Emika należy do wykonawców wobec których w bardzo niewielkim stopniu potrafię być obiektywny, dlatego też niniejsza relacja przypominać może raczej zachwyty cofniętego do czasów nastoletnich fascynacji fana. Jej elegancka, minimalistyczna, a jednak przepełniona bogactwem emocji muzyka najwyraźniej porusza we mnie jakąś głęboko ukrytą strunę, na której zagrać są w stanie tylko nieliczni artyści.

Ale dosyć poetyckich metafor, czas na przypomnienie sobie chłodnego, sobotniego wieczoru, w którego adekwatnej aurze zagrała w warszawskim Basenie Emika. Od momentu otwarcia klubu do pojawienia się na scenie Czeszki minęło sporo czasu, dzięki czemu publiczność mogła zrelaksować się przy drinku i wyrzucić z umysłu codzienne sprawy, żeby świeżym uchem wchłonąć koncert. Tym pierwszym podrygom akompaniował DJ Spox, który swoją selekcją podbitej damskimi wokalami elektroniki wpasował się w biforkowy klimat. Jednak dopiero gdy na scenie pojawiła się Emika i bez ceregieli rozpoczęła grać złowrogie Sleep With My Enemies publiczność ożywiła się i zgromadziła pod sceną. Mam wrażenie, że nie było tam raczej osób, które na koncert przybyły z przypadku, bo powitanie ze strony słuchaczy było nad wyraz gorące. Ubrana w nieco przywodzący na myśl praktyki BDSM strój producentka, zatopiona w swoim własnym świecie, nie krępowała się niczym i po swojemu przeżywała muzyczno-erotyczne uniesienia, częstując nas przy tym solidną dawką soczystego i mrocznego jak zbierane nocą jagody basu.

Usłyszeliśmy prawie cały materiał z tegorocznego krążka Dva, który brzmieniowo zwraca się bardziej ku syntetycznej końcówce spektrum w muzyce elektronicznej. Nie zabrakło oczywiście genialnego, warczącego jednostajnym basem Young Minds, w którym artystka porusza ciężkie, polityczne tematy, a który zakończyła grając na swoim syntezatorze Virus jedną z najbardziej przejmujących syntetycznych melodii ostatnich lat. Zaraz potem, zgodnie z kolejnością na albumie, usłyszeliśmy singlowy She Beats, którego rytm oparty jest na biciu serca oraz przywołujący zmysłową burleskę After The Fall. Mam wrażenie, że przed koncertem Ema przeglądała internetowe posty fanów, bo pierwszym numerem z pierwszej płyty okazał się Professional Loving, hymn mechanicznych kochanków pokolenia 21. wieku, który bardzo często przewijał się w prośbach i linkach publikowanych przed datą występu. Zwolennicy bardziej oszczędnego stylu debiutu zostali zaspokojeni też tanecznymi, chociaż mało przystępnymi 3 Hours oraz Pretend i ciężkim, dubstepowym wykonaniem Double Edge.

Słuchając chłodnej, mizantropicznej w naturze muzyki Emiki można by wysnuć przypuszczenie, że na koncercie będzie ona również unikała interakcji z publiką. I rzeczywiście – przez pierwszą połowę koncertu artystka utrzymywała sceniczną personę kojarzącą się z Królową Śniegu, wyginając się zmysłowo za swoim stanowiskiem, grając na klawiszach i obsługując komputer za pomocą launch-pada. Najwyraźniej jednak szalejący pod sceną tłum prędko stopił lód. Na twarzy producentki co i rusz zaczynał malować się uśmiech, a przy basowej serenadzie w postaci Sing To Me zakrzyknęła: jesteście zwariowani, kompletnie już porzucając sceniczne alter-ego, przybijając fanom z pierwszych rzędów piątki i postukując obcasami w rytm muzyki.

Neurotyczna, jak sama przyznała mi w wywiadzie, artystka poczuła się chyba wystarczająco pewnie, bo zapowiedziała dwa nowe utwory. Pierwszy z nich miał tytuł Battles i oprócz jej firmowego, metalicznego basu zachwycał też marszowym rytmem i partiami syntetycznych smyków. Drugi, spokojniejszy numer posłużył jako wyciszenie, podobnie jak zagrany tylko na klawiszach Dem Worlds.

Gdy Emika zeszła ze sceny podniosła się taka wrzawa, że nie czekała ona ani minuty, żeby na nią powrócić i zaprezentować jeszcze kilka utworów. Usłyszeliśmy cover Wicked Games, który, moim skromnym zdaniem, podobnie jak na płycie mogłaby sobie podarować oraz taneczną część Dva w postaci monumentalnego Centuries oraz Mouth To Mouth. Na bis usłyszeliśmy też kolejny akcent z debiutu, numer, który tak naprawdę przyniósł jej rozgłos, czyli Drop The Other.

Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki ostatniego utworu nie mogłem uwierzyć, że to już koniec koncertu i dołączyłem się do domagających więcej gardeł publiczności. Kiedy jednak policzyłem utwory (wyszło mi szesnaście) okazało się, że wyglądająca jeszcze nieśmiało zza kurtyny Emika naprawdę dała z siebie wszystko, a w dodatku kolejne półtorej godziny spędziła przy barze rozdając autografy, sprzedając płyty i koszulki i rozmawiając z każdym chętnym do rozmowy fanem po kolei. Po tym rozpoznaje się artystę, który naprawdę dba o publiczność, a w końcu następnego dnia rano Ema miała wsiąść w samolot do Krakowa i zagrać swoją interpretację Fugi Lutosławskiego w ramach bardzo stresującego i ważnego wydarzenia – finałowego koncertu festiwalu Sacrum Profanum. To  i fakt, że jej muzyka wydaje się mieć wyjątkowy wpływ na emocje fanów sprawiało, że jeżeli podczas koncertu pojawiły się jakieś niedociągnięcia, to żadne z nas ich nie zauważyło.

Nie ma więcej wpisów