Mając w pamięci zeszłoroczne muzyczne przeżycia, jakich doświadczyliśmy na Berlin Festivalu, nie mogło nas tam zabraknąć również w tym roku. Podczas gdy część naszej redakcji udała się na trwający w tym samym czasie polski Burn Selector Festival, my udałyśmy się w odwiedziny do naszych zachodnich sąsiadów, licząc na nie mniej udaną zabawę.

Tegoroczną edycję otworzył dla nas koncert Bastille, którzy jako pierwsi wystąpili na głównej scenie. Po pozytywnych recenzjach, jakie zebrali za swój debiutancki krążek pt. Bad Blood i kilkukrotnym jego przesłuchaniu, byłam bardzo ciekawa ich możliwości scenicznych, tym bardziej, że w listopadzie mają odwiedzić Polskę. Mimo iż zaczęli trochę nieśmiało, a nawet nieco niemrawo, zakończyli bardzo dynamicznie, do czego dochodzili z każdym kolejnym kawałkiem. Utwór po utworze czuć było większą pewność siebie, a także większe zaangażowanie publiczności. Absolutną rewelacją było wykonanie przez chłopaków ich połączonej wersji Rythm Is a Dancer i Rythm of the Night. Nie tylko przyprawili mnie nią o ciarki na całym ciele, ale porwali do tańca wszystkich zgromadzonych pod sceną, rozgrzewając ich tym samym przed kolejnym artystą, czyli Capital Cities.
(MR)

Amerykanie wyszli na scenę z jasno określonym celem – rozkręcenia najlepszej imprezy pod gołym niebem za dnia. Udało im się to osiągnąć bez większego problemu. Ich kalifornijski luz, charyzma i poczucie humoru sprawiły, że widownia bardzo chętnie przyłączyła się do wspólnej zabawy, ochoczo wykonując prezentowane przez zespół choreografie oraz wyśpiewując refren ich najbardziej znanego kawałka – Safe and Sound. W prawo, w lewo, obrót, podskok – wszystko w rytm dźwięków wydobywających się z syntezatorów, gitar i trąbki. Największe szaleństwo miało jednak miejsce na kilka minut przed ich zejściem ze sceny, choć szaleństwo to w tym momencie zbyt słabe określenie. W powietrzu latały ręczniki zespołu, koszulki, bluzy, a nawet bielizna. To po prostu trzeba było zobaczyć!
(MR)

Kiedy główną scenę przejął zespół The Sounds, od pierwszych sekund wiadomym było, że Maja Ivarsson zadba o to, aby koncert był energiczny i aby nikt z publiczności się nie nudził. Ta kobieta to niezłe ziółko, choć na myśl przychodzi mi ogrom innych, bardziej dobitnych określeń, które mogłyby opisać jej sceniczny temperament. The Sounds zagwarantowali festiwalowiczom solidną dawkę dobrego rockowego grania, a wokalistka zespołu sprawiła, że trudno było oderwać uwagę od głównej sceny.
(KJ)

Zaraz po występie The Sounds, z tym, że na Pitchfork Stage, zagrali Villagers. Świetny wokal Conora O’Briena nie wystarczył jednak, aby zatrzymać moją uwagę na całą godzinę, tak więc bez poczucia, że przegapiam dobry koncert, udałam się na występ Fenech-Soler, którzy mieli gościć na Zippo Encore Stage.
(KJ)

Po koncercie Fenech-Soler spodziewałam się dobrej zabawy i tej samej energii, którą emanuje album pt. Fenech-Soler z 2010 roku. I dostałam to. Zadbał o to Ben Duffy swoim zaangażowaniem, a reszta zespołu nie pozostawała wcale gorsza. Utwór Lies był – czego można się było spodziewać – jednym z najlepszych momentów koncertu, zarówno ze względu na żywiołowego Bena, jak i z uwagi na reakcję publiczności. Cały występ był jednak gwarancją świetnej zabawy i gdy tylko nadarzy się okazja, z chęcią ponownie wybiorę się na ich koncert.
(KJ)

Dla wielu uczestników tegorocznego Berlin Festivalu to Pet Shop Boys byli zapewne największą gwiazdą w line-upie. Świadczyć o tym mogła przede wszystkim wysoka frekwencja. Brytyjczycy zabawiali publiczność przez około 1,5 godziny, gwarantując ciekawe show (stroje, elementy sceniczne) i poprawne wykonanie swoich utworów. Oczywiście to było bardzo miłe przeżycie – zobaczyć na żywo ten słynny duet i usłyszeć np. Go West czy jakże mocno zakorzenione w pamięci Always On My Mind. Neil Tennant i Chris Lowe wykonali swoje największe hity, zapraszając nimi do tańca i udowadniając, że pomimo swojego wieku, wciąż jeszcze potrafią poruszyć tłumy pod sceną.
(KJ)

Mike Patton i jego ekipa tworzą muzykę, której nie potrafię przyswajać zbyt długo, ponieważ jest dla mnie zbyt ciężka. Rock w wykonaniu Tomahawk to solidne granie, z którym poszłam zapoznać się, ponieważ byłam ciekawa ich brzmienia na żywo. Nie trafili do mnie jednak, zatem po chwili opuściłam hangar, który wypełniali potężnie brzmiącymi dźwiękami, od których drgały wnętrzności.
(KJ)

Nie znałam tego artysty wcześniej. Sprawdzając berliński line-up, zakodowałam przy jego ksywie wzmiankę o tym, że jest raperem, pomyślałam, że warto go sprawdzić i bez większych emocji zajrzałam do hangaru z numerem 4 około godziny 22:00. I kiedy już tam weszłam, to nie było siły, która mogłaby mnie stamtąd wyciągnąć, dopóki ten chłopak był na scenie. To, co zrobił Left Boy podczas swojego występu w Berlinie, zrobiło na mnie ogromnie pozytywne wrażenie.

Podkłady do (m.in.) A Thousand Miles (Vanessa Carlton), All I Want for Christmas Is You (Mariah Carey), Call Me Maybe (Carly Rae Jepsen) czy Just Dance (Lady Gaga) uświetnił swoim flow i zaserwował tak rewelacyjną mieszankę, że pod Zippo Encore Stage nie było lepszej imprezy podczas tegorocznej edycji Berlin Festivalu, jestem tego pewna. Co więcej, oprócz muzyki, ze sceny leciały także strumienie wody, balony i rolki papieru toaletowego. To było rewelacyjne szaleństwo!
(KJ)

Koncert Blur od początku nie wzbudzał mojego zainteresowania, dlatego też pod scenę główną podeszłam dopiero (mniej więcej) w jego połowie (po świetnym występie Left Boy’a). To, co dotarło jednak do moich uszu, znudziło mnie już po kilku minutach, zatem bez cienia żalu wybrałam Johna Talabota. Do Blur wróciłam przelotem, kiedy opuszczałam teren festiwalu, ale końcówka ich koncertu była tak samo żałobna jak tych kilka utworów w okolicach półmetka.
(KJ)

Na występ Johna Talabota czekałam z niecierpliwością. Album fIN jest imponującym zbiorem elektronicznych utworów, przepełnionych swoistym napięciem i tajemniczym klimatem. Moje rozczarowanie było zatem ogromne, kiedy okazało się, że nagłośnienie sceny, na której wystąpił hiszpański producent, nie podołało tym wszystkim delikatnym elementem poukrywanym w kawałkach wspomnianego krążka. Te braki uderzyły we mnie już od pierwszego utworu, który wybrzmiał tamtego wieczoru – Depak Ine (swoją drogą, jest to mój ulubiony kawałek Johna) w wersji berlińskiej był za mocny, zbyt głośny, próżno było szukać w nim odgłosów ptaków czy chórków. Dalej, niestety, nie było w tej kwestii lepiej, a jakby tego było mało, nic, co wyszło z ust Talabota i Pionala, nie dotarło do publiczności – ich wokali po prostu nie było słychać, bo zagłuszała je muzyka. Bardzo żałuję tego występu, bo to nie był John Talabot, jakiego chciałam posłuchać na żywo.
(KJ)

Drugi dzień berlińskiego festiwalu zaskoczył nas zmianami w line-upie (swoją drogą, odwołane występy Röyksopp (DJ set) i Brodki z dnia poprzedniego również były dla nas niemałym zawodem). Pierwszym zaskoczeniem były dla nas pustki, jakimi świecił hangar Zippo Encore Stage, gdzie o godzinie 15:00 mieli zagrać panowie z Man Without Country. Poza nami, pod sceną przez dłuższą chwilę znajdowali się wyłącznie ochroniarze. Na scenie obecne natomiast były tylko cierpliwie oczekujące na swoją kolej instrumenty. Ze względu na odwołany występ grupy Delphic, pozostałe koncerty zostały przesunięte. Man Without Country zagrali zatem z godzinnym poślizgiem. Niestety, ich występ zbiegł się z koncertem Ellie Goulding (na głównej scenie), dlatego też nie było nam dane posłuchać ich dłużej. A szkoda, bo zapowiadali się ciekawie.
(MR)

Koncert Ellie Goulding mogłabym opisać krótko – był słaby – i pozwolić, by jego wspomnienie przestało mnie prześladować. Jej występ był tym, na który czekałam najbardziej, jeśli mówić o berlińskim festiwalu. Byłam w stu procentach pewna, że Brytyjka rozkręci niezapomnianą imprezę i tym samym pozwoli mi się wytańczyć, wykrzyczeć, po prostu wyszaleć. Nic takiego się jednak nie wydarzyło, a ja stałam jak zamurowana – zawiedziona i bezradna – kiedy Ellie drżącym i ewidentnie nieprzygotowanym wokalem niszczyła swoje kolejne single. Łamał jej się głos, nie trafiała w pierwsze wersy kolejnych zwrotek, nie zaśpiewała sama żadnego refrenu. Muzycy, którzy towarzyszyli jej na scenie, skutecznie zagłuszali jej partie.

Jakby tego było mało, wokalistka pojawiła się na scenie ubrana tak, że pomyślałam o tym, iż dopiero co wyszła z hotelowego pokoju i zapomniała zdjąć t-shirt, w którym spała. Były takie momenty, kiedy wiła się niczym wąż na scenie. Ku mojemu zdziwieniu, reakcją publiczności na te gimnastyczno-taneczne ruchy były gwizdy i piski uznania. Wówczas z kolei pomyślałam o tym, że niektórym widocznie niewiele potrzeba, skoro nie przeszkadzał im fakt, że przecież ta nieszczęsna koszulka, w której wystąpiła Ellie Goulding, odebrała jej absolutnie cały seksapil.
(KJ)

Kolejną gwiazdą sceny głównej byli White Lies, którzy w trakcie godzinnego występu zaprezentowali zarówno materiał z nowej płyty, jak i starsze utwory. Fanów rockowego grania na pewno tam nie zabrakło. O ile jednak początek występu wskazywać mógł na pewną dynamikę, z każdym kolejnym utworem robiło się coraz bardziej nudno. To tylko skłaniało do tego, by pozwiedzać teren lotniska w poszukiwaniu innych atrakcji.
(MR)

Przyszedł czas na gwiazdę drugiego dnia. Występ tej artystki był zdecydowanie najbardziej wyczekiwanym i wzbudzającym największe zainteresowanie koncertem. Można nie słuchać i nie lubić Björk, ale nie można odebrać jej tytułu jednej z największych osobliwości w świecie muzyki. Jej wizyta w Berlinie była jedną z niewielu okazji w tym roku, by zobaczyć ją na scenie. Stanowiła też finał trasy promującej jej ostatni album pt. Biophilia. Nic więc dziwnego, że pod główną sceną zebrały się tłumy. Nie byłabym dokładna, pisząc, że był to koncert. W przypadku Björk mamy bowiem do czynienia ze spektakularnymi widowiskami, które opierają się m.in. na wizualizacjach czy grze świateł. Tak też było sobotniego wieczoru. Islandzka artystka, z nakryciem głowy przypominającym dmuchawiec, w towarzystwie pokaźnego chóru, wokalnie pokazała się z jak najlepszej strony i tym samym pozostawiła pewien niedosyt.
(MR)

Nie ma więcej wpisów