Występ grupy Editors na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich był jednym z koncertów należących do cyklu tzw. Koncertowej Jesieni, organizowanych przez agencję Go Ahead. Ale zanim powiem coś o gwiazdach wieczoru, na parę słów zasługuje również belgijski zespół Balthazar, który rozgrzewał w czwartek poznańską publiczność.

Szczerze przyznam, że kiedy usłyszałam nazwę Balthazar, muzycznie nie mówiła mi ona nic. Nie znałam wcześniej tej grupy, tylko w ramach przygotowań do koncertu odtworzyłam kilka ich nagrań, żeby zwyczajnie przekonać się, czy w ogóle warto pojawić się w pawilonie Targów odpowiednio wcześniej. Na studyjnych nagraniach nie wywarli na mnie jednak wielkiego wrażenia, postanowiłam dać im szansę i całe szczęście dla mnie! Muzycy już od pierwszych dźwięków pokazali, że mają w sobie o wiele więcej energii i charyzmy, niż pokazują to nagrania, a i talentu im nie brakuje. Ich występ trwał nieco ponad pół godziny, a szkoda, bo z każdym kolejnym numerem grupa rozkręcała się coraz bardziej. Największe wrażenie robiła doskonała harmonia pomiędzy ich głosami w finałowym kawałku. Ci, którzy byli obecni na ich koncercie, z pewnością się nie zawiedli.

Kiedy jednak wybiła godzina zero, scena pogrążyła się w mroku, a piątka z Birmingham wkroczyła na jej deski przy dźwiękach intro ostatniego albumu, aby zaraz po nim zagrać duszne, klimatyczne Sugar. Przygaszone światła rozbłysnęły dopiero przy Someone Says i An End Has a Start. Przez pierwszą połowę koncertu można było odnieść wrażenie, że muzycy przyjechali do Poznania zagrać koncert The Best Of… – oprócz wspomnianego wcześniej Sugar, z najnowszego albumu grupy zabrzmiało jedynie Two Hearted Spider. Za to fani starszych krążków z pewnością nie narzekali, bo podczas prawie dwugodzinnego koncertu usłyszeliśmy utwory ze wszystkich czterech albumów, z Munich, Bones, Blood i Smokers Outside the Hospital Doors na czele. Druga połowa koncertu to już była kompletna jazda bez trzymanki, a szaleństwo rozpoczęło się od singlowego Formaldehyde, po którym od razu Editors zagrali zabójczy A Ton of Love. Jeszcze teraz mam wrażenie, że słyszę powtarzające się ciągle wokół mnie Desire! Desire!.

Tom i spółka jednak nie zapomnieli o chwilach na oddech – w tym czasie czarowali klimatycznymi akustycznymi wstawkami, jak choćby utworem The Phone Book. Po raz kolejny Editors udowodnili, że zarówno przy charakternych utworach z tzw. pazurem, jak i w balladach prezentują się wyśmienicie.

Jednym z największych (dla mnie) zaskoczeń było wykonanie utworu Nothing – podczas ostatniego ich koncertu (Open’er Festiwal) Tom wykonał ten utwór sam, jedynie przy akompaniamencie gitary akustycznej. Teraz zaczęło się dokładnie tak samo, żeby w połowie utworu dołączyli się do niego pozostali muzycy, przemieniając klimatyczną, lekko oniryczną balladę w prawdziwy wulkan energii. Muszę przyznać, że takie niespodzianki robią chyba największe wrażenie, utwór zyskał zupełnie inne oblicze, które osobiście bardziej przypadło mi do gustu. Pierwszą część występu zakończyli patetycznym Honesty, które – wydaje mi się – dopiero na ogromnym stadionowym koncercie wykonałoby swoje zadanie w stu procentach, ale również tutaj nie brakowało mu imponującej energii.

Tom podczas całego koncertu ekspresyjnie dyrygował publicznością, zostawiając kolegów nieco z tyłu, bo to głównie na nim wszyscy skupiali swój wzrok. Charakterystyczne dla niego gesty i mimika podczas piosenek w przerwach zastępował oszczędną konferansjerką… po polsku! Co prawda, ograniczyło się to jedynie do powtarzanego niemal co piosenkę dziękuja!, ale publiczność na każde reagowała z tym samym, niemalejącym entuzjazmem.

Podczas bisu nie brakowało większej spontaniczności – Tom nie oszczędzał swojego pianina, czyniąc z niego przez moment doskonały podest pomagający mu w jeszcze skuteczniejszym kierowaniu tłumem. W samym finale występu, kiedy wydawało się, że już prawie nikt nie ma siły dalej szaleć, Editors porwali całą salę nieziemskim wykonaniem utworu, na który chyba wszyscy czekali – Papillon rozpalił salę Międzynarodowych Targów Poznańskich do czerwoności. Niestety, ten cały szał obejmował jedynie mniej więcej połowę zebranej w Poznaniu publiczności – ci, którzy koncert spędzili nieco dalej sceny, postanowili oszczędzać swoje ciała oraz gardła. Trochę szkoda, bo zespół nie dawał do tego powodów. Po całej piątce było widać niesamowitą radość i niespożyte pokłady energii, a patrząc na ich napięty koncertowy grafik, ten wyczyn naprawdę jest godny podziwu.

Nie ma więcej wpisów