W teorii Monteskiusza ma swoje źródło pojęcie opisujące media jako czwartą władzę. Rola środków masowego przekazu jest znacząca, w końcu informują, przekazują treści, tym samym poszerzając wiedzę, wpływają na kreowanie odpowiedniej postawy wśród swoich odbiorców i, niestety, bardzo często przesadzają.

Słabo znana w Polsce Laura Mvula bez wątpienia zrobiła furorę w Anglii. Wokalistka została okrzyknięta nową nadzieją brytyjskiej muzyki. Media określiły ją mianem muzycznego objawienia, z kolei krytyków przekonała do siebie i ujęła EP-ką zatytułowaną She. Wokół artystki zrobiło się głośno. Nie ma się zresztą co dziwić. Przesycone komplementami komentarze czy porównania chociażby do Björk brzmią niezwykle obiecująco, dlatego sięgając po debiutancki album, można spodziewać się, a nawet więcej – oczekiwać dźwiękowego cudu i osobowości, która wstrząśnie rynkiem muzycznym.

I tu jest pies pogrzebany, bo Sing to the Moon wychodzi naprzeciw tym wszystkim zachwytom, pochlebstwom i sugestiom, pokazując, że Laura Mvula, owszem, ma talent i potencjał, ale jej najnowsze wydawnictwo jest po prostu przeciętne.

Pod sporą warstwą słodkiego medialnego lukru kryje się krążek będący ukłonem w stronę soulu, jazzu i muzyki gospel. Utwory są spokojne, nastrojowe i jednocześnie bezbarwne. Brak im wyrazistości, oryginalności, jakichś charakterystycznych, zapadających w pamięć, porywających akcentów. Na dłuższą metę zwyczajnie nudzą. Nie ma dynamiki i energetycznych momentów, bo sporadyczna dawka mocniejszych dźwięków w postaci rytmicznych bębnów w That’s Alright to za mało. Nawet głos Laury nie jest w stanie pomóc.

Naszpikowane łagodnością cztery piosenki z EP-ki wywołały entuzjazm wśród słuchaczy, ale kompozycje utrzymane w podobnej stylistyce, a zgromadzone w większej ilości, stają się niestrawne, smętne, zaczynają się dłużyć i przynudzać, przytłaczają. Płyta ginie w morzu innych soulowych propozycji. A szkoda. Może gdyby była bardziej urozmaicona, przywiązywałaby do siebie i zachęcała do powrotu, a tak szybko się o niej zapomina. Wiele hałasu (medialnego) o nic, niestety.

Nie ma więcej wpisów