystanek, przy którym wciąż wyraźnie wyczuwalne jest to, co pojawiło się na poprzednich płytach. Płyta, pomimo tego, że jest bardzo dobra, to nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak Grey Oceans, jednakże Tales of a Grass Widow to wydawnictwo, które na pewno należy przesłuchać. Najlepiej kilkukrotnie, aby wyłapać wszelkie smaczki, które zgrabnie na tej płycie ukryto. Uważam, że jest to dobry materiał na nadchodzące jesienne wieczory, oczywiście dla wszystkich tych bez skłonności do jesiennych depresji.

Nie ma więcej wpisów