Drugi dzień festiwalu Burn Selector pokazał, że zarówno koncertowi wyjadacze tacy jak M.I.A, Jessie Ware czy debiutanci pokroju Factory Floor, Capital Cities potrafią dać świetne występy. Oczywiście liczy się tutaj koncertowe obycie i doświadczenie, ale chyba przede wszystkim muzyczna zajawka, która była widoczna zarówno u tych pierwszych, jak i u tych drugich. Organizatorzy po raz kolejny udowodnili, że warto zapraszać do naszego kraju mało znanych artystów, którzy sprawią, że o festiwalu będzie się mówiło jeszcze długo po jego zakończeniu.

Dzień 2

M.I.A.

Wielokrotnie w ciągu ostatnich kilku lat słyszałem, że M.I.A. gra słabe koncerty, co zdawało potwierdzać się w relacjach w rozmaitych mediach. Gdy wybawiłem się jak norka podczas jej koncertu na Selectorze pomyślałem sobie, że ludzie rozpowszechniający takie opinie prawdopodobnie nie do końca rozumieją o co chodzi w muzyce Tamilki. Fakt, pani Arulpragasam nie potrafi śpiewać, co dobitnie było słychać w obowiązkowo zagranym na bis Paper Planes, bez którego moim zdaniem koncert mógłby się obyć. Ale też nie o śpiew tutaj chodzi – M.I.A. jest w końcu raperką, a jej teksty i zabójczo szybki flow są dla mnie nie do pobicia. Pełne energii rytmy jej protest-songów łaczą tradycyjne afrykańskie i azjatyckie inspiracje z nowoczesną elektroniką i sprzyjają niepohamowanej zabawie, ale przy okazji zwracają też uwagę na dręczące technologiczny świat problemy społeczne. Najbardziej było to widoczne w niezwykle agresywnym, fantastycznie brzmiącym na żywo Born Free, którego tekst publika skandowała razem z raperką. Kolejnym atutem jej koncertów jest przede wszystkim niespożyta energia samej Mayi, która prawie pół koncertu spędziła pochylając się nad pierwszym rzędem publiki, a drugą połowę bez wytchnienia rapowała, skakała, tańczyła, przekomarzała się ze znakomitymi tancerzami i obsługiwała syntezatory. Na tle tego prawdziwie rockowego podejścia do koncertowania ogromne ażurowe dekoracje skrzące się kolorowymi żarówkami wydają się być tylko wisienką na torcie, bo głównym daniem są i tak świeża, nowoczesna muzyka artystki oraz jej osobowość. Osobiście cieszyłem się również z tego, że lista utworów zahaczała mocno o dwie pierwsze płyty M.I.A. (usłyszeliśmy zmieniające się jak w kalejdoskopie wersje Boyz, Birdflu, Bucky Done Gone, Sunshowers, Amazon, a nawet chóralne zaśpiewy Galang), chociaż nie zabrakło też najnowszych Bring The Noize, Bad Girls i Come Walk With Me, zapowiadających album Matangi.
(Kajetan Łukomski)

When Saints Go Machine

Czy macie czasem wrażenie, że po zobaczeniu wielu koncertów już nic nie jest w stanie Was poruszyć? Mi się to zdarza, tym większą radością jest dla mnie chwila kiedy brak mi słów żeby opisać jak bardzo koncert mi się podobał. When Saints Go Machine słyną z rewelacyjnych koncertów i ta opinia potwierdziła się w stu procentach. Setlista była podzielona pomiędzy kawałki z nowego albumu i te z rewelacyjnego Konkylie, plus jedna perełka z debiutu – Fail Forever. Na scenie odtworzyli magiczną i kameralną atmosferę Add Ends, Church and Law i Mannequin, a popowymi Kelly oraz Iodine porwali publiczność do tańca. Nie muszę już chyba wspominać o tym, że brzmienie piosenek wzmocnione o żywą perkusję wgniatało w ziemię, a Nikolaj Vonsild śpiewał lekko i czysto. Zakończyli tym co najlepiej nadaje się na koniec, czyli Slave To Take In Your Heaven i zrobieniem sobie pamiątkowego zdjęcia z publicznością.
(Sara Ochał)

Duńczycy z When Saints Go Machine zdają się podążać sobie tylko znaną drogą i, jak na razie, wychodzi im to znakomicie. W Warszawie zagrali bardzo klimatyczny, pełen ciekawych zwrotów akcji koncert, który zarazem przypominał o rockowych korzeniach grupy. Wokal Nikolaja na żywo brzmi zupełnie jak na płycie, a on sam ma fantastyczny kontakt z publicznością, podczas gdy instrumentaliści bawią się skomplikowaną strukturą utworów zespołu niczym układanką.
(Kajetan Łukomski)

Jessie Ware

Jessie Ware chyba bardzo polubiła polską publiczność, a sądząc po frekwencji podczas jej występu, z wzajemnością. Jej ciepły wokal wypełnił duży namiot kusząc nielicznych maruderów, którzy woleli zostać przy piwie. Nie da się wyróżnić w tym koncercie słabszych i mocniejszych momentów, wszystko zostało zagrane i zaśpiewane na wysokim poziomie, a w przerwach między piosenkami wokalistka opowiadała zabawne anegdoty, a także dawała wyraz swojemu zadowoleniu z powodu kolejnej wizyty w naszym kraju. Ujął mnie sposób w jaki pomiędzy wersy Not To Love wplotła I Want You Madonny, szczególnie że jej przesycone zmysłowością piosenki zawsze przypominały mi Madonnę z okresu Erotiki.
(Sara Ochał)

Rebeka

Za każdym razem kiedy idę na koncert Rebeki zgryźliwie (a może i zazdrośnie) myślę sobie, że to kolejny po Kampie zespół, który zyskał sławę dzięki dobremu PRowi. I za każdym razem rewiduję te spostrzeżenia już po kilku zagranych numerach – Rebece należy się każda kropla uznania, jaka spływa na nich ze strony publiki i mediów. Ich koncerty są żywiołowe i zagrane naprawdę na żywo, a Iwona Skwarek dysponuje nie tylko prawdziwą sceniczną charyzmą, ale i głosem, w którym szaleństwo miesza się z techniką w doskonałych proporcjach. Każdy ich koncert pokazuje, jak ciężko duet pracuje na swój sukces. Wykonanie 555 z Selectora dosłownie położyło mnie na łopatki, a i aplauz jaki po nim zabrzmiał należał do jednych z najbardziej rzęsistych.
(Kajetan Łukomski)

Factory Floor

Organizatorzy selectora już w ubiegłym roku wykazali się zdolnością przewidywania zapraszając na festiwal wtedy jeszcze mało znanych Disclosure. Tym razem szanse na zostanie gwiazdami mają Factory Floor. Co prawda pierwszego miejsca na liście najlepiej sprzedających się płyt im nie wróżę, raczej wywołanie sporego zamieszania na rodzimej scenie elektronicznej. Ich set trwał niecałą godzinę, w tym czasie nie odezwali się do publiczności ani razu co tylko spotęgowało wrażenie, że mamy do czynienia z cyborgami. Z całą pewnością robotem jest perkusista, który grał z precyzją automatu w nieprawdopodobnym tempie. Ich surowe, niemal pozbawione melodii kompozycje bardzo dobrze sprawdzają się na żywo pod warunkiem, że ktoś lubi rytm, który jest podstawą ich muzyki.
(Sara Ochał)

Zarówno słuchając studyjnego materiału Factory Floor jak i widząc ich zblazowane wysiłki (a raczej brak wysiłku) włożone w koncert na Selectorze miałem wrażenie, że są to ludzie w dużej mierze pozbawieni talentu muzycznego. Ich monotonne kompozycje oparte na jednym, góra dwóch dźwiękach nie tylko nudzą słuchane w domu, ale i kompletnie nie nadają się na scenę. Dołóżmy do tego panią, która z enigmatyczną miną raz na minutę uderza pałeczką perkusyjną w struny gitary podpiętej do efektu, przeplatając to z pojedynczymi słowami wypowiedzianymi do mikrofonu, jednego z panów pochylonego z jeszcze bardziej zaciętym obliczem nad laptopem i perkusistę, którego równie dobrze mogłaby zastąpić maszyna – oto obraz koncertu formacji, której najchętniej już nigdy nie zobaczę na żywo.
(Kajetan Łukomski)

Capital Cities

Czwórka sympatycznych panów z Los Angeles samą swoją manierą sceniczną i beztroskim podejściem do koncertowej zabawy zdobyła serca wszystkich zgromadzonych w namiocie. Wyśpiewujący gładkie harmonie wokalne frontmeni, pełen wigoru i zaskakujących ruchów tanecznych trębacz, lekko wycofany basista, singiel znany z reklam, który emuluje największe hity MGMT – niby wszystko wydaje się w porządku. A jednak – po kilku numerach zreflektowałem się, że muzyka Capital Cities to przecież gloryfikowane, bezlitośnie sformatowane disco, które z polskimi tekstami (szczególnie, jeśli przetłumaczyć je dosłownie) mogłoby spokojnie zadowolić widzów dawnego polsatowskiego Disco Relaxu. Tak czy siak, reszta publiki najwyraźniej nic sobie z tego nie robiła, bawiąc się znakomicie.
(Kajetan Łukomski)

Nie ma więcej wpisów