Selector Festival 2013 wzbudzał wiele emocji jeszcze przed rozpoczęciem. W tym roku kluczowym słowem festiwalu jest zmiana. Po pierwsze zmiana miejsca – przeprowadzka z krakowskich błoni na warszawski Służewiec, po drugie zmiana daty – festiwal z czerwca przeniósł się na wrzesień. Trzeciej zmianie uległ line-up – w porównaniu do poprzednich edycji został nieco odchudzony.

Nie sposób jednak narzekać, gdy na afiszu znajdują się takie nazwy, jak legendarny The Knife, duet rodzeństwa Dreijerów, nieposkromiona Tamilska Tygrysica, czyli M.I.A., ulubieniec pań James Blake, czy zmysłowa Jessie Ware. Nie myśląc wiele pomknęliśmy więc w pierwszy wrześniowy weekend na tor wyścigów konnych na Służewcu, żeby tego wszystkiego zasmakować.

Dzień 1

The Knife

O tym koncercie mówiło się wiele (a nie zawsze pozytywnie) już od wielu miesięcy. Pogłoski o tym, jakoby nowa formuła koncertów The Knife dzieliła fanów na dwa obozy i psuła odbiór starszych numerów niepokoiły każdego, kto z niecierpliwością czekał na występ legendy na głównej scenie. Przyznam się, że studyjna wersja Shaking The Habitual nie wciągnęła mnie aż tak, jakbym się tego spodziewał, ale odsłona koncertowa, a raczej towarzyszący płycie performance sceniczny w końcu pozwala ocenić zawartość nowej płyty w odpowiednim kontekście. Celowo unikam tu słowa koncert, bo większość muzyki (oprócz obsługiwanych przez ukrytego z tyłu sceny Olofa perkusjonaliów i pojawiającego się tu i ówdzie cyfrowego fletu) zagrana została z playbacku, a wszelkie dziwaczne instrumenty, które wieloosobowy skład szarpał, uderzał i potrząsał były fałszywkami, które miały tylko spotęgować rytmiczność całego spektaklu. Oszustwa szwedzkiego rodzeństwa nie kończyły się na tym – przez większość koncertu mikrofony dzierżyli tancerze, udając, że śpiewają do nich partie Karin, która także spędziła większość czasu z boku sceny, by pod koniec dołączyć do wspólnego tańca albo usiąść przy syntezatorze w solowym wykonaniu jednego utworów. Atrakcji przygotowanych przez rodzeństwo Dreijer w czasie występu nie sposób tutaj wyliczyć – inspirowany bhangrą frenetyczny taniec w Without You My Life Would Be Boring, teatralne stroje i przeszkadzajki w otwierającym koncert Raging Lung czy pełna, dziewięciominutowa wersja psychodelicznego Full Of Fire. Wszystkie te wysiłki łączyła dziwaczna rytualność, pierwotna wręcz energia, która powoli otwierała publiczność na nowe doznania, by w finałowym Silent Shout ze zdwojoną siłą wybuchnąć eksplozją wspólnego, niepohamowanego i zaraźliwego tańca. Bardzo znamiennym elementem Shaking The Habitual Show był też kilkunastominutowy wstęp w formie rozgrzewki  czy aerobiku, prowadzonego przez nietypowo wyglądajacego Szweda, dyrygującego kilkutysięcznym tłumem. I w tym momencie, kiedy cały namiot rzekomych nonkonformistów na jedno słowo egzaltowanego wodzireja obracał się dookoła własnej osi i skandował podane hasła, The Knife po raz kolejny zrobili nas w konia i pokazali jak wielką siłę obnażania społecznych mechanizmów ma ich sztuka.
(Kajetan Łukomski)

Odkąd sięgam pamięcią, było to jedno z moich marzeń koncertowych, mimo to do koncertu zatytułowanego Shaking The Habitual Show podeszłam sceptycznie. Wydawało mi się, że zagranie najnowszego albumu w całości to karkołomne przedsięwzięcie, które zanudzi publiczność na śmierć. Okazuje się, że nie miałam racji, rodzeństwo Dreijer zaserwowało prawdziwy show pod względem muzycznym, a także wizualnym. Widowisko otworzyły niesamowite dźwięki Cherry On Top, a później rozhulała się prawdziwa impreza z tancerkami przypominającymi poruszające się synchronicznie elfy oraz muzykami szalejącymi na scenie. Takie piosenki jak Full Of Fire czy One Hit wprowadziły publiczność w ekstazę, a zakończyli jednym z pięciu reprezentantów ery poprzedzającej Shaking The Habitual, brawurowo zagranym Silent Shout.
(Sara Ochał)

James Blake

Pierwszym zaskoczeniem podczas koncertu Blake’a był fakt jakim niesamowitym playboyem się okazał. Jego chłopięce wdzięki najwyraźniej doprowadzały damską (i nie tylko) część publiczności do ekstazy, bo co chwilę słychać było piski i okrzyki pod jego adresem. Nie dla pięknej buźki Jamesa przyszedłem jednak na koncert, a warstwa muzyczna usatysfakcjonowała mnie w stu procentach. Masywne, podziemne basy jego kompozycji połączone z niewymuszonymi, zaśpiewanymi bez najmniejszego wysiłku partiami wokalnymi tworzyły elegancko prosty zestaw, który przenikał mnie do szpiku kości. Piękne oświetlenie (każdy z trzech muzyków miał za sobą tarczę oświetloną ciepłym światłem elektrycznej świecy) i genialnie dobrana dramaturgia listy utworów, prezentującej przekrój przez oba albumy Blake’a dopełniły piorunującego wrażenia.
(Kajetan Łukomski)

Para One

Wobec DJ-setu tego przedstawiciela obchodzącej dziesięciolecie  wytwórni Ed Banger Records i autora takich hitów jak Dudun-Dun czy znakomity remiks Prime Time Of Your Life Daft Punk miałem dosyć wysokie oczekiwania, dlatego gdy usłyszałem pierwsze kilka nudnych, prostackich bitów, którymi uraczył nas Francuz, moje nadzieje zostały zmiażdżone na miejscu. Rozczarowanie tym, co usłyszałem w jego wykonaniu na małej scenie można porównać tylko do zaskoczenia w obliczu nędznego seta Gessaffelsteina podczas tegorocznego Audiorivera. Gwoździem do trumny okazał się słyszany chyba czwarty raz tego samego wieczora Jack Breacha- wtedy już nawet znakomite umiejętności didżejskie nie były w stanie uratować jego występu.
(Kajetan Łukomski)

Archive

Archive są zespołem darzonym w Polsce wyjątkową estymą, każdy ich koncert jest oblegany przez rzesze fanów. Nie inaczej było na Selectorze – tłum wielbicieli formacji zjawił się pod główną sceną jeszcze długo przed rozpoczęciem koncertu. Ci, którym do gustu przypadł ostatni krążek Brytyjczyków byli bardzo zadowoleni doborem repertuaru – usłyszeliśmy zarówno rozdzierający Wiped Out, groźny Conflict jak i zaśpiewane przez młodą wokalistkę, Marię Q, Violently oraz Hatchet. Trójka wokalistów zmieniała się za mikrofonami niczym w kalejdoskopie, a instrumentaliści wygrywali skomplikowane struktury kolejnych kawałków z prawdziwą ikrą. Nie mogło oczywiście zabraknąć nieśmiertelnego Again, a podejrzewam, że nie tylko mi zakręciła się przy nim w oku przysłowiowa łezka.
(Kajetan Łukomski)

Breakbot

Wielkie podświetlone czerwone usta na scenie, disco w tle, a na parkiecie roztańczony tłum festiwalowiczów. Tak w właśnie wyglądał piątkowy występ francuskiego DJ-a i producenta, Breakbota. Magenta Stage w tym roku została opanowana przez przedstawicieli fransuskiej wytworni Ed Banger i to właśnie występ Thibauta należał do jednych z najlepszych sygnownaych przez tę wytwórnię. Godzina dobrej zabawy przy dźwiękach francuskiego disco, house, electro i synthpopowych brzmień, a w zestawie jeszcze basista, gitarzysta i wokalista, czyli Breakbot z zespołem i muzyka na żywo. Chyba lepiej być nie mogło. Francuz wie jak porwać tłum do tańca. Oczywiście nie zabrakło remiksów Justice, Metronomy czy Air, a przede wszystkim materiału z debiutanckiej płyty Be Your Side.
(Rafał Gruszkiewicz)

Busy P

Szef Ed Banger Records jak zwykle porwał do tańca całą małą scenę, prezentując z okazji dziesiątego jubileuszu przekrój hitów wydanych w jego wytwórni. Jeśli jednak dłużej posłuchało się jego seta i zna się trochę katalog Ed Banger, to wybór numerów okazywał się podejrzanie podobny do seta, jaki Busy zagrał na Selectorze… w 2009 roku. Jasne, przyprawił swoją selekcję kilkoma nowinkami, ale układ numerów no i oczywiście nieśmiertelny remiks D.A.N.C.E., który zrobili sami Justice przywoływał na myśl występ sprzed czterech lat. Czy to źle? Moim zdaniem odgrzewane kotlety nigdy nie brzmią już tak dobrze, jak za czasów świeżości. Busy P powinien chyba zerknąć na to, jak prowadzą wytwórnię chociażby szefowie Dirtybird Records.
(Kajetan Łukomski)

UL/KR

Duet z Gorzowa znany jest przede wszystkim ze świetnych, prowokujących do myślenia tekstów i nimi też stał ich koncert. Dryfująca powoli po namiocie muzyka pochodziła głównie z drugiej płyty UL/KR, Ament, chociaż usłyszeliśmy też starszy materiał z Po Tak Cienkim Lodzie na czele. Nie zabrakło doskonałych Anonim i Magia, a Błażej Król nie krył zaskoczenia ciepłym przyjęciem. Magicznej atmosfery nie zabrakło, a nad wszystkim królowały oczywiście nieprzeniknione teksty.
(Kajetan Łukomski)

XXANAXX

Po wysłuchaniu duetu Xxanaxx w domu nie spodziewałem się po ich koncercie wiele, ale na Selectorze miło mnie zaskoczyli. Wyciszony, spokojny electropop tej dwójki idealnie sprawdził się jako rozgrzewka przed kolejnymi koncertami, a głos wokalistki nie odbiegał wiele od wersji studyjnej, co zdarza się rzadko. (Kajetan Łukomski)

Nie ma więcej wpisów