Starzeć można się godnie. To po części pokazuje wiele kapel, które zaczynały gdzieś w mrokach lat 90. i do tej pory próbują utrzymać się w peletonie niezliczonych nowofalowych zespołów. Starzeć można się z pomysłem na to, co zrobić z pozostałą resztą życia. Niekoniecznie odcinać kupony od dotychczasowych dokonań, raczej udać się w rejony wcześniej nie eksploatowane, porzucić dawne zwyczaje, zająć się zupełnie nową wersją twórczości. Z drugiej strony – zawsze można przeżyć kryzys wieku średniego, zaliczyć rozwód, później zaciągnąć do łóżka młodszego kochanka, który w jakiś sposób będzie przypominać stracone lata młodości. I oczywiście za każdą z wielu – również niewymienionych – dróg będzie się ciągnąć niezliczona ilość krytyki, pochwał. Jakkolwiek jednak nie oceniać zmian personalnych, osobistych przygód brytyjskiego trio, ich dorobku ostatnich płyt, Placebo może sobie odhaczyć kilka z powyższych punktów.

A wraz z tym przychodzi chwila na zastanowienie się, czy kolejne odsłuchy Loud Like Love, podczas których szuka się śladów dawnego życia zespołu, nie są przypadkiem desperackimi pragnieniami, które i tak zakończą się w ślepej uliczce. Po niepewnych, wyboistych latach okresu Meds i gwałtownej zmianie stylistycznej przy Battle For The Sun, dostajemy coś, czego właściwie się spodziewaliśmy. Rzecz wielce spokojną, bardziej nastawioną na wspominanie niż odkrywanie. No chyba, że produkcyjne zabiegi wygładzenia brzmienia, wplecenia tam elektronicznych posmaków są w tym wypadku jakimś novum.

Takie Rob The Bank sprawia swoimi riffami pewien mrok, bunt, ekspresję – elementy składowe początków ich kariery. W kilku numerach sączą się nastrojowe uderzenia klawiszy, dające poczucie deja vu, choć ten powtarzany zabieg ujmuje tylko w A Million Little Pieces, nad którym unosi się duch Special Needs. Pełną piersią oddycha Molko w utworze tytułowym, przywołując może nie tyle rewelację czy rewolucję, ale na pewno dobre wspomnienia starych czasów. Wreszcie też rozprawia się ze światem, krytykując obecne społeczeństwo, czego przykładem chociażby Too Many Friends. Tyle, że jego satyra jest budowana przez niezbyt wyrafinowane rymy i słowne żarty (my computer thinks I’m gay / what’s the difference anyway / when all the people do all day / is stare into a phone), czasami prowadząc do konsternacji (rob the bank, make a joke out of dyslexia / rob the bank, then pick your nose). Próba nadawania wyrazistych form poszczególnym utworom też nie znajduje celu. Powtarzanie co utwór sprawdzonych gitarowych akordów i przewidywalnych konstrukcji nie przywołuje bowiem radości, jaką mogłaby sprawić nostalgiczna podróż do podobnych kompozycji na Without You I’m Nothing.

Loud Like Love nie jest jednak anatomią upadku. Bo choć Bosco, pomimo sielankowego duetu skrzypce-fortepian, nie przynosi niczego więcej niż ulgi skończenia przygody z albumem, to Begin The End staje się zdecydowanie najlepszym, co mogło się tej płycie zdarzyć. Tak bardzo, że usta same układają się powtarzania tekstu. Dopiero tutaj czuć pewną zależność między najwcześniejszymi dokonaniami zespołu a chęcią ich sprowadzenia do roku 2013. Można im wybaczyć chęć przyciągnięcia do siebie starych fanów i jednoczesną próbę podbicia list przebojów. Można po prostu machnąć na to wszystko ręką. Nie baczyć na bezuczuciowość kolejnych wykonów, brak świeżości zastępowanej kalką samych siebie, może nawet chęć dalszego grania. Ale dlaczego mielibyśmy żyć tworzonym przez lata obrazem Placebo i udawać, że album taki jak ten w ogóle nie powstał?

Nie ma więcej wpisów