Zawsze zazdrościłam na koncertach ludziom, którzy mogą znaleźć się w tej magicznej strefie pomiędzy barierkami a sceną. No może nie wszystkim, bo ochroniarze to akurat nie mają zbyt wdzięcznej pracy. Nie dość, że stoją plecami do artysty, to jeszcze co chwilę wyłapują ludzi lecących na fali, co czasem nie jest wcale łatwym, ani zapewne przyjemnym zajęciem. Jednak trafić tam w roli fotografa to już inna bajka, szczególnie dla kogoś, kto zawsze, choć odrobinę się fotografią interesował, a i próby przemytu sprzętu na różnego rodzaju wydarzenia ma za sobą. Ale od początku…

Zaczyna się festiwal, a ja z gaciami pełnymi strachu nieśmiało omijam kilometrowe kolejki do wymiany biletów na drapiące opaski, które potem przez lata zdobią niektóre przeguby aż zupełnie nie rozpadną się na strzępki. Docieram do namiotu z napisem media i… co dalej? Drżącą ręką podaje wypełniony formularz i czekam. W końcu dwa uśmiechy do kamerki, szybka fotka i minutę później dostaję swój pierwszy zalaminowany identyfikator, który otwiera wyśnione drzwi do świata, który nie każdemu jest pisany. Przeprawa przez wejście też wygląda nieco inaczej. Człowiek przez lata przywykł do tych jakże cudownych macanek – tu posmyra, tam posmyra, sprawdzi czy w chusteczkach higienicznych nie czai się jakiś zakamuflowany kałasznikow, czy inna równie niebezpieczna rzecz jak butelka wody ze śmiercionośną nakrętką – a tu nagle koniec tych przyjemności. Rzut oka na identyfikator i wchodzisz niczym VIP, wnosząc ze sobą co tylko chcesz, bo w końcu po co zaglądać do torby wypchanej obiektywami. Wszak nie jesteś już zwyczajnym festiwalowiczem. Przemyt alkoholu? Nie takie rzeczy Ci w głowie – jakby nie patrzeć, jesteś teraz w pracy.

Cały festiwal z tego punktu widzenia wygląda zgoła inaczej. Po przekroczeniu bram nie biegniesz szaleńczo pod główną scenę, bo przecież już za 7 godzin wyjdzie na nią twój ulubieniec, a ty nie możesz być daleko w tłumie. Teraz spokojnie można się przyjrzeć jak to naprawdę wygląda. Stres w nowej roli to jedno, w końcu strefa media przez lata kojarzyła mi się ze strefą dla super-ważnych i super-wybranych, jednak odnalezienie się w tym, co tak naprawdę trzeba jeszcze na miejscu zrobić, żeby bez problemów znaleźć się w fosie, to dopiero wyzwanie!

Po podpisaniu kilku cyrografów mówiących o tym, kiedy dokładnie możesz przekroczyć tę magiczną granicę i wymierzyć obiektyw w absolut znajdujący się akurat na scenie, można śmiało ruszać w stronę panów ochroniarzy, którzy po dokładnym sprawdzeniu czy szczurek z fotografii na identyfikatorze to oby na pewno Ty (zdjęcia z kamerki internetowej nigdy nie wyglądają korzystnie), wpuszczą Cię do tego wyśnionego świata.

Dosłownie kilka sekund przed pojawieniem się artysty na scenie, uchylają się magiczne wrota, a my wkraczamy na nasz wyimaginowany czerwony dywan. Tu zaczyna się mała rywalizacja – uprzejma, bez wybijania zębów łokciami czy walenia po głowach metalową drabinką, jednak każdy chce na początku zająć pod sceną idealne miejsce. W końcu kto wie, czy akurat podczas tego koncertu nie wykonasz zdjęcia życia i Twoje nazwisko nie zostanie na zawsze zapamiętane przez kilkunastu narwańców. Podczas tego pierwszego wejścia do fosy chłonęłam jednak o wiele więcej. Miałam wrażenie, że na moment czas zwalnia, wchodzę pewnym krokiem udając, że doskonale wiem co robię – wszak jestem profesjonalistką, a nawet jeżeli nie jestem, to powinnam taką rolę teraz odgrywać. Już za późno na to, żeby się wahać. Ludzie zebrani pod barierkami łakomie spoglądają w naszą stronę – jedni zazdroszczą, jak ja jeszcze rok temu, drudzy marudzą, że będziemy im wszystko zasłaniać, trzeci zaś ochoczo pozują do zdjęć, bo przecież znaleźć się teraz po festiwalu na kilkunastu stronach internetowych to niemały fejm!

Już po pierwszych sekundach wiedziałam czego ze sobą nie mam, a co wcześniej wydawało się być zbyteczne, jednak brutalna rzeczywistość wszystko weryfikuje. Po pierwsze: zatyczki. Jakiekolwiek. Scena festiwalowa i głośniki, którymi jest obstawiona to nie to samo co nagłośnienie w klubie, które również potrafi dać popalić. Tutaj dźwięki uderzają w twoje ciało z jeszcze większą siłą, a moc perkusji naprawdę jest w stanie pogruchotać kości czaszki. Może ekscytacja związana z tak bliskim obcowaniem z absolutem pozwala zapomnieć o tych nieprzyjemnościach, jednak pisk towarzyszący jeszcze godzinę po koncercie, należy już do mniej przyjemnych wspomnień. Druga ważna, nie wiem czy nie ważniejsza sprawa, szczególnie w przypadku, gdzie nie stało się w kolejce po wzrost i zawrotne metr sześćdziesiąt w kapeluszu osiągnęło się już w piątej klasie podstawówki, to oczywiście drabinka. Nie musi być wielka, ale dwa magiczne stopnie dające Ci jakieś pół metra więcej w niektórych przypadkach to prawdziwe błogosławieństwo. Wcześniej myślałam, że to naprawdę jakieś widzimisię fotografów, którzy cholera wie, co chcą tym osiągnąć. Teraz wiem, że scena nie dość, że wysoka, to jeszcze jest głęboka, jak na moje 160 cm momentami aż za głęboka.

Miejsca zajęte, na scenie pojawia się artysta i zaczyna się kolejna batalia. Tym razem na polu fotograf kontra panowie od efektów. Czasami należałoby ich niemal ozłocić za piękne światło, podkreślające zarówno urodę artysty, jak i charakter granego akurat kawałka, jednak w pewnych momentach, kiedy błyski stroboskopu powoli zaczynają wywoływać epileptyczne drgawki, a kłęby dymu zasłaniają wszystko. Dosłownie wszystko. Masz ochotę zacząć modlić się o jakiś huragan, co by te sztucznie wytworzone chmury rozwiał i pozwolił wbrew wszelkim przeciwnościom losu chociaż ustalić, w której części sceny znajduje się wokalista. Nie ma wiele czasu, nie ma co zastanawiać się nad kadrowaniem – trzy piosenki podczas, których trzeba być skupionym i działać jak automat. Chwila nieuwagi i nie masz nic. Jednak nie taki diabeł straszny. Artysta też człowiek, mimo przypisywanych przez niektórych fanów boskich atrybutów, on doskonale wie, że w ciągu pierwszych trzech piosenek patrzą na niego nie tylko oczy zakochanych po uszy miłośników jego talentu albo urody, ale także chciwie spoglądają szklane oczy, które w dodatku są w stanie zapamiętać każdy niekorzystny grymas (patrz przykład wojowniczki Beyoncé). Chociaż to nie na takie ujęcia polujemy.

Najsmutniejszy jest moment, w którym zdecydowanym gestem ochrona każe opuścić fosę. Kończy się chwila chwały i zostaje  jedynie odległe miejsce kilkadziesiąt metrów od sceny, chyba, że nie boisz się o swój sprzęt, który niejednokrotnie potrafi kosztować tyle, ile nowy samochód. Pół biedy jeżeli na koncercie tego akurat zespołu nie zależy Ci jakoś specjalnie, gorzej, jeżeli przez około dziesięć minut masz miłość swego życia na wyciągnięcie ręki a potem brutalnie każą Wam się rozstać.

Nie ma co wypłakiwać oczu. Za kilkanaście minut ponownie przekroczę tę cienką linię i znów przyjdzie czas na moje małe dziesięć minut chwały. Bo przecież tak naprawdę bohaterem jestem tylko momentami – poza tym jestem jednym z Was. Zatopionym w dźwiękach melomanem, który dostał szansę i może uwiecznić to, co zazwyczaj pozostaje w naszych głowach. Między nami nie ma wielkiej różnicy – identyfikator ze słabym zdjęciem to nie wszystko. Jemy w tych samych punktach, to samo niedobre (a drogie) jedzenie. Korzystamy z tych samych toalet i chodzimy na te same koncerty. Najfajniejsze jest to, że nowa rola pozwoliła mi spojrzeć całkiem inaczej na festiwal. Wreszcie zobaczyłam niemal wszystkie koncerty (kiedyś trzeba jeść), a nie koczowałam pod jedną sceną dla tego jednego zespołu, może trochę brakowało tej szalonej zabawy wyciskającej z człowieka siódme poty. Z drugiej strony, ominęłoby mnie wiele wspaniałych rzeczy, które działy się na drugiej scenie – kiedy koczujesz, nie możesz być w dwóch miejscach na raz. Aparat dał mi wolność. Taką prawdziwą, jakiej w sumie się nie spodziewałam. Tylko wiecie – to trzeba lubić.

Nie ma więcej wpisów