Niektóre zespoły brodzą ciągle w tych samych dźwiękach, grzęznąc w nich na tyle, że z biegiem czasu zwyczajnie słuchacza nudzą. Arctic Monkeys jednak postanowili przejść pełną metamorfozę i teraz trudno już uwierzyć w to, że kiedyś to oni wraz z kilkoma innymi zespołami byli częścią indie-rockowego boomu. Ci chłopcy zdecydowanie zmienili się już w dorosłych mężczyzn, a dowodem na to jest ich najnowszy album, który przyniósł ze sobą mroczny, dojrzały i seksowny materiał.

Nikt nie spodziewał się w momencie pojawienia się Arctic Monkeys na brytyjskiej scenie, że w ciągu dekady pokonają oni lata świetlne i znacznie wyprzedzą konkurentów, którzy wraz z nimi stawiali w muzyce swoje pierwsze, nieco chwiejne kroki. Ale teraz to Arctic Monkeys będą tymi, o których będzie się mówić i na których warto będzie się wzorować, bo to oni na piątkę z plusem odrobili swoje zadanie domowe z muzyki. Droga prowadząca do tak imponującej mety, jaką okazało się być ukazanie się albumu AM, rozpoczęła się jeszcze w 2008 roku. To wtedy Brytyjczycy nawiązali współpracę z Joshem Hommem, liderem formacji Queens of the Stone Age, który powoli acz konsekwentnie wprowadził ich na tereny amerykańskich brzmień.

W nowym etapie swojej muzycznej podróży Arctic Monkeys zwalniają tempo. Zapomnijcie o brzmieniu ich poprzednich albumów i przygotujcie się na nową jakość. Mniej w tym przypadku znaczy więcej – zrezygnowano ze zbędnych dźwięków i niepotrzebnych zagrywek na rzecz nisko zagranych, mięsistych riffów, które bujają tym albumem od początku do końca. Wystarczy tylko włączyć otwierający album utwór Do I Wanna Know?, żeby przekonać się, o czym mówię. Dwa największe hity, jeden po drugim, rozpoczynają ten krążek, miażdżąc konkurencję już na wejściu. Mimo, że R U Mine? znany jest już od ponad roku, nadal ma w sobie sporą dawkę świeżości. Nie znaczy to jednak, że płyta nie ma słabszych momentów, bo i takie się tu zdarzają, mam w tym momencie na myśli dwie ballady, które na tle pozostałych utworów wypadają dość blado – Mad Sounds i No.1 Party Anthem. Poza tym jednym drobnym ale, Alex i spółka serwują nam perełkę za perełką (Arabella, I Want It All czy singlowe Why’d You Only Call Me When You High?), prowadząc nas przez świat pełen soczystego, erotycznego basu, motorycznych riffów, gęstej perkusji i wokalu wywołującego ciarki na całym ciele. Ten krążek niemal ocieka seksem. Jego słuchanie sprawia ogromną przyjemność. I to nie za sprawą głosu Alexa, który, owszem, dociera głęboko w miejsca, do których dostęp mają jedynie wybrani, napięcie budują tutaj świetnie prowadzone linie basu, które wywołują drżenie doprowadzające człowieka do rozkoszy, połączone z solówkami spod znaku QOTSA. Nie mogę jeszcze nie wspomnieć o jednym z moich ulubionych utworów, Knee Socks, w którym wokalnie udzielił się Josh Homme, gdzie umiejętnie wypełnia głosem wolną przestrzeń, nadając jej jeszcze bardziej osobliwego wyrazu – ta minuta mogłaby dla mnie trwać wieczność.

Arctic Monkeys nigdy nie byli słabym zespołem, ale łatwo mogli popaść w rutynę i pozostać w sferze szczeniackich zagrywek, jednak zdecydowali się wykonać odważny krok naprzód. Kiedy decydujesz się na zmianę, nigdy nie wiesz, czy nie wpadniesz w przepaść. Panowie jednak stanęli na nowym, twardym gruncie. Mimo że metamorfoza trwała już od lat, teraz nadszedł jej kulminacyjny moment, bo dopiero dziś widać ich pełną ewolucję i czysty talent do tworzenia przebojowych, ale niebanalnych utworów. Arctic Mokneys odkryli tajemnicę sukcesu, pewnie w dużej mierze za sprawą Josha Homme’a, ale w ich przypadku widać wyraźnie, że warto umiejętnie operować tym, co ludzie znają i kochają, a zwycięstwo przyjdzie samo. Po rekomendacji Josha Homme’a wiedziałam, że na nowej płycie Arctic Monkeys się nie zawiodę – po prostu po ostatnim krążku QOTSA ufam mu bezgranicznie. Teraz mogę jedynie uzupełnić jego słowa, jakie wypowiedział podczas festiwalu w Czechach: „AM” to cholernie dobry, seksowny i ponadczasowy album. Może stało się to nieco nieświadomie, ale Homme właśnie pomógł w stworzeniu krążka, który z powodzeniem może konkurować z jego własnym – …Like Clockwork. W swojej kategorii Arctic Monkeys właśnie wysunęli się na prowadzenie. Ciekawe czy i kiedy ich ktoś dogoni?

Nie ma więcej wpisów