Oczywistym jest, że ile gustów lub upodobań, tyle opinii. W związku z tym próba wyboru najlepszego albumu roku w ramach wszystkich gatunków muzycznych jest strzałem w stopę. W ramach jednego gatunku taki wybór również nie jest łatwym zadaniem, ale krążek Something Else, według mnie, wygrał, póki co, tę batalię jako najlepszy album hip-hopowy tego roku.

Tech N9ne jest raperem mającym na koncie, włącznie z opisywanym, aż trzynaście solowych albumów. Początki jego rapowej działalności sięgają początku lat dziewięćdziesiątych, ale dopiero od kilku lat o muzyku zrobiło się nieco głośniej, nie tylko w rapowym świecie. Można powiedzieć, że taka jest cena działania jako raper niezależny, ale ten rok z pewnością należy do niego, ponieważ Something Else odniosło artystyczny sukces, pozwoliło więcej zainwestować w świeżaków labelu, ruszyć w trasę koncertową itd. Teraz może być już tylko lepiej.

Opisywane wydawnictwo zawiera wszystkie elementy, których oczekuję od hip-hopowej płyty. Są przemyślane tematycznie teksty, świetne flow gospodarza i jeszcze ciekawsze umiejętności techniczne, wyśmienite bity łączące w sobie różne gatunki muzyczne oraz goście, którzy są owocnym dodatkiem do poszczególnych utworów, pozostając w cieniu autora płyty.

Za bity odpowiada głównie Seven, z którym Tech N9ne współpracuje już od kilku lat. Poza tym, płytę swoimi produkcjami wspomogli m.in. Drumma Boy, Young Fyre, Scoop DeVille czy Fredwreck. Krążek jest podzielony na trzy części, Fire, Water i Earth, które różnią się nieco brzmieniem. Są mocniejsze kawałki, nagrane na świetnych bitach i uzupełnione metalowym pazurem, tj. Straight Out The Gate z Serj Tankianem czy Love 2 Dislike, na którym wokalnie udziela się Tyler Lyon oraz stała kolaboratorka Tech N9ne’a – Liz Suwandi. Fani bardziej klasycznego, stonowanego hip-hopowego brzmienia również znajdą coś dla siebie, np. kawałek Fragile, na którym udzielili się Kendrick Lamar, ¡Mayday! i Kendall Morgan. Bardzo ciekawym utworem jest Priorities, w którym usłyszymy Game’a i Angel Davenport. Numer nagrany na dziwnym, niepokojącym i minimalistycznym bicie funkcjonuje jako wyśmienity kawałek głównie dzięki niebywałemu talentowi jego wykonawców. Jest bangerowo (With The BS, Thizzles), spokojnie i nastrojowo (Fortune Force Field, I’m Not A Saint, Feels Like Heaven, Drowning czy Meant To Happen), popisowo (So Dope), hitowo (See Me), nieco dziwnie i niepokojąco (Strange 2013) czy wręcz patetycznie (Believe). Mógłbym odnieść się do każdego kawałka po kolei, ale najważniejsze jest to, że mimo muzycznego i tematycznego zróżnicowania, płyta jest spójnym materiałem, którego słucha się z zaciekawieniem, od deski do deski, bez chęci przerywania. Nawet skity w żaden sposób nie ujmują ciągłości tego materiału. Ważne jest również to, że ostateczna wersja deluxe albumu zawiera aż 26 numerów. Przyznam, że mimo tego, że album jest tak długi, nawet przez chwilę nie odczułem znudzenia i nie ma na płycie numeru, do którego nie wracałem.

Gościnne występy są mniej lub bardziej potrzebne, ale co najważniejsze – nikt nie przyćmił nawet przez chwilę gospodarza i każdy spisał się celująco. Wśród wartych odnotowania jest Fragile, na którym jak zwykle świetnie nawinął Lamar. Liz Suwandi fantastycznie uzupełniła swoim wokalem kilka numerów, m.in. Love 2 Dislike Me czy Drowning. Do największych pozytywnych zaskoczeń ze strony gości należą numery Believe oraz Strange 2013. W tym pierwszym usłyszymy Kourtney Leveringston, która brzmi dokładnie jak Beyoncé. Z początku myślałem, że to ta druga, ale kiedy doczytałem, że to jednak nie królowa, byłem bardzo zaskoczony. Strange 2013 to z kolei numer, w którym usłyszymy wokal Jima Morrisona i nad którym pracowali żyjący członkowie zespołu The Doors. Co ciekawe, nazwa labelu Tech N9ne’a, Strange Music, zainspirowana jest utworem The Doors pt. Strange Days, a sam raper wielokrotnie podkreślał, że Jim Morrison to jeden z jego najważniejszych muzycznych autorytetów.

Tech N9ne w swoich mistrzowskich, ciekawych i często bardzo zróżnicowanych nawijkach porusza tematy bardzo osobiste, związane z życiem prywatnym czy relacjami rodzinnymi. Raper wyznaje swoje grzechy, przewinienia z młodości czy błędy związane z ojcostwem. Poza tym, artysta nawija o niesprawiedliwości ówczesnego świata, o własnej niezależności, swojej zawsze walecznej postawie i artystycznej wrażliwości (jak sam zaznacza: I’m an artist and I’m sensitive about my shit, yes I’m). Spektrum tematów jest bardzo rozbudowane, a wszystko podane w świetnej muzycznej otoczce, która podkreśla najjaśniejsze elementy techniki Tech N9ne’a, tj. szybkie nawijki czy przemyślany storytelling.

Ta płyta to pomost rapera między niezależnością a mainstreamem. Ona pozwoliła mu odnieść zasłużony sukces. Wątpię jednak, żeby próbował on trafić pod skrzydła wielkiej wytwórni, bo wie, że nie jest mu to do niczego potrzebne. Strange Music jako nazwa jego labelu idealnie oddaje klimat produkcji, jaką nam zaserwowano, a tytuł tylko utwierdza w przekonaniu, że twórczość Tech N9ne’a to… coś innego. Posłuchajcie, sprawdzajcie i polecajcie innym. Niedobrze byłoby, gdyby w natłoku tegorocznych hip-hopowych albumów przepadł tak wyśmienity krążek.

Nie ma więcej wpisów