Tydzień przed autorskim koncertem Emiki w warszawskim Basenie i specjalną interpretacją muzyki Witolda Lutosławskiego podczas krakowskiego Sacrum Profanum złapaliśmy ją w jej berlińskim mieszkaniu, aby porozmawiać o wschodnioeuropejskich inspiracjach, płonących budynkach i polityce, ale przede wszystkim na temat tegorocznego albumu Dva. To, co miało być piętnastominutową pogawędką zmieniło się w jeden z najdłuższych wywiadów w historii portalu.

musicis.pl: Od jakiegoś czasu koncertujesz z nowym materiałem z płyty Dva – jak przebiega trasa? Jaki jest odzew publiczności?

Emika: Odzew jest niesamowity, ta część całego projektu jest tym, do czego dążę. To wspaniałe pracować samotnie w studio, ale wtedy muszę sobie wyobrażać, że mam przed sobą publiczność. Kiedy jestem na tyle pewna materiału, że mam odwagę go wypuścić w świat i zaczynają go krytykować ludzie z wytwórni, krytycy muzyczni, wszystko zaczyna sprowadzać się do ocen, bo w muzycznym świecie wszystko zawsze musi być zamienione w wyścig konkurs.  Jednak dopiero kiedy po przejściu tych wszystkich testów i wyzwań staję na scenie i konfrontuję go z publicznością czuję, że właśnie po to robię, to co robię. Wtedy liczą się tylko moi ludzie i ja, jesteśmy tam wszyscy razem i wszyscy kochamy muzykę, a o to w tym wszystkim robię. Teraz więc nadszedł najprzyjemniejszy moment w procesie powstawania muzyki. Kocham nią żyć, nie znoszę kiedy jestem uwięziona za regulacjami wytwórni i nie mogę jeszcze pokazać fanom tego, nad czym pracowałam. Inna sprawa, że granie na żywo pozwala mi rozwijać się i stać się prawdziwym muzykiem, dopóki nie ma w tym miksie publiki to tak naprawdę nie mogę się tak nazwać. Tak długo koncertowałam z pierwszym albumem, że właściwie to właśnie kontakt z publicznością zainspirował większość muzyki, która znalazła się na Dva. Mnóstwo inspiracji dostarczyły mi koncerty w Europie Środkowo-Wschodniej. Miło, że o to pytasz, bo właśnie dzięki koncertowaniu mam okazję odwiedzić te wszystkie miejsca, o których zawsze fantazjowałam.

musicis.pl: Czemu Dva? Czy tytuł nowego albumu odnosi się tylko do liczebnika, czy jest w tym więcej znaczenia?

Emika: Tak naprawdę kryje się za tym kilka znaczeń, najoczywistszym z nich jest sama liczba, czyli dwa po czesku. Klucz leży w samym języku tytułu, bo tak naprawdę serce i dusza tego albumu są czeskie, bardzo mocno inspirowane moim czeskim rodowodem i moimi fanami z Europy Środkowo-Wschodniej. Z jakiegoś powodu mam tam fantastyczne poparcie i właśnie ci ludzie pomogli mi wydobyć się z kompletnego podziemia, w czasach kiedy w Wielkiej Brytanii nikogo jeszcze nie obchodziło kim jestem i co robię. Czuję, jakby na wschodzie Europy zainstalowany był jakiś magnes, który ciągnie mnie tam na koncerty, a w dodatku tamtejsi słuchacze najwyraźniej czują jakąś wyjątkową pasję do mojej muzyki. Dużą inspiracją dla albumu była też historia ruchów politycznych w dawnej Czechosłowacji. Mam teraz 27 lat, ale uczyłam się o komunizmie jako nastolatka z perspektywy zachodniego świata. Dopiero podczas trasy koncertowej po krajach, które kiedyś były za Żelazną Kurtyną usłyszałam te historie z ust prawdziwych ludzi, często ludzi, którzy pamiętają jeszcze czasy komunizmu i oni mówią oczywiście o tych samych sprawach, ale z kompletnie innej perspektywy. Dlatego właśnie nie nazwałam albumu Two, po angielsku. Czuję, że część tych wschodnioeuropejskich opinii na tematy związane z niezależnością, swobodą, kreatywnością czy kapitalizmem przelałam w ten album. Nawet w melodiach czuć wschodnioeuropejskie inspiracje, a zresztą zawsze kiedy śpiewam pierwszy raz jakąś partię to mam wrażenie, że w jakiś sposób brzmi ona jak czeska, tradycyjna melodia.

musicis.pl: Czy myślisz, że to wyjątkowe poparcie, jakiego tu doświadczasz może być związane w jakiś sposób ze słowiańską melancholią w Twojej muzyce, która rezonuje z tutejszą publicznością?

Emika: Możliwe… tyle razy ludzie mnie już o to pytali, ale naprawdę nie mam pojęcia. Myślę, że muzyka, którą robię z jednego, jedynego powodu – bo ona gra mi w sercu – jest w stanie wyrazić też uczucia innych ludzi. Zastanawiam się, czy może moje czeskie korzenie nie sprawiają, że ten wyjątkowy rodzaj emocji zawarty w słowiańskiej muzyce jest dla mnie jak cząstka domu. Nie chodzi tu tylko o czeską muzykę, mówię też o muzyce poważnej moich ulubionych kompozytorów, jak Rachmaninow, Szostakowicz, Chaczaturian – nigdy nie potrafię poprawnie wymówić jego nazwiska (śmiech), kocham też Szopena. Jeśli jest się zanurzonym w muzyce poważnej od tak młodego wieku jak ja, to ona staje się częścią ciebie. Chyba więc ubieram w nowoczesne dźwięki muzykę środkowo- i wschodnioeuropejską, właśnie to może być powodem tego wyjątkowego połączenia. Wszyscy lubimy muzykę klubową, ale wydaje mi się, że ta endemiczna melancholia przesącza się do naszych umysłów w powodu naszych korzeni, wspomnień i rodzin.

musicis.pl: W jaki sposób pierwszy raz zetknęłaś się z muzyką poważną?

Emika: Moi rodzice kupili mi pianino i zmusili do pobierania lekcji gry (śmiech). Oczywiście wszystko co na początku grają uczniowie pochodzi od Bacha i Beethovena, więc moje początki były typowe. Zresztą większość rodziców stawia soie chyba za punkt honoru to, żeby och dzieci grały na jakimś instrumencie, albo chociaż zostały primaballerinami (śmiech).

musicis.pl: Czy kontynuowałaś edukację muzyczną? Mam wrażenie, że na Dva słychać dosyć symfoniczne podejście do muzyki – czy to było dla Ciebie dosyć naturalne?

Emika: Bardzo się cieszę, że to zauważyłeś, właśnie taki efekt chciałam uzyskać na nowym albumie i w taki sposób pracowałam. Zawsze uważałam orkiestrę symfoniczną za coś wyjątkowo tajemniczego i przenoszącego dziwną energię, prawie absurdalnego, w dobrym tego słowa znaczeniu. Uwielbiam słuchać muzyki symfonicznej, bo jest ona swego rodzaju łamigłówką, która pozwala rozplątywać tę niezliczoną ilość warstw instrumentów. Myślę, że dzięki niej w mojej muzyce też pojawił się ten element wielowarstwowości, okazuje się, że możesz taki utwór rozebrać na czynniki pierwsze, obejrzeć z każdej strony, prawie dowiedzieć się, jak została skonstruowana. Kolejną rzeczą jest… jakby to nazwać… pewna figlarność pomiędzy tymi wszystkimi warstwami, które w niej zawieram. Praca z orkiestrą symfoniczną była wyjątkowo rozwijającą rzeczą, bo ja przecież nie mam zespołu, więc pracuję nad swoją muzyką właśnie w taki sposób jak kompozytorzy. Dzięki temu mogę bawić się strukturami, rozciągając granice tego, co uważa się za piosenkę, przybliżając ją do symfonicznego świata. W końcu piosenka może brzmieć jakkolwiek – to może być zarówno pojedynczy głos, jak i olbrzymia symfonia.

musicis.pl: Na codzień pracujesz jako sound-designer (projektant dźwięku), co jest bardzo dobrze słyszalne na takich wydawnictwach jak Fünf albo Chemical Fever – czy Dva jest odejściem od tej etyki pracy, czy może na niej też znajdziemy rozmaite dźwięki niezidentyfikowanego pochodzenia lub czerpane z field-recordingu?

Emika: Hmmm, wszystko na tym albumie jest dosyć dziwne, nic nie jest nagrane w tradycyjny sposób, wszystko powstało drogą eksperymentu, niskobudżetowych nagrań. Po prostu mam tak olbrzymią ilość pasji i głodu tworzenia nowej muzyki, że nie bardzo martwiłam się tym, jak coś zostanie nagranie, dlaczego i kiedy. Ważniejsze było to, że udało mi się w tym nagraniu uchwycić nastrój chwili, więc jeśli chodzi o podejście do tworzenia tego materiału to nadal było ono bardzo niekonwencjonalne. W ten sposób nadal jestem sound-designerem – nie mogę sobie wyobrazić nic gorszego niż wzięcie całej muzyki z Dva, pójście do inżyniera dźwięku albo producenta i oświadczenie: hej, zrób z tego dubstep, zrób z tego pop, zrób z tego muzykę klubową. Nie myślę o muzyce w kategoriach gatunków, kataloguję ją w głowie raczej rodzajami dźwięków. Tym razem jednak nie nagrywałam konkretnych dźwięków z otaczającego mnie świata i nie dodawałam ich do muzyki, tak jak przy poprzednich, opartych o field-recording wydawnictwach. Eksperymentowałam jednak ze sposobami nagrywania instrumentów, cały proces wybierania dźwięków odbył się w bardzo dziwny sposób, co oczywiście przysporzyło mi kłopotów z wytwórnią. Oni chcieli, żebym zrobiła wszystko po bożemu, żeby to zabrzmiało normalnie, żebym pracowała z facetem, który zmiksuje to w konwencjonalny sposób, ale ja kompletnie nie jestem zainteresowana takimi metodami. Próbuję po prostu zrobić prawdziwą muzykę, muzykę, która pasuje do dnia dzisiejszego. Bardziej interesuje mnie sam proces kształtowania dźwięku tak, aby zabrzmiał tak, jak jeszcze nigdy wcześniej.

musicis.pl: Jak sama wspomniałaś, nie lubisz kategoryzować muzyki – jak w takim razie opisałabyś swoje dokonania komuś, kto w ogóle ich nie słyszał?

Emika: O cholera (śmiech)… jak bym to ujęła… pewnie podzieliłabym je na trzy części. Jedna z nich to wpływy klasyczne, romantyczne, druga to bardzo, bardzo ciężkie, niskie basy i twarde dźwięki zainspirowane muzyką klubową, a ostatnia to futurystyczne, eksperymentalne podejście do pisania piosenek. Uważam, że piosenka może traktować o miliardach innych rzeczy oprócz miłości, jak próbuje nam to wmówić mainstream. Dla mnie miłość nie wystarcza, potrzebuję w życiu tylu innych rzeczy poza nią, więc wydaje mi się, że muzyka pop dusi się w tym zachłyśnięciu się miłością i tylko miłością. Piosenka może przekazywać tak wiele innych, bardziej skomplikowanych emocji niż tylko miłość, strach i smutek. Ja chcę wyrażać w swojej muzyce cokolwiek tylko przyjdzie mi do głowy, na Dva jest tyle dziwacznych utworów o jeszcze bardziej pokręconej tematyce (śmiech). Na przykład She Beats jest kompletnie dziwnym tworem, myślę, że minęłoby dużo czasu, zanim ludzie nie będący fanami mojej muzyki pojęliby o czym traktuje.

musicis.pl: Dla mnie takim utworem-zagadką jest na przykład Young Minds. O czym tak naprawdę jest ten utwór?

Emika: Young Minds zostało zainspirowane koncertem, który zagrałam promując pierwszą płytę w Mińsku, na Białorusi. Dawałam kilka wywiadów po koncercie i zostały mi zadane bardzo ciekawe pytania dotyczące kultury, niezależności, wolności i siły. Dziennikarze bez ogródek zapytali mnie o moje motywacje polityczne i te wywiady naprawdę otworzyły mi oczy na rzeczywistość diametralnie inną niż ta, w której żyję na codzień, taką, z którą wcześniej się nie zetknęłam. To spowodowało, że zaczęłam dużo rozmyślać o niezależności i o tym, jak łatwo wywrzeć wpływ na młody umysł, zniszczyć jego niewinność. Jeśli spojrzysz wstecz na europejskie ruchy polityczne to ona wszystkie wykorzystywały tę polityczną niewinność, która łatwo naginała się do narzuconych ideałów. W końcu polityka to tak naprawdę gra umysłów, która tylko w obrębie tych umysłów istnieje. Young Minds opowiada o tych dwóch tysiącach ludzi z Mińska, którzy chcieli tam zobaczyć mój koncert, więc zebrali na to fundusze i załatwili mi wizę. Byłam jedyną kobietą w samolocie, na lotnisku ciężko było mi przejść przez bramkę bezpieczeństwa z moimi syntezatorami, było to na wiele sposobów bardzo przerażające doświadczenie. Nagle okazało się, że gram w największym klubie w jakim kiedykolwiek grałam, w którym czeka na mnie tak olbrzymia ilość ludzi, a to wszystko w Mińsku! Większość moich znajomych słysząc tę nazwę nawet nie wiedziałaby, że to nazwa geograficzna, byłoby tylko co, gdzie, kto? (śmiech) I właśnie te świeże umysły, które tak bardzo chciały zetknąć się z czymś odmiennym od własnej kultury i tak prężnie w tym kierunku działały są tytułowymi Young Minds. Mój menedżer koncertowy nie dzwoni po różnych miastach pytając: hej, nie chcecie zorganizować koncertu Emiki? Oni sami tego chcieli, więc zorganizowali to własnoręcznie, co bardzo mnie poruszyło. Mieli w sobie tyle pasji, szczególnie w porównaniu do sceny londyńskiej, która jest tak przesycona kulturą, że ludzie właściwie ogłuchli i oślepli od nadmiaru. Koncerty są za darmo, zespoły często płacą za przywilej wystąpienia w jakimś klubie, bo są zdesperowani, żeby osiągnąć sukces. Mój występ w Mińsku nie był wielkim popowym show, wcześniej nie miałam pojęcia, że tak mało popularny koncert może przyciągnąć tak wielki tłum. To było naprawdę epickie doświadczenie, które trochę upewniło mnie w tym, że idę dobrą drogą. W końcu kto może wiedzieć więcej o niezależności niż oni?

musicis.pl: W wielu wywiadach podkreślasz, że więcej kobiet powinno zająć się produkcją własnej muzyki, a przed chwilą rozmawialiśmy na tematy polityczne – czy Twoja muzyka ma wymiar protestu wobec pewnych zjawisk? Czy czujesz, że piszesz protest-songi,  które mają za zadanie obudzenie bardziej odpowiedzialnych postaw w odbiorcach?

Emika: Od dawna badam różne rodzaje opresji – czy to ucząc się historii, czy bezpośrednio, za pomocą przyjaciół i rodziny oraz ich wspomnień. Bez przerwy czytam te ciężkie, depresyjne książki na temat Zimnej Wojny, traktujące o śmierci i zniszczeniu, właściwie to spędziłam nad nimi całe zeszłe lato (śmiech). Cały czas myślę sobie – czemu ja to sobie robię? (śmiech) Dlaczego akurat takie tematy są dla mnie interesujące? Zdałam sobie sprawę, że w ten sposób próbuję zrozumieć wartość kreatywności, która w tamtych mrocznych czasach właściwie była zakazana. Nadal nie mam zbyt wielkiego rozeznania w tym, czemu właściwie jestem artystką i cały czas podważam te swoje wybory. Zastanawiam się, czy może nie tracę w ten sposób czasu, może sztuka wcale nie jest ważna? Dzięki tym lekturom na temat opresji odkrywam jak ważną rzeczą jest kreatywność i chęć tworzenia, bez niej nie ma wolności. Tematem, który przewija się na Dva jest właśnie polityka, to jak niektórzy próbują nagiąć opinie innych, uformować je. Frustracja wobec takich zjawisk od razu sprawia, że chcę tworzyć. Moja egzystencja jako kobiety w tak zdominowanym przez mężczyzn środowisku producentów muzycznych też nie jest łatwa. Seksizm jest nadal dużym problemem w świecie muzyki, szczególnie jeśli chodzi o technologię i muzykę elektroniczną. Tak naprawdę nie znajdziesz również żadnych nagrań kobiecych kompozytorów muzyki poważnej, co jest dla mnie jeszcze bardziej frustrujące. Sama niejednokrotnie odczuwałam takie ograniczenia jako produkująca muzykę kobieta. To wszystko jest bardzo inspirujące, w opieraniu się nieprawidłowościom jest wiele energii i tarć, które napędzają mnie jako artystkę. Wydeptywanie własnej ścieżki jest wyjątkowo ekscytujące, szczególnie, jeśli ma się to szczęście co ja, że popierają mnie ludzie, którzy myślą podobnie. Moja muzyka nie ma jakiegoś konkretnego przekazu, ma tylko zachęcać ich do kwestionowania wszystkiego wokół, tworzenia własnej rzeczywistości i kontrolowania własnych przekonań. Moim zdaniem nie potrzebujemy odpowiedzi, ale powinniśmy ciągle zadawać sobie ważne pytania, to pozwala nam pozostać niezależnymi.

musicis.pl: Teraz pytanie, na które odpowiedź zainteresuje entuzjastów technologii. Jakiego sprzętu używasz do tworzenia swoich brzmień? Czy masz jakieś ulubione narzędzia?

Emika: Taaak, mogłabym o tym rozmawiać godzinami. Przede wszystkim jestem bardzo przywiązana do Logica [przystosowany do pracy z systemami operacyjnymi Apple program audio] i syntezatorów, które proponuje – ES1, FM synth. Uwielbiam też Trilogy Bass, zresztą większość moich basów jest złożona z kilku warstw zagranych na tych syntezatorach. Bardzo dobrze pracuje mi się też na moim RØDE NT1 (mikrofon pojemnościowy – przyp. red.), kombinacja jego charakterystyki z moim głosem tworzy ten specyficzny wokal Emiki, który słychać w nagraniach. Mój wokal brzmi kompletnie inaczej jeśli nagra się go innym mikrofonem, a NT1 uwypukla wszystkie oddechy i błyszczące wysokie częstotliwości. To właśnie wysokie tony są dla mnie dziwne jak śpiewam, czuję jakby to nie był do końca mój głos, wychodzą gdzieś z okolic nasady nosa (śmiech). Mam też głośniki Event 5, których już dawno się nie produkuje, ale używam ich już od chyba dwunastu lat i w studio są całym moim światem. Nie są jakimś cudem techniki, ale poznałam przez nie tyle niesamowitej muzyki, że wiem dokładnie jak brzmią i jak z nimi pracować, po prostu im ufam. Jeśli masz w domu słabe głośniki to i Twoja edukacja muzyczna będzie przebiegała niezbyt dobrze. Ostatnio zaczęłam pracować z analogowym syntezatorem Access Virus TI Polar, który jest fantastyczny, myślę, że już zawsze będę go używać. Każda funkcj w nim zawarta jest kontrolowana jakąś gałką, więc dysponujesz nieskończoną ilością kombinacji dźwięków. Nie znoszę, kiedy projektanci syntezatorów próbują ułatwić wszystkim sprawę instalując uproszczony interfejs. Virus jest trochę chaotyczny, ma chyba z 50 gałek, nauczenie się co każda z nich kontroluje zajęło mi wiele tygodni, ale w tym tkwi cała zabawa i kreatywność. Jeśli chodzi o technologię to tyle, no i oczywiście mam moje pianino – to wszystko narzędzia, bez których nie mogę się obyć.

musicis.pl: Twoja muzyka jest najczęściej dosyć mroczna, pełna złowrogich harmonii i niezbyt wesołych tekstów, ale wydaje mi się, że na Dva pojawiają się momenty, w których widać światełko w tunelu, czuć jakąś nadzieję – fragmenty Searching, Primary Colours. Czy to oznacza, że zmieniasz się jako osoba, czy może zmieniają się Twoje inspiracje?

Emika: Nieee… (śmiech). Nadal jestem strasznie depresyjna, melancholijna i paranoiczna. Cały czas jestem tą samą osobą. Zmieniło się co innego i może zabrzmi to trochę kiczowato, ale wiedza, że mam tak wielką publiczność, która chce słuchać mojej muzyki i lubi dokładnie to co ja dała mi dużo nadziei i celu w życiu. Gdyby nie oni to nie sądzę, że robiłabym muzykę w tak poważny sposób, prawdopodobnie byłoby to tylko hobby. Dali mi wiele wiary w to, że istnieje tyle alternatyw dla popkultury i mainstreamu. W dzisiejszych czasach alternatywa, alternatywne myślenie, alternatywna muzyka już właściwie nie istnieją, nawet do najbardziej undergroundowej muzyki dociera mainstream i wciela ją w coś komercyjnego, wystarczy spojrzeć na dubstep. Artyści czują, że nie mają się już gdzie schować przed kulturą masową. Gdy gram koncerty to za każdym razem czuję, jak w publiczności wzbiera fala akceptacji dla tego, co robię i to mnie porusza, daje mi nadzieję. Nie jest to koniecznie jednowymiarowo pozytywne uczucie, coś optymistycznego, uczucie nadziei jest dla mnie nadal po tej samej stronie co melancholia. Masz nadzieję, że coś się zdarzy, ale nadal się to nie zdarzyło, więc cały czas umiejscawiam ją po tej nieco tragicznej stronie życia, jakkolwiek by to nie brzmiało (śmiech).

musicis.pl: Mam wrażenie, że piszesz muzykę o samotności w otoczeniu tłumów ludzi. Czy jesteś osobą towarzyską, czy raczej odludkiem?

Emika: To bardzo dobra definicja mojej muzyki! Jestem naprawdę towarzyską osobą, kocham być wśród ludzi, ale po prostu czuję się najlepiej, gdy jestem sama. Gdy robię muzykę, jestem skoncentrowana, mam jasno określony cel czuję, że to jest powodem, dla którego żyję. Mogę być głodna, mogę być zmęczona, w budynku może szaleć pożar, cokolwiek może dziać się dookoła – ja i tak nie zwrócę na to uwagi, nie oderwie mnie to od komponowania. To chyba kwestia jakiegoś połączenia jakie mam sama ze sobą i ze swoją muzyką – jest tak silne, że napędza mnie. Nie ucieknę od tego. Czasami jestem koszmarnie zmęczona i powinnam zrobić sobie przerwę, ale zamiast tego pracuję i pracuję i pracuję. Kiedy w końcu uda mi się zmusić się do wyjścia z domu, zjedzenia obiadu ze znajomymi czy odbudowania trochę mojego życia towarzyskiego to łapię się na tym, że ludzie do mnie mówią, a ja ich nie słyszę, mój umysł oddryfowuje znowu w kierunku muzyki. Dlatego ten opis idealnie pasuje do mojej muzyki, a przede wszystkim opisuje kim jestem. Kocham ludzi i cała moja energia wywodzi się od nich, ale najwyraźniej nie jestem jednak stworzona do bogatego życia społecznego (śmiech). Gdzieś bardzo głęboko w środku mnie płynie rzeka dziwaczności, której nie mogę zignorować, bo jest moją integralną częścią.

musicis.pl: Za niecały tydzień zobaczymy Cię na scenie warszawskiego Basenu, a już następnego dnia będziesz wykonywała swoją wariację na temat kompozycji Witolda Lutosławskiego w ramach wrocławskiego festiwalu Sacrum Profanum. Czego powinni się spodziewać podczas koncertów Twoi fani?

Emika: Nie do końca jestem w tanie to przewidzieć. Na pewno mogą się spodziewać materiału z nowej płyty, na pewno znajdzie się też miejsce na starsze utwory, na pewno będę grała tak długo, jak tylko będę mogła, ale reszta zależy od miejsca, atmosfery, ludzi.  W końcu to występy na żywo, więc po prostu możecie się spodziewać dużej ilości mojej muzyki (śmiech). Bardzo się cieszę, że wracam do Polski, czekałam na te koncerty. Jeśli chodzi o Sacrum Profanum, to przygotowałam coś specjalnego (chichocze), posłuchaj. Nie będziesz w stanie usłyszeć basu, ale… (puszcza muzykę).

musicis.pl: Czyli właściwie grasz swoją, emikową wersję fugi Lutosławskiego.

Emika: Tak, on w swoim czasie napisał mnóstwo szalonej muzyki i to jest oparte na fudze napisanej na trzynaście smyczków. Najpierw zanalizowałam w jaki sposób skonstruowany jest oryginał i chciałam skomponować coś używając podobnej techniki, ale nie brzmiało to dobrze. Zdecydowałam się więc posamplować dźwięki smyczków, dodałam do tego linię basu, mnóstwo echa i innych zwariowanych dźwięków. Jestem niesamowicie podekscytowana tym projektem i nie mogę się doczekać, aż usłyszę go na żywo. Te smyczki są tak wysokie, a basy tak niskie, że wykonanie będzie cholernie głośne, ale z dużą ilością przestrzeni i niespodziewanych przerw. Trwa tylko dziesięć minut, ale jest bardzo intensywne.

musicis.pl: Jeśli już mówimy o czasie – rozmawiamy od ponad 45 minut, chyba powinienem Cię już wypuścić ze szponów. Dzięki za tak długi i pełen szczegółów wywiad i do zobaczenia w Warszawie!

Emika: Cała przyjemność po mojej stronie, do zobaczenia!

Nie ma więcej wpisów