Podróżowanie w czasie nie byłoby możliwe, gdyby nie istniała muzyka. Inna i przez to znamienna dla każdej dekady. Każda z nich ma wiele do zaoferowania. Gdybym miała wskazać towar eksportowy ostatniego dziesięciolecia XX wieku, byłoby nim Nine Inch Nails.

Czas ten obfitował w dobrą muzykę, wyróżniającą się na tle szmiry lat osiemdziesiątych. Trent Reznor poszedł parę kroków dalej i zaproponował całkowicie nową jakość, trafnie oddającą ówczesną atmosferę. Jednakże najnowsza płyta zespołu dowodzi, że nie dotyczy go upływający czas.

Trudno opisywać muzykę Nine Inch Nails pod kątem technicznym, zobrazować ją za pomocą użytych narzędzi. Umyślnie czerpią z różnych dekad i gatunków, serwując muzyczny eklektyzm na najwyższym poziomie.

Choć wyjątkowość NIN jest niepodważalna, to i oni nie zdołali oprzeć się schematom. W przypadku najnowszego dzieła Reznora tyczy się on kompozycji. Całość spięta jest klamrą – zaczyna się i kończy krótko, niepokojąco, industrialnie. Kolejnym prawidłem jest piosenka Everything ulokowana zgodnie z zasadą średniaki w środku. Trudno podejść do tej piosenki. Nie nazwałabym jej wypełniaczem, w końcu materiał trwa ponad godzinę, co rzadko się teraz zdarza. Spokojnie można było się jej pozbyć, jestem więc ciekawa, dlaczego trafiła na album? Może jako przeciwwaga dla mrocznej, ciężkiej większości albo próba podkręcenia tempa? Kawałek brzmi boleśnie radiowo, jednak nie wydaje mi się, by komercyjność była tu założeniem. Gdzieś w tle przebrzmiewa przecież Nine Inch Nails, a przejście jest już typowe dla brzmienia zespołu. Trochę kiczowato zaczyna się też kolejna piosenka, jednak to tylko efekt popowych zaśpiewek Trenta. Potem robi się coraz bardziej psychodelicznie, co podkreślają surowe syntezatory i prymitywne dzwonki. 

Głos Reznora trzeba potraktować jak oddzielny instrument, zręcznie budujący nastrój przez szepty, buczenia, powtórzenia (Came Back Haunted). Wokalista koi i niepokoi. Choć jego głos często trąci popem (All Time Low, Disappointed), rzadko kiedy drażni w połączeniu z ostrym brzmieniem. Trent nagrywa także chórki, operując szeroką skalą głosu. Bawi się słowem, choć nierzadko jest to zabawa bardzo niepokojąca. Śpiewa tak, jakby się dusił, topił. Teksty nie są zbyt rozbudowane, za to wymowne i świetnie zgrane z muzyką (Running). Słowa rzucane są na pozór chaotycznie, jednak to, co uznano by za bełkot, tu ma sens. Najbardziej zapada w pamięć tekst Copy of A – egzystencjalny, wręcz kafkowski.

Hestitation Marks to zabawa przestrzenią. Przyspieszające i nakładające się na siebie dźwięki kumulują się w głowie słuchacza. Przejścia są zazwyczaj krótkie, urywane, zakończenia zaś rozbudowane, ciężkie i na długo zapadające w pamięć (choć podobne dla większości piosenek). Daje to wrażenie soundtracku. Najbardziej plastyczna i przepełniona emocjami jest Various Methods of Escape.

Wielu mogłoby uczyć się od Nine Inch Nails tego, jak łączyć style. Często przeplatają się ze sobą elektroniczne zwrotki i industrialne refreny. Surowe bity współgrają z ostrymi riffami (Came Back Haunted, Disappointed) lub wokalem (I Would for You), brzmiąc melodyjnie i przebojowo. Co jeszcze słychać w tym patchworku? Mamy kojący, wręcz leniwy trip-hop w Find My Way, wczesne dance/techno, a nawet trochę jungle (Running) czy R&B spod znaku lat 90. (All Time Low). Delikatnie odzywają się również inspiracje wschodem (Disappointed, All Time Low, While I’m Still Here) czy naturą (szum morza, wiatru, skrzeczenie ptaków). Wreszcie, kiedy album chyli się ku końcowi, z transmisyjnego szumu wyłania się… klarnet.

Nine Inch Nails zaserwowali płytę pełną kontrastów i zaskoczeń. To, co lapidarne i surowe, bywa jednocześnie bardzo plastyczne. Rozbudowane, trudne do przyjęcia kompozycje (In Two) momentami są bardzo przyjemne dla ucha. Niosą jednocześnie inspirację i destrukcję. Proste, wręcz prymitywne instrumenty dzielą miejsce z mechanicznym szumem. Trent przywraca do łask stare rozwiązania, co czyni jego muzykę jeszcze bardziej odkrywczą. Nie sposób uwierzyć, że to w większości dzieło jednego człowieka. Podobnie jak w to, że można je odtworzyć na żywo. Z wielką rockową mocą, której niestety brakuje mi na tym albumie w odniesieniu do dawki elektroniki.

Nie ma więcej wpisów